fbpx
    Ubrania

    Zakupy w s(m)ieciówkach

    Zdaję sobie sprawę, że to niewygodne, co teraz napiszę. Jednak od dawna nad tym się zastanawiam i przymierzam jak pies do jeża. Czara goryczy mych myśli się właśnie przelała. Zaczynam zakupy bardziej świadome społecznie. A oto dlaczego…

    Inni żyją za grosze, a ja?

    Co chwilę czytam o ludziach, którzy żyją za grosze albo w ogóle bez pieniędzy. Nawet jedzenie zdobywają za darmo, żywią się resztkami, uczestniczą w foodsharing’u. Jak oni to robią?
    Trzeba naprawdę wielkiego samozaparcia, żeby po wyjściu z domu nie stanąć przed żadną witryną, na niczym nie zahaczyć wzroku, nic niezaplanowanego nie wynieść ze sklepu dokonawszy uprzednio aktu zakupu. Chyba że mieszkasz na pustyni lub w głębokim lesie.

    Ja natomiast żyję w dużym polskim mieście, mieszkam na nowym osiedlu. Oznacza to, że tak – mam kredyt oraz tak – osiedle jest częściowo grodzone. Tak – jestem w mieście, autobusem dojadę w 15 minut do centrum. I tak – nawet nie jadąc do centrum, mam obok centrum handlowe (proszę, nie mówmy o nich vel galerie, to najzwyczajniej obraża sztukę). Nowe osiedle ma dość ograniczoną infrastrukturę handlowo-usługową. Lokale wynajmowane są głównie przez prywatne praktyki lekarskie i gabinety kosmetyczne. 2 (słownie: dwa) sklepy spożywcze to Żabka i Groszek, a spożywkę sprzedają przy okazji alkoholu i papierosów. Tym bardziej brak nam sklepów odzieżowych, chemicznych, mięsnych, księgarni, zoologicznych i tak mogłabym wymieniać.
    Na wczorajszej spontanicznej wizycie w sąsiedzkim CH miałam jedno w głowie: kupić legginsy, takie zwykłe, czarne. Mam jedną parę nader wyeksploatowaną, więc druga, nowa, to zakup wysoce uzasadniony. Ale gdy tylko moja noga przekroczyła próg H&M, oczy skakały pląsem od jednej półeczki do drugiej, od jednego wieszaka z promocją do drugiego z plażowymi must-have’ami, których rzecz jasna nie mam. I tak zaczęłam zbierać. Z naręczem wieszaków wylądowałam w przymierzalni po to, by po kilku minutach przypomnieć sobie, po co właściwie tu przyszłam. ‚Czarne legginsy, czarne legginsy’ musiałam powtarzać jak mantrę, by nie zatracić się w zakupowym szaleństwie.

    Sieci = śmieci

    Nie zawsze udaje mi się to osiągnąć, nadal nad tym pracuję, ale… Jakiś czas temu postanowiłam, że zakupy odzieżowe będę robić poza wielkimi sieciówkami. Bo sieci sprzedają śmieci. Ubrania są co prawda tanie, ale gorszej jakości niż jeszcze przed kilku laty. Po jednym praniu bluza się mechaci, a t-shirt traci formę. Po kilku pojawiają się mikrodziurki, które z czasem się rozrastają. Materiał jest tak słaby, że nie opłaca nam się go zszywać, a poza tym kto jeszcze w domu ceruje ciuchy? Te ubrania nawet nie dożyją drugiego życia w second-handach. Są niczym motyle – piękne, acz kruche.

    Poza aspektem jakościowym jest jeszcze aspekt społeczny. Wielkie sieci wyzyskują. To wiemy, o tym się mówi. Dzieci w Bangladeszu, kobiety w Wietnamie, dziewczynki w Indiach. Przykładowo, pracownica z Bangladeszu pracując 12-14 godzin dziennie, czasem z 5-godzinną przerwą na sen, zarabia ok. 30 dolarów miesięcznie, podczas gdy wyliczono, że sprawiedliwa płaca powinna wynosić ok. 50 dolarów.
    A jednak nasz świat jest tak skonstruowany, że wchodząc do Zary czy C&A podążasz za trendami z kolorowych magazynów, przymykając oko na te abstrakcyjnie brzmiące krzywdy.

    ograniczam się, konsumpcja

    Dlaczego sieci nie płacą więcej? 

    Pomimo wsparcia organizacji i związków zawodowych, które w Azji jeszcze raczkują, warunki pracy poprawiają się w żółwim tempie. Szwaczek samych nie stać na to, co uszyją. Nas za to stać na 100 takich t-shirtów miesięcznie, moglibyśmy sobie nimi tylną część ciała wycierać, tyle one są dla nas warte.

    Po zachodniej stronie świata członkowie zarządów spółek, udziałowcy i inwestorzy żądają wciąż więcej. Korporacje coraz bardziej tną koszty, by otrzymać coraz większy zysk, by firma nadal tkała swą historię sukcesu w pocie czoła krajów trzeciego świata.

    Dystrybucja dóbr staje się coraz bardziej spolaryzowana. Niestety, w 2016 roku 1 procent ludzi będzie posiadało 50 procent światowego bogactwa (za Newsweek) i z roku na rok ta dysproporcja rośnie.

