Sprawdź teraz

Zapisz się do Klubu

    Jedzenie

    Przepis na świąteczne pierniki – zrób sam, nie kupuj!

    Święta są tak wspaniałe ze względu na ten wyjątkowy czas oczekiwania. Wieszamy kalendarz adwentowy, piszemy list do św. Mikołaja, lepimy pierogi i pieczmy pierniczki. Nie ma innego okresu w roku, kiedy tyle ekscytujących, a zarazem rodzinnych rzeczy dzieje się w naszym życiu.

    Zeszły tydzień minął mi na zagniataniu, wałkowaniu, wycinaniu, pieczeniu i zdobieniu. Pierniczki zagościły w naszym domu. Kuszą zimowymi kształtami, błyszczącą czekoladą na wierzchu i kolorowymi wzorkami.


    W ramach mojego tygodnia bez TV postanowiłam, że zabierzemy się za rodzinne pieczenie. Jak tylko ciasto piernikowe dojrzało w lodówce, zamknęliśmy się z synkiem z kuchni, przywdzialiśmy fartuchy i zabraliśmy się do pracy.

    Ciasto na pierniki

    Zacznijmy od początku, czyli jak przygotować ciasto.

    Ja skorzystałam z przepisu Pawła Małeckiego, cukiernika, który wydał swoją książkę kucharską markowaną przez Lidla. Tak, musiałam uzbierać naklejki i polować, by jeszcze była w sklepie, choć zwykle nie lubię tego typu nęcenia klientów „darmowymi” giftami. Najnowsza, przedświąteczna lidlowa książka „Ryby są super” sugeruje, że czytelnik nie zna bardziej wysublimowanego słownictwa, i nic tylko czekać, aż ukaże się „Mięso jest za…ste”. Oby nie.

    Wracając do dzisiejszych bohaterów, przedstawię Wam przepis wraz z moimi ulepszeniami.

    Na ciasto będziesz potrzebować:
    250 g miodu
    tyle samo cukru trzcinowego
    100 g masła
    600 g mąki pszennej typu 405 – ja użyłam 400 g mąki tortowej i 200 g mąki pszennej razowej typu 2000, żeby było zdrowiej
    10 g przyprawy do piernika – użyłam Kamisa, ale warto zrobić swoją własną mieszankę bez niepotrzebnego dodatku cukru lub innych wypełniaczy – koniecznie zwróć na to uwagę na opakowaniu!
    2 jajka
    5 g sody oczyszczonej
    10 g kakao

    W miseczce pogrzej lekko miód, tak by się upłynnił, dodaj masło i w kąpieli wodnej czekaj na połączenie się składników.

    Suche składniki wymieszaj w misce, dodaj jajka i miód z masłem z miseczki. Całość zagniatamy na ciasto, tak by powstała jednolita masa.

    Ciasto powinno odpocząć w lodówce 2-3 dni. Zastanawiałam się, w zasadzie po co. Okazuje się, że im dłużej piernik leży, tym bardziej przechodzi aromatem przypraw, przez co w efekcie jest o wiele smaczniejszy. Tradycyjne toruńskie ciasto piernikowe leżakuje czasem nawet 3 miesiące! Wyobraź sobie, że już we wrześniu zaczynasz myśleć o Świętach i odkładasz ciasto do lodówki. To by dopiero był Adwent!

    Po wyjęciu ciasta obsyp je mąką i rozwałkuj na grubość 5-10 mm. Przepis mówi o 3 mm, ale wówczas wychodzą cienkie i bardzo wypieczone ciasteczka. Ja osobiście lubię te grubsze i bardziej miękkie, dlatego kolejną partię robiłam już grubszą.

    Ważna uwaga!
    Ciasto po wyjęciu z lodówki jest twarde jak kamień i za nic nie daje się rozwałkować. Dobrym sposobem jest pokrojenie go na mniejsze części, wówczas szybciej się ogrzewa i staje się bardziej plastyczne.

    Piecz przez 8 minut (cieńsze) albo nawet 10 minut (grubsze) w temperaturze 180 stopni Celsjusza (z termoobiegiem) lub 190-200 stopni (bez termoobiegu). Ponoć te pieczone bez termoobiegu nie są takie wysuszone, także polecam Tobie tę opcję.

    Ozdoby piernikowe

    Po ostygnięciu pierników można się zabrać za dekorowanie. To była nasza ulubiona część.
    Wyciągnęliśmy cukrowe gwiazdki, literki i kolorowe pisaki do ciastek. A ja wcześniej przygotowałam polewę czekoladową w następujący sposób:

    Polewa

    200 ml śmietanki 30% zagotowałam w rondelku, dodałam 2 tabliczki mlecznej czekolady (może być też deserowa) i 60 g masła. Początkowo dodałam jedną tabliczkę, bo druga gdzieś potajemnie zniknęła, ale polewa wyszła za rzadka. Muszą być dwie. Po lekkim ostygnięciu można zanurzać w niej pierniczki i odkładać na talerz lub pergamin. Na to sypiemy nasze ozdoby, dekorujemy pisakami lub tworzymy wymyślone przez nas napisy. My postanowiliśmy kilka pierniczków sprezentować rodzinie, dlatego niektóre z nich dostały imiona.

    Jedna z czytelniczek podzieliła się też trafną uwagą na temat lukru. Jeśli chcesz go zrobić, uważaj, żeby nie był za rzadki, bo wówczas rozleje się po pierniczku i nie będzie wyglądał atrakcyjnie. Warto kupić gotowy lukier do rozrobienia w domu, taki, który ma dodatek białka.