    Żyj świadomie

    Dlaczego o tym piszę? Bo uważam, że muszę. Że trzeba o tym mówić i myśleć. Myśleć również o tym, jak ułożyć sobie życie bez s(m)ieciówek. Jak nie dać się skusić niskiej cenie, która jednak jest niska nie bez powodu. Może warto mieć mniej, ale lepszej jakości, uszytego w miejscu, gdzie ceni się pracownika, choćby ze znakiem fair trade. Krok po kroku, kawałek po kawałku – zmieniajmy świat na lepsze. Nie będzie na to lepszego czasu niż teraz.

    Post scriptum

    Mój problem, gdzie kupować dobrą odzież nadal pozostaje nierozwiązany. Mogę się wymieniać, co zmniejsza proporcję szkody do korzyści. Mogę sprawdzać, czy sieci sprawiedliwie płacą. Mogę kupować na polskich portalach modowych, które wysoko się cenią, ale w zamian oferują sprawdzoną jakość szytą za sprawiedliwe pieniądze.

    A Wy? Może macie godne polecenia miejsca, w których kupujecie wg zasad fair trade?

    Książki

    Wymienianki książkowe w Amarancie

    Książki mają swoją wartość. Dla niektórych jest to ładnie wyglądający przedmiot stojący na półce. Można kupić hurtem 30 tomów radzieckiej encyklopedii, by mieć ‚inteligentnie’ wyglądający dom. Można też świadomie pójść na wymienianki książkowe i wybrać nowe pozycje w zamian za kilka swoich już przeczytanych lub takich, do których kilkakrotnie się zabieraliśmy, ale nie wytworzyła się odpowiednia chemia, by je przeczytać. 
    Zostawienie książki i wymiana na nową ma wiele korzyści:
    1. Jest ekologiczne – oszczędzasz papier, który zostałby użyty do produkcji nowej książki, gdyby wszyscy choć czasami wymieniali się książkami, ocalałaby bez wątpienia część tropikalnych lasów w Amazonii
    2. Jest prospołeczne – poznajesz nowych, ciekawych ludzi, którzy opowiedzą coś o oddawanej książce, dyskutujesz, pogłębiasz tematykę literatury, rozwijasz się!
    3. Jest oszczędne – prosta sprawa, wymieniając się nie musisz wydawać pieniędzy na nową książkę, a dostajesz w zamian pozycję bogatszą o swoją historię.
    W ostatnią sobotę uczestniczyłam w wymieniankach zorganizowanych przez nieformalny klub książki Tu CzyTam w Centrum  Amarant w Poznaniu. Była przemiła atmosfera, ludzie przychodzili i przynosili coraz to więcej książek, a te, które nie znalazły swoich amatorów zostaną w Amarancie w małej czytelni, do której w dowolnym czasie można przyjść, usiąść w fotelu i zagłębić w lekturze.
    Samo Tu CzyTam jest dyskusyjnym klubem miłośników literatury, czytającym głównie na poznańskich Jeżycach, ale też w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu. Poza promowaniem czytelnictwa związani są również z Teatrem Mplusm, mającym w repertuarze spektakle zarówno dla publiczności dziecięcej, jak i dla dorosłych. 
    Co tu wiele mówić, prawdziwi społecznicy z artystyczną nutą!
    Oby więcej takich wydarzeń i ludzi je tworzących!

    Zuzia Kapczyńska z Teatru Mplusm

    Anna Kapczyńska z Tu CzyTam i Tadeusz Sławomir Lisiecki z Teatru Mplusm, z tyłu Zuzia Kapczyńska, aktorka w teatrze

    Rodzina

    Czym skorupka za młodu…

    Jakiś czas temu natknęłam się na uwagę, że to, czy mamy skłonność do otaczania się przedmiotami czy też nie między innymi wynosimy z domu. Dziwnym nie jest, skoro dom i rodzina kształtują nas w pierwszej kolejności. Jednak zaczęłam się wówczas zastanawiać, co mnie w takim razie ukształtowało.
    [Uwaga, będzie osobiście]

    Z jednej strony bardzo uporządkowana Mama sprzątająca przez dużą część swojego dnia. Z drugiej strony Tata-Sybirak, wywieziony do ZSRR jak tylko zaczęła się akcja pozbywania się przeciwników komunistycznej Rosji jako mały chłopiec.

    Wiele osób wie, choćby z lekcji historii, jak straszne były zesłania i jak wiele tragedii miało miejsce w łagrach i kołchozach. Niewiele osób natomiast ma świadomość, jakie zmiany psychiczne te osoby dotknęły. Pomijając krzywdy wynikające z utraty najbliższych podczas czystek politycznych, śmierci głodowej czy rozdzielenia rodzin, są też te wynikające z natury codziennego życia w obozie. Wieczny brak. Wieczny niedostatek jedzenia, odzieży, środków czystości, wszystkiego, czym my na co dzień się otaczamy i bez czego nie wyobrażamy sobie życia.

    Po powrocie zesłańców do kraju, po osiedleniu się na swojej (a w zasadzie państwa) ziemi, stworzeniu własnych domów i rodzin, Sybirak wraca do ‚normalnego’ życia. Zostawia tragiczne doświadczenia za sobą, przechodząc do codziennej prozy śniadanie-obiad-kolacja, praca, dzieci. Wyposaża dom. Kupuje ubrania. Książki. Przedmioty, których na zesłaniu nie widział i nawet nie śniło mu się, że jeszcze kiedyś zobaczy.

    Jako małe dziecko mojego Taty pamiętam, że zawsze miałam w domu nadmiar butów. Z każdej podróży służbowej Tata przywoził mi nową parę, pomimo że poprzedniej jeszcze nie znosiłam. Cieszyłam się, że miałam tak duży ich wybór, do każdej sukienki mogłam założyć inne. Dopiero po jakimś czasie, przy poważnych, ‚dorosłych’ rozmowach przy stole, Mama wytłumaczyła mi, skąd ta mania kupowania obuwia. Będąc dzieckiem Tata nigdy nie miał swoich własnych. Był zmuszony chodzić do szkoły w pożyczonych od siostry za dużych trzewikach. Trauma braku tak podstawowej rzeczy odcisnęła na nim tak silne piętno, że przez całą resztę życia kupno butów znajdowało u niego najwyższe uzasadnienie.

    Buty są tylko jednym przykładem. Nasz dom był zawsze pełen przedmiotów. Książek, dokumentów, gazet, ubrań, wazonów, misek, mebli, których ‚szkoda wyrzucić’. Od piwnicy po strych żyliśmy otoczeni historią. Żyliśmy między dwoma, a w zasadzie trzema pokoleniami i przyzwyczajeniami: Taty-zbieracza, uporządkowanej Mamy i mnie, która próbowała wyciągnąć z tego coś dla siebie.

    Teraz, gdy myślę o ograniczaniu się, o wyrzucaniu przedmiotów, pozbywaniu się ubrań zawsze mam na względzie to, kto mnie ukształtował. Trzymać w domu porządek, mieć czysto i schludnie, ale szanować rzeczy, które się ma. Jeśli czegoś nie potrzebuję – nie wyrzucam bezmyślnie, ale staram się przekazać to innym, bardziej potrzebującym. Dopiero zniszczone i nie do użycia mogę zostawić na śmietniku. Jestem za nie odpowiedzialna. I za cierpienie ludzi, którym ich brak.

    Tata Sybirak
    Zawsze dbał o to, bym miała buty

    Styl życia

    Wyzwania minimalisty – bądź offline przez jeden dzień

    Wyrzuciliśmy nadmiar przedmiotów, oddaliśmy to, co zbędne, czyścimy kuchnię i pokój dziecka. Czujemy ulgę z odzyskanej przestrzeni, widzimy ją wokół siebie, cieszymy się, że nam się udało. I co dalej? Czy zachowanie zakupowej dyscypliny i ciągłe ograniczanie się w tym, co posiadamy, to jest TO, do czego dążymy? A może to tylko przygotowanie miejsca dla czegoś więcej, dla esencji w stawaniu się lepszym człowiekiem, skupionym na tu i teraz, na prawdziwym życiu.

    Po tym, jak oczyścisz przestrzeń, zwróć się w kierunku innych ograniczeń. Podoba mi się to, co przedstawia 30-dniowe wyzwanie minimalisty, które – było nie było – znalazłam będąc online.

    Punkt 1. bądź offline przez jeden dzień. Jeden dzień! Bez komputera, więcej – bez smartfona, notyfikacji, sms-ów, maila. Szaleństwo! Jak tego dokonać!? Czy to nie trudniejsze niż dzień bez zakupów? Dla mnie to prawdziwe wyzwanie. Zdarza mi się, że proszę mojego męża, by zamknął w domu komputer i żebyśmy pobyli w świecie rzeczywistym, wyłączyli wtyczki z wirtualnego. Nawet jeśli ma to być siedzenie i nicnierobienie.
    Sama łapię się na tym, że co chwilę sprawdzam nowości na facebooku, maile w skrzynce, powiadomienia na pintereście, oferty na allegro. Nawet to, że piszę bloga, implikuje bycie online, włączenie komputera i przeklikanie się mimochodem przez kilka stron internetowych.

    Warto to zmienić i świadomie wyłączyć się z sieci. Już teraz potrafimy zapłacić krocie za wakacje w trybie offline bez dostępu do internetu, bez sygnału gsm. Dostawałam już zaproszenia na ‚offline parties’, z wyłączonym telefonem, bez laptopów, za to z prawdziwą rozmową podczas spotkania z ludźmi, a nie ich wirtualnymi odpowiednikami.
    Może to brzmi banalnie, ale wielu z nas zapomina, jak żyje się w społeczeństwie, jak się komunikować, a może nawet jak to jest siedzieć i po prostu myśleć, bez pomocy internetu.

    Spróbujmy choć jeden dzień pozostać offline i zobaczmy, jak dużo zyskamy z życia.

    Czego się jeszcze podejmiesz?