    Nasze pierniczki to była świetna zabawa. Produkcja trwała, a te, które wychodziły z rąk mojego synka niemalże od razu były przez niego pochłaniane. Polecam Wam takie wspólne pieczenie i zdobienie, nie tylko z dzieckiem, ale i z mężem, chłopakiem, mamą czy znajomymi. To świetny sposób na spędzenie wolnego czasu, a zarazem zrobienie czegoś razem, co przygotowuje nas do Świąt.

    Muszę tu szczególnie podziękować Teresie Bartkowiak z Miodów Bartkowiaka za inspirowanie mnie do pieczenia i pomocne rady, jak ta z pocięciem ciasta na kawałki przed wałkowaniem albo wytłumaczenie, dlaczego ciasto musi leżakować. Teresa jest piernikową skarbnicą wiedzy, także jeśli czegoś potrzebujecie, możecie się do niej śmiało zwrócić.

    Na koniec mam dla Was prezent – szybki przepis na pierniczki w formie graficznej.

    Mój przepis na pierniczki

    Mój przepis na pierniczki

    A jak u Was wyglądają przygotowania do Świąt?

    Minimalizm Styl życia

    Życie bez TV, czyli dlaczego warto chodzić do kosmetyczki

    Tydzień bez telewizji dobiegł końca. Siedem długich dni spędziłam bez włączonego telewizora, fruwając w skowronkach i relaksując się z książką w ręku. Życie bez TV to całkowita zmiana jakości.

    Uwierzyłeś? To teraz powiem, jak było naprawdę.

    Pierwszego dnia, czyli w poniedziałek, próbowaliśmy się dostosować do nowej rzeczywistości bez TV. Największym wyzwaniem było dla nas ograniczenie się w oglądaniu wieczornych Wiadomości, bajek oraz meczy piłki nożnej. Dorośli, czyli ja i mój mąż, poradzili sobie bezbłędnie, wykazując się wzorową silną wolą. Jedynie mój 3-letni synek potrzebował kilkakrotnego tłumaczenia, po co nam tydzień bez TV i dlaczego nie będzie wieczorynki. Zrozumiał to jednak szybko i zanim się obejrzeliśmy zakleił wymownie dekoderowi „oczy”.

    Pierwszego dnia zrobiłam też coś dla siebie, czyli po prawie dwóch latach nieregularnego i sporadycznego uprawiania sportu po domowych kątach wybrałam się na zajęcia zumby. Byłam z siebie taka dumna! Wypełniona świeżymi endorfinami wracałam do domu w podskokach, zmęczona, ale szczęśliwa. W sumie – tak chyba się czują osoby uprawiające sport regularnie?

    Sukces #1: wyjście z domu wieczorem
    Sukces #2: motywacja do uprawiania sportu

    Co było we wtorek? Był to 1 grudnia, a ja się zreflektowałam, że w domu nie ma jeszcze kalendarza adwentowego. Nie żeby była to nasza rok-roczna tradycja, ale kilka propozycji z polskich blogów mnie zainteresowało na tyle, że postanowiłam wyjąć skrawki materiału z szuflady i stworzyć coś swojego.

    Dzięki maszynie do szycia, kilku godzinom popołudniowej pracy i wieczornej dłubaniny, powstał taki oto kalendarz. Do jego wykonania przyczynił się też mój jakże zacny małżonek, autor naklejanych karteczek z cyferkami symbolizującymi dni miesiąca grudnia. Wspólnie siedzieliśmy i robiliśmy rękodzieło jak te małe elfy z jednej z fińskich wiosek.

    Sukces #3: motywacja do stworzenia czegoś własnoręcznie
    Sukces #4: zaangażowanie męża we wspólną pracę
    Sukces #5: radość i ekscytacja dzieci z efektów pracy

    W środę wszyscy cieszyliśmy się z kalendarza jako elementu wystroju naszego salonu, a J. był zadowolony, że sakiewki będą odmierzać mu czas do zbliżających się świąt. Tak bardzo się cieszyliśmy, że nawet nie wiem, jak to się stało, ale wieczorem w telewizji leciał już mecz Lech-Wisła.

    Porażka #1: walka o dozowanie sakiewek w częstotliwości jedna dziennie
    Porażka #2: słabość wobec meczy nie została pokonana

    Czwartek minął pod znakiem wypieków. Nie tylko zagniotłam ciasto na piernik i odłożyłam na 2 doby do lodówki, ale też upiekłam szybką tartę z prażonymi jabłkami z dynią. Całe szczęście, że spróbowaliśmy tylko po kawałku, bo w piątek miałam czym poczęstować G., która wpadła z wizytą. Dawnośmy się nie widziały, dlatego trójkąty ciasta, jak i kubki herbaty pochłaniane były równie szybko jak słodycze z adwentowych sakiewek w ustach J.

    W sobotę wycinaliśmy i piekliśmy pierniczki. Telewizja leżała odłogiem, a my bawiliśmy się w najlepsze. J. odkrył w sobie piekarską misję i wycinał bałwany, serca i choinki tak precyzyjnie, jak tylko potrafił. Upieczone i przestygnięte przez noc kształty maczaliśmy w polewie czekoladowej i obsypywaliśmy słodkimi dodatkami.

    W niedzielę, czyli w Mikołajki, oprócz dalszego ciągu piernikowej zabawy mieliśmy też wyjazd z misją. Wreszcie udało mi się zebrać wszystkie ubrania, które w trakcie ostatnich wymienianek sąsiedzi chcieli przekazać potrzebującym, posegregować je i zawieźć do Miejskiego Centrum Interwencji Kryzysowej. Pojechaliśmy tam całą rodziną nie tylko w powodów logistycznych (nie wszystkie torby zmieściłyby się do mojego auta), ale przede wszystkim po to, by w ten wyjątkowy dzień nauczyć się dawać coś ważnego innym. W ośrodku, do którego pojechaliśmy, znajdują się kobiety, które były zmuszone do ucieczki przed przemocą w domu. Często zbyt szybko, by zabrać ze sobą coś więcej niż miały na sobie one i ich dzieci. Przytłaczająca realność tego miejsca dała nam wszystkim do myślenia, nie tylko J., który ze zrozumieniem pomagał przy ładowaniu worków do bagażnika, a potem przyglądał się rozpakowywaniu.

    Nie chcę tu siebie kreować na wyjątkowego darczyńcę, ale poczułam, że to, co zrobiliśmy było najwłaściwszym sposobem na spędzenie Mikołajek, a zarazem na podsumowanie tego jakże przyziemnie brzmiącego wyzwania „Tydzień bez TV”.

    Sukces #6: wspólne pieczenie i zdobienie smakołyków świątecznych
    Sukces #7: pielęgnacja relacji z dawno nie widzianą przyjaciółką
    Sukces #8: niesienie pomocy innym

    Czy miałam jednak więcej wolnego czasu? Na pewno nie na „siedzenie i nicnierobienie”. Obok tych wszystkich kreatywnych sposobów na spędzanie wieczorów zbyt często wkradał się jednak do naszego życia komputer i oferta, jaką przedstawiają media społecznościowe. Zdarzało mi się spędzić bitych kilka godzin przed monitorem, zamiast usiąść wygodnie z książką w ręku, co przecież miałam w pierwotnym zamiarze. Skutkiem tego do soboty przeczytałam może kilka stron przed snem, walcząc z ciężarem powiek.

    Z pomocą przyszło mi jednak coś, czego prawdziwej wartości nigdy bym nie odgadła – wizyta u kosmetyczki i półtorejgodzinna pielęgnacja stóp. Nie dość, że miałam czas na wyciszenie się, relaks i przemyślenie kilku spraw, to jeszcze mogłam nadrobić czytanie ponapoczynanych lektur. Można by rzec, że było to jedno z lepiej zainwestowanych kilkadziesiąt złotych w przeciągu miesiąca.

    ograniczam się, telewizja, tydzień bez TV, pierniczki
    Mój tydzień bez TV

    A mój stosunek do TV? Nie tęsknię tak bardzo, jak bym się tego spodziewała, a wieczory bez wieczorynek są jakby spokojniejsze i bardziej rodzinne. Nie jestem jednak pewna, czy zrezygnuję z odbiornika całkowicie i na zawsze. Z pewnością będę jednak jego bardziej świadomym użytkownikiem. 

    Zero Waste

    Kalendarz adwentowy na gałęzi

    kalendarz adwentowy na gałęzi

    Grudzień się zbliża, dlatego warto pomyśleć o ekologicznym kalendarzu adwentowym ze skrawków materiału i …gałęzi.

    Jakiś czas temu odkurzyłam starego Łucznika po moim Tacie. Maszyna do szycia była czymś nowym w moim życiu, ale po kilku lekcjach z moją przyjaciółką, której lata doświadczenia dodają ekspertyzy, uruchomiłam ją.

    Po paru miesiącach przerwy wyjęłam maszynę ponownie, poszukałam w domu odpowiednich tkanin i akcesoriów, i …zaczęłam produkcję. Mój projekt to Kalendarz Adwentowy składający się z 24 sakiewek szytych na maszynie. Sakiewki zawiesiłam na gałęzi przy pomocy sznureczków, tasiemek ozdobnych i nici.

    kalendarz adwentowy DIY

    Jako że w moim domu ZAWSZE jest jakaś gałąź (prace na balkonie, dziecięce zabawy, kocie psoty- gałąź się po prostu przydaje!), a tkaniny pozostały jeszcze z poprzednich mini-projektów szyciowych, niewiele myśląc zabrałam się do roboty.

    To, że nie czytam instrukcji i lubię eksperymentować, spowodowało, że wraz z szyciem sakiewek ich kształty i rodzaje ewoluowały do tych docelowych. Ważne, by zrobić miejsce na przeciągnięcie sznureczka bądź tasiemki, tak by woreczek łatwo było zawiesić.

    Choć w prototypowych wersjach zabrakło tej przestrzeni, poradziłam sobie w inny, równie skuteczny sposób. Przeszywałam górną część sakiewki lekką fastrygą, zostawiając dwa końce nici na zewnątrz, tak by po złapaniu za ich końce sakiewkę można było ściągnąć i zawiązać na gałęzi.

    Ale, ale. Przy robótkach wziął udział ktoś jeszcze. Moje popołudniowe szycie to nie był skończony produkt. Dopiero wieczorem nadaliśmy mu z mężem ostateczny sznyt. Udało mi się namówić małżonka do czynności związanych z ręcznymi robótkami! Spod jego rąk wyszły zatem naklejki z liczbami symbolizującymi kolejne dni grudnia aż do Wigilii. Zobaczcie sami, jakiej użył stylistyki.

    kalendarz adwentowy na gałęzi
    Do wykonania kalendarza użyłam tylko tego, co znalazłam w domu. Niczego nie kupowałam i taki był też cel mojego projektu – kreatywny upcycling bez generowania odpadów.A co w woreczkach? To, co mali chłopcy lubią najbardziej, czyli łakocie. Oprócz galaretek w cukrze i kilku lizaków są też owsiane ciasteczka, rodzynki i suszona żurawina. Przekąski mogą być nie tylko słodkie, ale i zdrowe. Oczywiście, każdy może wrzucić do swoich sakiewek co mu się żywnie podoba. Mogą to być małe zabawki, ciekawe krótkie historyjki zwinięte w rulonik czy szereg innych rzeczy, na które Wasza wyobraźnia wpadnie.