     30-Day Minimalism Challenge
    Minimalizm

    Dzień bez zakupów

    Może to być niedziela lub jakikolwiek inny dzień tygodnia, byleby nie pójść do sklepu i nic nie kupić. Trudne?
    ograniczam się
    Kupujemy o wiele za dużo i o wiele za często – musimy to przyznać. Robimy zakupy codziennie lub nawet częściej. Niedługo większość życia przyjdzie nam spędzać w sklepach lub tak zwanych galeriach handlowych, które organizują nam nawet życie po pracy i w weekendy.
    Zatrzymajmy się na chwilę i pomyślmy, czy naprawdę warto? Czy to jest czas dla nas wartościowy?
    Pamiętaj, że to, jak spędzasz swoje dni, w ostatecznym rozrachunku jest sposobem, w jaki żyjesz.
    Annie Dillard
    Zrób sobie przerwę od zakupów, choć na jeden dzień i zobacz, czy jest to dla Ciebie trudne. Jeśli tak, znaczy to, że masz zakupowy problem.
    Życie przecieka nam przez palce. Spędź ten dzień w sposób, w jaki chciałbyś żyć. Zrób coś szalonego, porozmawiaj z dziećmi, przytul małżonka/ę, zastanów się, co jest dla Ciebie ważne. Bądź.
    Porządki Ubrania

    Jak pozbyć się niechcianych rzeczy?

    Warto się ograniczać, wyrzucać rzeczy z szaf, wymiatać graty spod łóżka, pozbywać się niepotrzebnych przedmiotów. Wyrzucać, pozbywać się, wymiatać… – ale jak, tak po prostu? Na śmietnik? Niekoniecznie. Continue Reading

    Warto się ograniczać, wyrzucać rzeczy z szaf, wymiatać graty spod łóżka, pozbywać się niepotrzebnych przedmiotów. Wyrzucać, pozbywać się, wymiatać… – ale jak, tak po prostu? Na śmietnik? Niekoniecznie. Continue Reading

    Minimalizm

    Jak żyć z mniejszą ilością rzeczy

    100 things challenge, czyli wyzwanie do posiadania 100 (lub mniej) przedmiotów jest jednym ze sposobów na rozpoczęcie życia minimalisty. Już w 2007 roku Leo Babauta na swoim blogu Zen Habits dał przykład i stworzył listę rzeczy, które są mu niezbędne do życia, tak by zamknąć się w założonym minimum. Tak odważny i pionierski krok zapewnił mu popularność i miano jednego z 25 najlepszych bloggerów w Stanach.
    Oczywiście można dyskutować, czy przyjęta strategia wyłączenia z minimalnej setki: książek, artykułów gospodarstwa domowego, naczyń, stanu posiadania innych członków rodziny, a kolekcje traktować jako 1 przedmiot (!) jest nadal minimalizmem. Jednak zakładając, że każdy krok w stronę ograniczania się jest chwalebny, czapki z głów dla Leo i każdej kolejnej osoby, która podjęła lub podejmuje to wyzwanie.
    Teraz czas na mnie. Cały czas trawię i mielę możliwości, w jaki sposób się do tego zabrać. Cały czas się zastanawiam, czy ubrania mogę potraktować jako ‚kolekcję’ i które przedmioty są wyłącznie moje, a które traktować jako wspólne dobro rodzinne. Krok po kroku na pewno do tego dojdę i zacznę czyścić dom z gratów (decluttering). Powieszę sobie tę grafikę Yumi Sakugawy  z bloga ‚Wonder How To’ w widocznym miejscu, żeby inspirowała mnie do przełożenia teorii na czyny. Wam również polecam!
    Minimalizm

    Konsumpcjonizm kobiecy czy męski

    Niektórzy myślą, że nawyk lub w skrajnej wersji nałóg kupowania należy przypisać głównie kobietom. Inni nie wieszają suchej nitki na mężczyznach, którym zdarza się kupować rzadziej, ale jednak drożej. Jakie więc są kobiece i męskie zwyczaje konsumenckie? Czy płeć wynikająca z ról, które społeczeństwo nam przypisuje, wpływa na to, jakimi konsumentami jesteśmy? Wg badania, które przeprowadziłam na 127 osobach, 10 proc. mężczyzn i aż 20 proc. kobiet uważa, że ma problem ze zbyt częstymi zakupami. Spośród nich, aż 38 proc. singielek (a tylko 11 proc. singli) uważa to za swoją wadę.
    Moc obserwacji
    Zacznijmy od płci pięknej. Kupujemy częściej niż mężczyźni, nie da się ukryć. Wg przeprowadzonych przeze mnie badań, to kobiety robią codzienne zakupy częściej (28 proc.) w stosunku do mężczyzn (12 proc.).
    Co stoi natomiast za zakupoholizmem kobiet? Kupujemy, ponieważ:
    – wyszła nowa kolekcja wiosna-lato, a zeszła wiosna-lato to zupełnie inna historia, inny świat, nie chcemy żyć starym zmurszałym sezonem
    – nowa kolekcja obejmuje też dział męski i dziecięcy, w którym nie omieszkamy wybrać kilku sztuk do szafy naszych najbliższych – nie mogą wyglądać gorzej od nas, w końcu stanowimy jednostkę społeczną implikującą spójność myśli, poglądów i wizerunku (w stosunku do mężczyzn, kupujemy 2,5 raza częściej odzież również dla całej rodziny)
    – znudził nam się kolor lakieru do paznokci, pozostałych 20 w szufladzie też, więc rubinowa malina z zapachem prawdziwej maliny to hit i strzał w 10, który musimy mieć (kosmetyki są najchętniej kupowanym produktem przez kobiety, kupujemy je częściej niż jedzenie i ubrania!)
    – dbamy o gospodarstwo domowe (nadal to w większości my odpowiadamy za codzienne zakupy spożywcze, choć wg deklaracji badanych przeze mnie osób, aż 62 proc. dzieli się nimi po równo), więc lodówka nie może być pusta, szafka z detergentami w łazience musi reprezentować środki do czyszczenia powierzchni wszelakich, domowe sioło musi być wyposażone w sezonowe dekoracje, obrusiki i gadżety, które po sezonie zalegają w szafach
    – mamy chandrę – czy muszę coś więcej dodawać?
    Mężczyźni też mają jednak swoje konsumpcjonistyczne grzechy, które obserwujemy jednak nie na co dzień, bo są to zazwyczaj zakupy odbywające się raz na jakiś czas (zakupy spożywcze już nie codzienne, ale kilka razy w tygodniu, a nawet kilka razy w miesiącu – wg 5 proc. badanych, dla porównania żadna z kobiet nie zadeklarowała tak rzadkich zakupów). Gdybyśmy jednak podsumowali je finansowo, okazałoby się, że są one równe lub nawet przewyższają kwotą sumę rocznych zakupów kobiecych.