    Instrukcja wykonania kalendarza adwentowego

    1. Wycinamy kawałki materiału każdy po ok. 15×20 cm.
    2. Wzdłuż górnej krawędzi robimy zakładkę na sznureczek, którą przeszywamy na maszynie lub ręcznie.
    3. Po przeszyciu składamy materiał w pół na lewej stronie i obszywamy dookoła – na kwadratowo lub półokrągło.
    4. Odwracamy na prawą stronę i przeciągamy sznureczek/tasiemkę przez zaszewkę – warto posłużyć się agrafką.
    5. Tak powstałą sakiewkę wypełniamy smakołykami, przyklejamy cyferkę i zawieszamy na gałęzi.

    sakiewka kalendarz adwentowy diy


    Jestem ciekawa, czy też planujesz stworzyć kalendarz adwentowy. Podziel się swoim pomysłem w komentarzu.


    Jeśli wolisz obejrzeć film z instrukcją, jest już na moim vlogu!




    ***
    Jeśli podobał Ci się mój wpis, podziel się nim z innymi lub zostaw komentarz. Każdy znak od moich czytelników jest dla mnie niezwykle cenny.

    Styl życia

    Wyzwanie: Tydzień bez telewizji

    Każdy nowy tydzień to nowe wyzwanie. Po relaksującym weekendzie idziemy do pracy, kończy się spanie do 10, długie wieczory z ulubionym filmem, zarwane noce na imprezach.

    To znaczy – żeby nie było – dla mnie to się skończyło już 3 lata temu. I wcale nie miało nic do czynienia z pójściem po weekendzie do pracy. Ale ta część z Was, która nie posiada potomstwa, pewnie ma jeszcze swobodę w całkowicie autonomicznym decydowaniu o kształcie i wyglądzie własnego wolnego czasu.

    Poniedziałek przyniósł mi energię na pewne wyzwanie. Mówię o energii, bo pomysł kiełkował w mej głowie już od jakiegoś czasu. Postanowiłam, że w tym tygodniu ograniczę się i nie będę oglądać telewizji. Odważnie?

    Dla tych, którzy zrezygnowali z czarnego pudła/ekranu w domu to żaden problem – po prostu nie mają pokusy, by go włączać.

    Dla nas to wiele stałych elementów, z których musimy (chcemy?) zrezygnować, po to, by zrobić miejsce innym. Co prawda telewizor włączamy dopiero wieczorową porą, ale ile się wtedy u nas dzieje!

    1. Wieczorynka – mamy stały rytuał, który porządkuje dzieciom czas przed snem. Sprzątanie pokoju po zabawie, kąpiel, a potem wyczekana bajka. Po bajce czytanie książek i sen. Sama rezygnacja z wieczorynki może być odebrana jako kara, ale jeśli jest połączona z dalszym wyrzeczeniem się oglądania TV przez rodziców, może tylko okazać się dłuższym, wartościowym wspólnym czasem spędzonym na zabawie.

    2. Wiadomości – mamy ten plus, że nasz dekoder ma funkcję nagrywania programów i odtwarzania w dowolnym momencie. Zdobycz techniki, która przychodzi z pomocą zabieganym rodzicom dwójki małych dzieci. Dzięki temu nawet o 22 mamy poczucie, jakby wieczór się dopiero zaczynał – tyle tylko, że zaraz trzeba i tak położyć się spać. Rezygnacja z programów informacyjnych może się okazać trudna, bo to jednocześnie rezygnacja z elementów przypisywanych dorosłości. Owszem, możemy przerzucić się na bycie na bieżąco na portalach informacyjnych. Czego jednak nie lubię w tej formie sprawdzania aktualności to wsiąkanie w dalsze z pozoru atrakcyjne wątki, pojawiające się obok tych, które interesowały nas najpierw. Może w ogóle przestanę więc czytać i pozostanę przy radiu, któremu ufam, czyli Trójce. Klasa polityczna i tak mnie ostatnio zawiodła, po co więc nadmiernie denerwować się na wieczór.

    3. Mecze – mam w domu jednego fana lokalnej drużyny piłkarskiej. Zresztą, co ja mówię, sama też interesują się piłką i lubię wiedzieć, jaką mamy kondycję. Mecz Naszych to święto w domu, wyłączenie się ze wszystkich aktywności i całkowite poświęcenie się temu, kto strzeli gola, czemu nie przyznają nam karnych (no nigdy, naprawdę!) i jak wysoko będziemy w tabeli. A że Nasi grają co najmniej raz w tygodniu – tydzień bez telewizji może okazać się trudny do przejścia. Oznacza to jednak, że żaden tydzień nie będzie lepszy ani gorszy od tego, który akurat się zaczął. Podejmuję więc to wyzwanie dzisiaj i mam nadzieję, że wytrwam – nie tylko ja sama.

    Co mam nadzieję zyskać w zamian?

    Wolny czas, który poświęcę na coś wartościowego, np. przeczytanie książek, które od dawna leżą pozaczynane.
    Większą dostępność dla moich dzieci, które nie będą się bały, że zaraz zaczyna się mecz i pora skończyć zabawę.
    Spokój niezakłócony cudzymi myślami i opiniami, który wyciszy mnie na tyle, że będę w stanie usłyszeć moje własne.

    Nie musimy ulegać nawykowi oddawania się pasjonującym rozrywkom. Możemy rozwinąć inne nawyki, które przywrócą nas z powrotem do naszej podstawowej wewnętrznej tęsknoty za ciepłem, bezruchem i wewnętrznym spokojem. – Jon Kabat – Zinn

    Codziennie na moim facebookowym fanpage’u zrobię krótkie podsumowanie mojego postanowienia. Jeśli tylko możesz, bądź tam ze mną i mnie wspieraj, bo może być naprawdę ciężko.

    A może podejmiesz to wyzwanie ze mną?

    Jakie jeszcze widzisz korzyści z tygodnia bez telewizji?

     

    Ekologia Ubrania

    Osiedlowe wymienianki #2 – Kobieca Szafa

    garderoba, szafa, ubrania

    Od kolejnych osiedlowych wymienianek minęły już prawie trzy tygodnie, a ja jeszcze nie podzieliłam się wrażeniami. Już nadrabiam i przedstawię Wam moją relację.

    Poprzednie wymienianki skoncentrowane były na temacie dzieci. Wystawialiśmy dziecięce ubranka, książki i zabawki, a przy okazji robiliśmy zbiórkę dla Domu Dziecka w Poznaniu.

    Listopadowa edycja miała na celu zintegrowanie kobiet na naszym osiedlu i pod hasłem „Kobieca szafa” wymieniałyśmy się tym, co miałyśmy w nadmiarze. Uczestniczki przyniosły naprawdę sporo ciekawych ubrań, od swetrów i t-shirtów przez zwiewne sukienki i eleganckie bluzki aż po buty, kurtki i marynarki.

    ograniczam się, wymienianki, minimalizm, upcycling

    Oprócz wymiany można było prowadzić sprzedaż uczestniczkom bez własnego asortymentu. Poszło nam całkiem nieźle, choć przyznam, że style były dość rozmaite i spora część ubrań została do dalszego rozdysponowania. Tym razem wspierałyśmy Centrum Interwencji Kryzysowej w Poznaniu, które chętne było przyjąć każdą ilość ubrań damskich i dziecięcych.

    Z racji jesiennej pogody i chłodu wymienianki odbyły się pod dachem, w pobliskiej, niezmiernie gościnnej kawiarni Marcelino Chleb i Wino. Poprzednim razem Pani Kinga również nas wsparła posiłkami. Tym razem jednak przeszła samą siebie. Catering przygotowany był naprawdę mistrzowsko. Zachwycały misternie wykonane przystawki typu finger food, drobne tortille z przepysznym nadzieniem, tarty, muffinki i ciasta. Na stole stały butelki z wybornym włoskim winem oraz karafki z domową lemoniadą. I to wszystko za darmo! Pani Kingo, należą się wielkie brawa kucharzom i Pani za tak wspaniałe ugoszczenie nas. Ciepłe wspomnienia tamtego wieczoru jeszcze długo w nas pozostaną.

    Pomijając temat ubrań, to, co jest niesamowite w wymieniankach to integracja lokalnej wspólnoty. Było mi bardzo miło spotkać i poznać kobiety mieszkające na naszym osiedlu. Jesteście naprawdę niesamowite! A po licznych rozmowach jestem w stanie stwierdzić, że mamy w większości podobne spojrzenie na świat i równie wielką chęć do częstszych spotkań, nie tylko pod pretekstem wietrzenia szafy. Do następnego!

    ograniczam się, wymienianki, minimalizm, upcycling
    W wymieniankach nie chodzi tylko o sam akt wymieniania się ubraniami. To coś więcej – rozmowa, wzajemne poznawanie się i miłe spędzanie czasu.

     

    ograniczam się, wymienianki, minimalizm, upcycling
    Catering przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania

    Więcej zdjęć znajdziecie tutaj.

    Styl życia

    Nie mówię Tobie, jak masz żyć, czyli czym jest wolność

    Ogłaszam wszem i wobec – ci z Was, którzy posiadają ponad 200 przedmiotów, mają bezwzględny zakaz chodzenia do sklepów. A wszystkie kobiety, które mają ponad 20 sukienek, nie mogą już więcej odwiedzać sieciówek. Ludzie, którzy nie jedzą ekologicznie, nie mogą czytać mojego bloga. A ci, którzy mają w domu książki Masłowskiej, powinni je natychmiast spalić.

    Bylibyście zadowoleni z takiego postawienia sprawy?

    Nie mówię Wam, jak macie żyć. Nie twierdzę, że minimalizm jest dla każdego. Nie jestem zdania, że każdy musi być ekologiem, ba! u mnie też jeszcze nie jest idealnie. Co więcej, nie uważam, że jesteście gorsi tylko dlatego, że macie inny sposób na życie niż ja.

    Różnorodność postaw ludzkich, charakterów i potrzeb jest czymś wspaniałym i potrzebnym. Gdybym otaczała się samymi minimalistami, straciłabym z oczu dalszą perspektywę i nie miała tematów do pisania bloga. Co to za bloger, który nie zna realiów panujących w społeczeństwie. Gdybym posłała dziecko do prywatnego przedszkola, mogłoby nie poznać pełnego przekroju społeczeństwa i już zawsze myśleć, że wszyscy żyją w dobrobycie i pełni beztroskiego szczęścia. Wreszcie, gdybym non stop mówiła innym, jak mają żyć, zamiast przyjaciół zdobywałabym sobie samych wrogów.

    Mówienie innym, co mają robić, jest dla mnie naganne. Karygodne natomiast jest dla mnie zakazywanie innym życia na swój własny sposób. Postawa moralizatora posiadającego wyższe prawo do nakazywania lub zabraniania ludziom pewnych praktyk jest ingerowaniem w ich wolność i prywatność, z którą powinni móc robić to, co im się podoba.