    Statystyczny Jan Kowalski idzie na zakupy, bo:
    – telewizor za mały i przestarzały (mężczyźni kupują sprzęt AGD i RTV dwa razy częściej niż kobiety)
    – w domu brakuje wiertarki z prawdziwego zdarzenia, bo głupio pożyczać (przecież nikogo i tak nie znamy w klatce), a dobrze posiadać swój ciężki i markowy sprzęt
    – śrubki, gwoździe, artykuły metalurgiczne też są pożądanym gadżetem do trzymania w szufladzie na specjalną okazję wbijania lub wkręcania (sprzęt remontowo-naprawczy jest 4 razy częściej kupowany przez mężczyzn niż kobiety)
    – sprzęt fotograficzny, laptopy i inne związane z nowymi technologiami i  hobby gadżety kosztują nas niemało (sprzęt hobbystyczny mężczyźni kupują 2 razy częściej niż kobiety)
    – auto – tu wszystkich akcesoriów nawet nie jestem w stanie wymienić, ale mężczyzna dobrze wie, czego jego auto (a zatem i on sam) potrzebuje (a kupuje w tej kategorii 5 razy częściej niż kobieta!).
    Różnimy się nie tylko płcią, ale i zwyczajami zakupowymi. Myślę, że większość par to potwierdzi i z lekko złośliwym uśmiechem wypomni raz czy dwa przy kolejnej rozmowie z partnerem/-ką „tę setną sukienkę” czy „tę bezużyteczną lornetkę ornitologiczną”.
    Samodoskonalenie się
    Do czego możemy zmierzać to nie dalsze poróżnianie się na lepszych i gorszych zakupowiczów, ale próba polepszenia naszej konsumpcyjnej kondycji.
    Kilka kroków jest w tym procesie szczególnie ważnych:
    1. Uświadomić sobie, że każde z nas jest konsumentem i ma swoje dobre lub złe zwyczaje (możemy spróbować je samemu nazwać)
    2. Przemyśleć, dlaczego te lub inne artykuły kupujemy – czy są one nam niezbędne, czy możemy bez nich żyć
    3.  Ograniczać liczbę przedmiotów, które posiadamy, przy każdym nowym zakupie z danej kategorii (dobry zwyczaj to redukowanie liczby ubrań przy każdym nowym uzupełnieniu szafy według zasady: jeśli nie miałam/-em tego na sobie przez ostatni rok/pół roku, widocznie jest mi to niepotrzebne).
    4. Robić zakupy z listą – przynosi to nie tylko oszczędności w kieszeni, ale też nie zagraca nam naszej docelowo poukładanej przestrzeni
    5. Większe zakupy zapisywać na wspólnej liście i razem z rodziną/partnerem lub samym sobą dyskutować ich niezbędność – jeśli zakup może poczekać miesiąc lub dwa, najprawdopodobniej nie jest nam do życia potrzebny, a my dajemy sobie czas na bardziej świadomą decyzję o rezygnacji z niego.
    Te 5 reguł to tylko początek, mały rachunek sumienia, który ma nam wskazać, jakimi konsumentami jesteśmy i jakie są pobudki, którymi kierujemy się w naszych zakupach.
    Czy jesteście w stanie dojść do krytycznych wobec siebie wniosków i bijąc się w pierś wejść na drogę do zakupowego samodoskonalenia się? 16 procent z nas już zauważa problem, może warto podjąć rękawicę i zacząć się ograniczać!


    Ubrania

    Wietrzenie szaf na wiosnę

    Wymiana ubrań, ‚ciuchowisko‚, ‚szafing‚, swap party – ogłaszają się wydarzenia na plakatach Będzina, Lublina czy Łodzi. ‚Darmowa kawa i ciasto, żebyś mógł/mogła powymieniać się ubraniami.’

    22 marca w Poznaniu fundacja Babiląd już po raz kolejny organizuje Babi Targ. Za niewielką opłatą można wystawić swoją szafę i ją przewietrzyć, wymienić się ubraniami, akcesoriami i butami, a dzięki temu zaoszczędzić karcie kredytowej debetu, a nam samym stresu związanego z nadmiernym konsumpcjonizmem.