    Znajdą się głosy, że to, co robisz ze swoją prywatnością może wkraczać w sferę prywatną innych i ingerować w ich potrzeby. Oczywistym jest dla mnie, że

    należy podchodzić do drugiego człowieka z szacunkiem i respektować wzajemne wartości, jednocześnie rozumiejąc, że nawet jeśli myślimy podobnie, w pewnym niuansach możemy się różnić.

    Natomiast stawianie się w pozycji sędziego kwestionującego ludzkie sposoby na życie i – tak, również! – korzystanie z kultury – jest przypisywaniem sobie roli, do której brak legitymizacji, a uzasadnienia się w niej nigdy nie dopatrzę.

    Wiem, że to dziś niepopularne, ale ograniczam się w wydawaniu pochopnych sądów. Nie mówię innym, jak mają żyć. Mogę natomiast żyć tak, by innym dawać przykład tego, co dla mnie ważne. Myślę, że to ma większą moc niż wprowadzanie zakazów i nakazów jako imperatywu moralnego, który ma skłonić do działania w określony sposób lub jego zaniechania. Jakby chciał Kant,

    Postępuj tylko według takiej maksymy, dzięki której możesz zarazem chcieć, żeby stała się powszechnym prawem.

    Sposób na ograniczanie zakazów i osądów, a uskutecznianie pozytywnych przekazów polecam wszystkim hejterom, terrorystom i politykom. Trochę empatii, proszę Pani i Pana. Trochę kurtuazji, jakby chciał Bauman.

    Zatem jeśli masz ponad 200 przedmiotów, możesz dalej spokojnie wieść swoje szczęśliwe życie w ich otoczeniu i nie będę Cię osądzać. Jeśli kochasz sukienki, ciesz się nimi i noś regularnie. Jeśli lubisz chomikować „przydasie”, chwała Ci za to, bądź sobą, jeśli Ci z tym dobrze.

    Cieszmy się z różnorodności, bo to ona dodaje naszemu życiu koloru. Kultywujmy wolność, bez której nie ma miejsca na twórczy rozwój i dyskusję. I wierzmy, że nikt nigdy nie podniesie na nie ręki.

    wolnosc kultura minimalizm nie oceniam jak żyć

    Minimalizm

    5 inspirujących filmów o minimalizmie

    Internet jest pełen inspirujących historii na temat tego, jak żyć. Ja postanowiłam wybrać dla Was kilka wartościowych pozycji o tematyce minimalizmu. Co zrobić, by żyć z mniejszą ilością rzeczy i czy w konkretnej ilości tkwi szkopuł? Czytajcie i oglądajcie.

    1. Pytania i odpowiedzi z The Minimalists

    Blog The Minimalists święci niesamowite sukcesy. Autorzy postanowili nawet nakręcić film dokumentalny o minimalizmie i osobach, które reprezentują ten styl życia.

    Nie chodzi o konkretną ilość, ważne, by zrozumieć, które rzeczy dodają wartości naszemu życiu

    – mówi Joshua Fields Millburn.

    Filmik Q&A with The Minimalists to próba odpowiedzi na pytania zadawane przez internautów o sens życia w minimalizmie.
    „Ile rzeczy powinniśmy posiadać? Czy to na pewno chodzi o rzeczy? Głównie pytam o rodziny z dziećmi.”
    Wspominałam o tym w moim poprzednim wpisie, a Joshua to jeszcze potwierdza: to prawda, że każdy ma swoje własne okoliczności, w których się znajduje. Stan posiadania i podejście do minimalizmu powinny być dopasowane do naszej sytuacji życiowej.

    Pada też zdanie, że o wiele łatwiej byłoby wynaleźć tę złotą liczbę przedmiotów, do której mamy dążyć. Ale to nie przysporzy nam szczęścia. Proste rozwiązania nie zawsze są najlepsze i nie pasują każdemu. Tak samo jak prosta recepta na wzbogacenie się po prostu nie istnieje.

    Jest tu również ciekawe odniesienie do religii i duchowości, ale nie będę wszystkiego zdradzać, obejrzyjcie sami.

    minimalista, ograniczam się
    The  Minimalists

    2.  Jak żyją minimaliści w Australii?

    Film przedstawia kilka osób i kilka historii o podobnym przesłaniu. „Zastanówmy się, dlaczego chcemy akurat tych rzeczy, które chcemy?” Może warto się ograniczyć do tego, co niezbędne, a reszty się pozbyć bez zbędnych sentymentów? Zdania te padają na licznych minimalistycznych blogach, a jednak nadal dla wielu są objawieniem.

    Have you ever really stopeed and asked yourself: why you want the things you want?

    Memory is not in the items. If it’s important enough, I will remember it.

    Jedna z bohaterek wyznaje, co popchnęło ją do rozpoczęcia drogi minimalisty w życiu. Było to oczekiwanie, że będzie łączyła rolę matki i pracownika i będzie robiła to IDEALNIE. Ta nękająca ją myśl o dotrzymaniu tempa w tym pędzącym świecie doprowadziła ją do depresji, z której wyciągnął ją tytułowy minimalizm.

    Pada tu jeszcze bardzo ważne zdanie od Joshuy Beckera z wspominanego już bloga The Minimalists:

    Love people, use things. Because the opposite never works.

    (tłum. Kochaj ludzi, używaj rzeczy. Bo odwrotnie to nigdy nie działa.)

    3. „The less you own, the more you have”

    Mówi Angela Horn na TEDx Cape Town

    Podając za przykład i zarazem początek swojej drogi swoją nieobecną już na tym świecie matkę, Angela rozwija swoją historię o życiu z mniejszą ilością rzeczy, ale nie tylko.

    Angela ma dla nas dwa wyzwania.

    Po pierwsze, przez 30 dni wyrzucaj jedną rzecz dziennie z tych, które uznasz za niepotrzebne. Jeśli wytrwasz, oczyścisz swą przestrzeń z 30 przedmiotów – i możesz przestać. Jeśli Ci się spodoba, kontynuuj, dopóki nie uznasz, że masz wystarczająco tyle, by żyć dobrze.
    Angela wierzy w teorię – i twierdzi, że to działa – że wraz z pozbyciem się z domu nadmiaru, automatycznie robisz w życiu miejsce na to, co dobre.

    Drugie wyzwanie brzmi: przestań kupować dla samego kupowania, bo wbrew temu, co chcą nam wmówić specjaliści od marketingu – nie znajdziesz szczęścia w nowszym samochodzie czy większym domu.

    Happiness is a state of being, not a state of having.

    (tłum. Szczęście to stan bycia, nie posiadania)

    Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani do minimalistycznego życia, Angela obiecuje:

    Downsize your stuff and you’ll automatically supersize the quality of your life.

    (tłum. Zredukuj ilość swoich rzeczy, a automatycznie podniesiesz wartość swojego życia)

    4. Peter Lawrence – w poszukiwaniu intensywnej prostoty

    Kolejny film pokazuje postać Petera Lawrenca, który posiada NAPRAWDĘ NIEWIELE. Myślę, że sam Leo Babauta mógłby się od niego uczyć. Kirsten Dirksen, autorka popularnego kanału na YouTube o tematyce świadomego, lepszego życia, przedstawia nam jego opowieść i motywy, dla których został minimalistą i co jest dla niego naprawdę ważne.

    Co przykuło moją uwagę, to zdanie Petera, który mówi:

    Zawsze możemy sprawdzić, ile zostało nam pieniędzy. Nigdy nie możemy sprawdzić, ile zostało nam czasu.

    Oczywiście ma na myśli czas, który został nam na tej ziemi, a który powinniśmy cenić bardziej niż rzeczy materialne, za którymi nieustannie gonimy.

    5. Minimalizm vs. Konsumpcjonizm

    Jest też kilka polskich głosów w sprawie minimalizmu. Spośród nich wybrałam kanał Mai Nowak o nazwie MayaTheBee , która w sposób inspirujący, a zarazem autentyczny opowiada o tym, dlaczego warto być minimalistą i co to właściwie oznacza. W filmiku „Minimalizm vs. konsumpcjonizm” rozprawia się z naszym nawykiem kupowania na pokaz. Nie ważne, czy mamy pieniądze, czy ich nie mamy – uważamy, że zaimponujemy innym żyjąc ponad stan. Co ciekawe, jak się okazuje nie jest to tylko cechą Polaków, którzy zakompleksieni po czasach PRL-u nagle dostali wybór w sklepach i zaczęli zapełniać swe mieszkania obfitością ubrań, gadżetów i rzeczy, których potrzebowali bardziej lub mniej. Brytyjczycy czynią podobnie! Maja wie, co mówi, bo spędziła tam sporo czasu pracując z młodzieżą i – jak sama mówi – jest przerażona pragnieniami nastolatków, by zostać sławnym i bogatym, najlepiej w ogóle nie pracując. Goni się na nowym modelem iPhone’a po to, by pokazać innym wysoki status. Ale Maja się temu sprzeciwia i mówi:

    Nie po to kupujemy rzeczy, żeby zaimponować innym.

    Minimalizm nie ma nic wspólnego z tym, ile się ma w kieszeni. Ważny jest stan umysłu i świadomość, że nowszy model nie uczyni z Ciebie lepszego człowieka.

    Te filmy to moja propozycja na własnie trwający weekend, ale również na rozpoczynający się w sklepach sezon świąteczny. Zanim znów wpadniesz w zakupowy szał, zatrzymaj się na chwilę i pomyśl o choć jednym ze zdań, które w nich padły. Może wpadniesz na pomysł, jak w tym roku nie gonić za prezentami i spędzić te święta inaczej? Lepiej?

    Który filmik przypadł Ci najbardziej do gustu? Która filozofia do Ciebie trafia? 

    Minimalizm Rodzina

    Minimalista – rodzic szczęśliwy?

    Zanim zostałam mamą, miałam w głowie swój wizerunek minimalisty. Singiel, wynajmujący mieszkanie i na pewno nie posiadający dzieci. Moje pojęcie na ten temat zmieniło się dopiero niedawno, z biegiem czasu i wraz z głębszą eksploracją sieci. Nagle się okazało, że minimalizm nie tylko dotyczy tych, którzy mają fiksację na punkcie równo poukładanych kilku prywatnych przedmiotów na półce i zmieszczenia się w jednej walizce, ale również tych, którzy wprowadzając w życie zdrowe konsumenckie nawyki posiadają MNIEJ, po to, by mieć przestrzeń na WIĘCEJ.