    Ogólnie pojęta wymiana – ubrań, butów, książek, żywności, a nawet naszych umiejętności jako usług lub przysług jest już dobrze znana na świecie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie moda na minimalizm i tzw. collaborative consumerism trwa już od około dekady. Istnieją już portale internetowe typu Swap Style , PaperBack Swap, Swap.com wspomagające wymianę dóbr pomiędzy ich użytkownikami. W Polsce mam wrażenie, że jest to zjawisko nadal świeże, które dopiero zyskuje na popularności ze względu na rosnący trend na prostsze, skromniejsze życie.

    Oprócz materialnego wymiaru wymiany, prowadzącego do oszczędności finansowych, jak również mniejszego zużycia środowiska,  podoba mi się w niej jeszcze jej prospołeczny, wspólnototwórczy charakter.

    Spotykając właścicielkę sukienki, która ma wyjątkowy wzór i krój, przy okazji możemy poznać jej historię, porozmawiać o tym, gdzie z nią była i czego doświadczyła, po to, by wymienić ją na inny przedmiot z naszej własnej szafy z równie kolorowym życiorysem. Chcąc nie chcąc, nadajemy posiadanym przez nas przedmiotom aspekt emocjonalny, przez lata się do nich przywiązujemy i wiemy o nich tyle ile rodzice o swych dzieciach. Historia opowiadana przy wymianie może sprawić, że używany przedmiot będziemy cenić bardziej niż nowy, prosto spod igły szwaczki z Bangladeszu.

    Nawet na wspomnianej stronie Swap Style, myślą przewodnią jest swap, sell, buy, give, receive, socialize, gdzie ostatni element podkreśla społecznościowy charakter zjawiska. Wymiana domów (homeexchange.com, airbnb.com), oferowanie swojej kanapy obieżyświatom i korzystanie z gościnności innych podczas podróży (couchsurfing.com) są kolejnymi inicjatywami rewelacyjnie kojarzącymi ludzi, tworząc społeczności wokół idei darmowej wymiany, tym razem naszej własnej przestrzeni mieszkalnej. Można wymienić się autem, opiekunką do dzieci, grami komputerowymi, muzyką, tak naprawdę czymkolwiek, co tylko nam przyjdzie do głowy.

    A teraz spróbujmy pomyśleć o eksperymencie na Waszych – zapewne w przeważającej większości dość anonimowych – podwórkach. Wyobraźcie sobie sytuację, w której zwołujecie Waszą wspólnotę mieszkalną zachęcając do wietrzenia szaf i półek. Nagle może się okazać, że pani spod piątki dzieli z Wami pasję do kuchni bliskowschodniej i chętnie wymieni się książkami kucharskimi, a czasem nawet użyczy szklaneczkę ciecierzycy na hummus, a pan z klatki obok ma rewelacyjną kolekcję krawatów z lat 60., które teraz w modzie i chętnie wymieni je na skrzyneczkę domowego piwa. Pisząc to, już układam sobie scenariusz mojej osiedlowej wymiany. Tej wiosny przewietrzę swoją szafę i wyciągnę sąsiadów na wspólny targ.

    Minimalizm

    Jak się zmieścić w jednym pudełku

    Niekupowanie i minimalizm życiowy jest dość wyraźnym trendem XXI stulecia. Ostatnio zainspirował mnie Graham Hill, który w Ted Talk z 2011 „Less Stuff More Happiness”  zachęca: ‚Let’s make room for the good stuff’ (Zróbmy miejsce dla tych dobrych rzeczy).
    Tylko czy będziemy w stanie żyć z jednym kartonem naszych własnych przedmiotów? Co z pamiątkami, które gromadzimy przez całe życie? A co jeszcze z tymi, które dziedziczymy z pokolenia na pokolenie?

    Wyzwaniem jest jakiekolwiek ograniczanie się w posiadaniu. Kiedyś nazwano by to skromnością, może nawet ubóstwem, klasztornym życiem – nic atrakcyjnego dla przeciętnego przedstawiciela pokolenia Y.
    Dziś pojęcie minimalizmu, hasło ‚less is more’ nadaje temu modny ton, za którym podąża nas coraz więcej. Jak podkreśla Hill, nie ważne,czy ograniczysz się z 3000 do 1000 przedmiotów, z 15000 do 2000 – ważne jest, że w ogóle zaczniesz czyścić swoje życie z rzeczy zbędnych. W efekcie redukcji w posiadaniu – jak obiecuje autor projektu Life Edited – otrzymasz więcej wolności i czasu na przemyślenia.
    Edytuj swoje życie, tnij ile się da, bo im mniej tym doskonalej, small is sexy! Jeśli kupujesz, to z głową, rzeczy lepsze, a przede wszystkim wielofunkcyjne. Mnie się to nieuchronnie kojarzy z szamponem z odżywką, produktem 2 w 1, bylejakością, ale w znaczeniu współczesnego minimalizmu chodzi o jakość zwiększoną, która pozwoli nam oszczędzić przestrzeń, w której żyjemy (toaletę z umywalką albo stolik kawowy, który zmienia się w stół dla 10 osób).

    Sprawdźcie, może na Was też zadziała!

    Rodzina

    Chorujące dziecko

    Czy można oszczędzić na chorującym dziecku? Wiem, brzmi to kontrowersyjnie. Wyrodni rodzice oszczędzają na dzieciach. Dzieciom trzeba przychylić rąbka nieba, obsypać kolorową zabawkową tandetą, wyróżowić lub wyniebieszczyć odzieżowo (żeby dla przechodniów jasna była płeć od pierwszych dni życia), a już na zdrowiu oszczędzać najzwyczajniej NIE WYPADA. Pogotowie opiekuńcze już czyha na takie matki i ojców.

    Ale czy na pewno? Czy jesteśmy w stanie wydać mniej w sytuacji awaryjnej systemu immunologicznego?

    W ostatnim czasie staram się to analizować i dochodzę niestety do mieszanych wniosków.

    Przede wszystkim warto wymienić rodzaje wydatków, jakie najczęściej nam towarzyszą przy chorobie potomka:

    1. Prywatny lekarz pediatra – od 100 do 160 zł za wizytę, zależnie od miasta – no bo jak zaufać lekarzom z NFZ, na pewno nie słyszą, czy świszcze w płucach, a w dodatku chcą upchnąć promowane przez koncerny farmaceutyczne leki. Zasada psychologiczna jest również taka, że jak natychmiast zapłacimy z własnej kieszeni, a nie z niewidocznych dla nas podatków, wówczas jesteśmy bardziej przekonani o wysokiej jakości usług.

    2. Lekarstwa – antybiotyki, syropki, spraye do gardła/nosa/ucha/czego bądź, maście, tabletki, saszetki – wydatek równy wizycie z punktu pierwszego, w dodatku gdy diagnoza nietrafiona, należy wykupić nowe specyfiki (nie wspominając o dodatkowym haraczu dla medyka)

    3. Opieka niani w przypadku, gdy sami nie jesteśmy w stanie wziąć zwolnienia na tydzień lub dwa choroby (było – nie było jest to długi okres nieaktywności zawodowej w pracy, nie każdy może sobie w dzisiejszych korpo-czasach na taką ekstrawagancję jak zajmowanie się dzieckiem pozwolić!)

    4. Ostatecznie trzeba też wydać na środki prewencyjne lub grypo-leczące paraleki dla nas samych, bo infekcja odpotomkowa jest nieunikniona jak chłody w Zimną Zośkę, a na sobie już możemy oszczędzić na pewno, tu już wypada nie dbać, ale liczyć na szybki efekt (bo „mama nie bierze zwolnienia” – o ojcu jak widać mowy nie ma, nie choruje?)

    Pomimo, że należę do prywatnego grupowego ubezpieczenia zdrowotnego, które oferuje mi pracodawca (jeden z benefitów korporacji), każdego miesiąca wydaję ok. 200-300 zł na okoliczność nigdy przecież nie planowanej choroby dziecka. Jednak od jakiegoś czasu, odkąd nagromadziłam dziesiątki specyfików wcześniej przepisywanych i połączyłam kropki w logice wypisywania leków przez medycznych ekspertów, postanowiłam sama podejmować kurację z tego, co mam. Zdarza się, że ostatecznie lądujemy u lekarza i utwierdzamy się w przekonaniu, że to była strata czasu, bo zawsze zapisują to samo. A nasz czas to przecież $$$!

    Jest jednak pewno ALE. Nasza indolencja zaczyna się w przypadku, gdy dziecko choruje nam chronicznie, nie mamy już pomysłu, jak wyleczyć nasilające się dolegliwości, syropki nie pomagają, a gorączka rośnie, a wielokrotne antybiotykoterapie nadwerężają długoterminowo stan zdrowia dziecka. Potrzebna jest wówczas ręka eksperta, który będzie w stanie przeprowadzić niezbędne badania, zawyrokować o przyczynie powtarzających się infekcji i przewidzieć skutki podejmowanych działań leczniczych.

    Niestety, tu oszczędności trudno szukać. Prywatny lekarz i dodatkowe badania to złotówki z naszych kieszeni, które jednak mamy nadzieje wydawane są celowo i sensownie. Chyba że mamy czas, cierpliwość i zaufanie, żeby usiąść w kolejce do lekarza z NFZ i czekać, co los przyniesie.

    W jaki jeszcze sposób ograniczać wydatki? Można tworzyć własne leki z naturalnych składników, takie jak syrop z cebuli*, sok z malin, napar z lipy, herbatka z miodem, mleko z czosnkiem i masłem (które dziecko to łyknie?). Można wziąć też opiekę nad dzieckiem idąc pod prąd oczekiwaniom pracodawcy – i swoim finansowym, bo wypłacone nam będzie jednak tylko 80% wynagrodzenia, i starać się liczyć na zduszenie wirusa w zarodku. I tego życzę wszystkim – żeby naturalne metody działały, a otaczający nas świat nas nie szczuł w wypełnianiu rodzicielskich obowiązków (nie tylko matczynych).

    * Pokrojoną cebulę przekładamy w słoiczku miodem, odstawiamy, aż cebula puści soki, następnie podajemy 3 x dziennie po łyżeczce lub łyżce – w zależności od wieku dziecka, przechowujemy w lodówce.

    Książki

    Biblioteka

    biblioteka ksiazka kobieta czytam

    Zapędziliśmy się w kupowaniu książek. Kupujemy więcej niż czytamy. Choć każdy Polak kupuje statystycznie 1,5 książki rocznie, a tylko 11% z nas czyta 6 książek rocznie,  nadal jest to wymarzony prezent pod choinkę wg badań Deloitte z 2014 roku (u mnie na liście zaraz obok brylantów i luksusowych perfum, oczywiście, choć nie wiem czemu częściej dostaję jednak książki).
    Co zrobić, gdy podaż czytelniczego materiału w domu przewyższa popyt?

    Continue Reading

    Minimalizm

    Weekendowe wizyty

    Wydawałoby się, że lodówka pełna, spiżarnia uzupełniona w nasiona i kasze, a owoce i warzywa grzeją się na parapecie w lutowym słońcu, czyli sytuacja konsumencka jest opanowana i na weekend mamy wszystko. Ale nie jest tak łatwo, kiedy wpada 2-dniowa wizyta rodziców i nagle chleba za mało, mięsa nie wystarczy, bo obiad dla pięciorga to nie to samo co dla trojga. Na śniadanie trzeba też dokupić – jajek, kiełbasek, pomidorów, czego tam jeszcze, żeby biednie nie było (poznańskie pyry nie takie poznańskie!). I tak lodówka zamiast się stopniowo opróżniać, zapełnia się jeszcze bardziej, po to, by po dwóch dniach znów odsapnąć. Zmywarka też ledwo daje radę, bo od śniadania do drugiego śniadania już brakuje talerzy, a trzeba je jeszcze przeprać, by przygotować się na obiad. Gdzie te czasy, kiedy trzy zastawy stołowe czekały od ślubu na takie okazje w specjalnej szafce. Choć gdybym je miała, zapewne w zapędzie minimalistycznych czystek wystawiłabym je na sprzedaż, a błędne koło chronicznego braku naczyń by się zamknęło.

    Oszczędność weekendu? Sałatka jarzynowa z odzyskanych z rosołu warzyw. (Brawo, gospodarna pani domu!)
    Konsumencki niewypał? ‚Newsweek’, na który się skusiłam jeszcze w tygodniu, a przy niedzieli mam tylko 3 przeczytane artykuły. A już weekendowe wydanie Gazety pachnie na nocnej szafce i szturcha Wysokimi Obcasami.
    Styl życia

    Mieć mniej w poście – pestka?

    Wydawałoby się, że skończyłam czytać „Mniej” Marty Sapały w idealnym momencie na rozpoczęcie konsumpcyjnego ograniczania się. Ledwo zabiły dzwony w Środę Popielcową, już przemykały mi przed oczyma ostatnie zdania książki. Żałowałam wręcz, że ją kończę, bo wiedziałam, że przeczytanie jej będzie dopiero powiedzeniem A, za którym powinny nastąpić kolejne litery alfabetu.

    Continue Reading

    Minimalizm

    Łatwe trudnego początki- ta cała konsumpcja

    konsumpcja, konsumpcjonizm, zakupy

    Każdy z nas jest człowiekiem. Może jesteś rodzicem, pracownikiem korporacji, administracji publicznej, prowadzisz swój biznes, może nie masz pracy. Pewnie masz swoje hobby, musisz jeść, odpoczywać, oddychać. Niezaprzeczalne jest to, że jesteśmy od siebie różni, mamy swoje poglądy i zainteresowania. 

    Co nas łączy to KONSUMPCJA. Każdy z nas kupuje, żeby żyć. Kupuje, żeby przeżyć. Kupuje, bo – no właśnie, co? Bo lubi? Bo to jest jego hobby? Bo lubi w ten sposób spędzać czas? A może kupuje nałogowo i nie jest w stanie wyjść z długów? Obciążenie na karcie kredytowej rośnie, a Ty je sprawdzasz tylko na koniec miesiąca i z przerażeniem łapiesz się za wirtualną kieszeń swojego konta i odkrywasz, że jest pusta. Skąd tyle tym razem? – myślisz.

    Zaczęłam się zastanawiać nad tym, ile i na co wydaję już jakiś czas temu. Zapisywałam wydatki, porównywałam między miesiącami, dzieliłam na kategorie, wyciągałam wnioski: „No tak, tym razem pohulaliśmy z jedzeniem” albo „Grudzień? Wiadomo, prezenty nas zżarły”. Ale teoretyczne wnioski z trudem przekładały się na praktykę, nie potrafiłam nauczyć się ograniczać. I ten blog będzie właśnie o tym.

    Dlaczego ograniczanie się w konsumpcji jest dla nas takie trudne? Dlaczego ograniczanie się w jakiejkolwiek dziedzinie przychodzi nam z takim wysiłkiem, jakbyśmy przeczuwali, że będzie bolało? No właśnie, boli. Tylko co konkretnie?

    Zainspirowana książką Mniej Marty Sapały zaczęłam podchodzić do własnej konsumpcji bardziej świadomie. Nie mogę powiedzieć, że już potrafię się ograniczać, że wyrzuciłam pół szafy i jem tylko ziółka znalezione na trawniku. Mam za to nadzieję, że od ‚tu-i-teraz’, analizując swoje wybory zakupowe będę w stanie żyć lepiej, jednocześnie nie dając zbyt dużej satysfakcji marketowym koncernom oplatającym nas swoimi mackami i szepczącym do ucha „Promocja, nie przegap! Musisz to mieć do pełni milisekundy trwającego szczęścia”.

    Z Waszą pomocą, na którą liczę, będę analizować, jakie mamy możliwości, by wydostać się z oblepiających macek bezmyślnej konsumpcji. Będę się zastanawiać, czy i co warto kupić i dlaczego z pewnym rzeczy tak ciężko nam zrezygnować.
    To co, zaczynamy?