    Trzy lata temu, po urodzenia synka, wpadłam w zakupowy wir związany z tak zwanym wiciem gniazda. Pierwsze dziecko to pierwsze ubranka, dziecięce gadżety bardziej lub mniej potrzebne, mebelki, które te gadżety mają pomieścić, zabawki i książeczki. Będąc zagubioną w bezmiarze panującym na rynku dziecięcych akcesoriów, zdarzało mi się kupować impulsywnie i irracjonalnie. Nie pomagały portale parentingowe, które w sponsorowanych artykułach promują jeszcze nowsze i jeszcze lepsze sposoby na uszczęśliwianie swojego dziecka kolejnymi przedmiotami. Chyba tylko dzięki rozsądkowi mojego męża nie zginęliśmy pod górami zabawek walających się po mieszkaniu, a konto zachowało bilans in plus. Bo przecież urlop macierzyński jest idealny do łatwego wydawania pieniędzy! Nie dość, że internetowe zakupy dają nam kontakt z zewnętrznym, dorosłym światem, to jeszcze pojawia się nowa potrzeba, którą chcemy zaspokoić. Tym gorzej, jeśli nas stać – wówczas każda sugestia od znajomych czy rodziny wydaje się być uzasadniona, a każde jej kwestionowanie grozi osądzeniem w stylu „Dziecku chyba nie odmówisz”.

    Jak to dobrze, że przed narodzinami córki zaczęłam sobie uświadamiać konsekwencje życia ponad stan. To prawda, że drugie dziecko dziedziczy po pierwszym większość ubrań, zabawek i książek. Tak jest, że te akcesoria, które się sprawdziły, przechodzą w użycie przy młodszym potomku. Nie obywa się jednak bez instynktownej chęci ponownego wicia gniazda, wobec której rzadko kto przechodzi obojętnie. Nowy zestaw ciuszków, nowa zabawka czy choćby pościel witają w progach domu noworodka. Do tego dochodzą znajomi i rodzina, którzy również dorzucają swoje drobiazgi, by najmłodszemu żyło się jeszcze lepiej.

    Czy aby na pewno? Czy nowe gadżety uszczęśliwiają? Czy dziecko potrzebuje tylu zabawek, książeczek i ubrań?

    ograniczam się, dziecko
    #1*

    Jak być mądrym rodzicem i nie zginąć wobec rozkręconego marketingu celującego w rodziców?


    Jak wygląda minimalizm, gdy w domu są dzieci? Co mówią minimaliści?

    Marta, autorka bloga Pani Poczytalna, radzi:

     Moje sposoby są najprostsze: staram się nie zarzucać dziecka zabawkami oraz pilnować, by nie dostawało zabawek przy każdej okazji. Jest taki sposób mojej teściowej, skuteczny, bo sama testuję – sprzątam dziecięcy pokój bez udziału dziecka i odkładam rzeczy, którymi się nie bawi na później. Po jakimś czasie ponawiam działanie i znowu zabieram rzeczy, którymi się nie bawi, oddając jej przy okazji poprzednią partię. Radość z nowych-starych zabawek jest bardzo duża.

    Redukowanie ilości zabawek, którymi otaczane jest dziecko wydaje się być naturalną formą kontroli zarówno nad porządkiem w dziecięcym pokoju, jak  i nad ilością bodźców, które dziecko otrzymuje. Marta wspomina też o stawianiu granic:

    Uczę też córki, że nie można mieć wszystkiego. Najzwyczajniej w świecie stawiam granice. Mówię jej w sklepie (i mam tu na myśli sklep spożywczy, nie zabawkowy), że dziś mogę kupić jej jedną rzecz lub nie mogę kupić nic. Uprzedzona, rozumie i podporządkowuje się, wybiera jedną rzecz i nie robi mi scen. Wprowadziłam też dni słodyczowe, słodycze je tylko w weekendy i jest już do tego tak przyzwyczajona, że nawet jak dostanie słodycze poza swoim słodyczowym dniem, odkłada je na później.

    Jasne, że uwzględniam jej zabawkowe zachcianki i potrzeby, ale staram się nie robić tego bez okazji. Regularnie robię przeglądy książeczek i oddaję do przedszkola, biblioteki, te, których nie czyta.

    Konrad, jeden z autorów bloga Wystarczy Mniej – Droga do Prostego Życia, odnosząc się w jednym ze swoich wpisów do zabawek, twierdzi, żeby

    Nie przesadzać z ich ilością! Percepcja dziecka jest ograniczona, nie potrzebuje uginających się od pluszaków półek. Wystarczy 1 lalka, 1 miś, jakieś ubranka, 1 wózek. Wtedy dziecko ma szansę nawiązać „relację” z zabawką. (…) Nadmiar przynosi tylko szkodę. Można stosować zasadę 1:1 – jedna nowa zabawka to jedna zabawka oddana lub wyrzucona. Unikniemy wtedy gromadzenia się sterty nieużywanych przedmiotów. Małe dziecko nie radzi sobie ze sprzątaniem zbyt wielu zabawek. W końcu to my będziemy musieli mu pomóc.

    dziecko, ograniczam się
    #2

    Podobnego zdania jest Courtney z Be More With Less, która dała mi następującą radę:

    With little kids, there will always be messes, so instead of always cleaning up after the little ones, join in. Make the mess with them, but with less. They don’t need endless toys and distractions to be happy. Mostly they just need you. When you start to pare down, you’ll notice that you have more space to place, more time for messes, and less stress in trying to keep everything organized.

    Tłumacząc z angielskiego: mając małe dzieci, zawsze zdarzy się bałagan, więc zamiast tylko po nich sprzątać, dołącz do nich. Bałagańcie razem, ale z mniejszą ilością rzeczy. One nie potrzebują do szczęścia zabawek i innych rozpraszaczy. Najbardziej potrzebują właśnie Ciebie. Kiedy zaczniesz odchudzać (swoje mieszkanie – przyp.aut.), zauważysz, że masz więcej miejsca, więcej czasu na robienie bałaganu i mniej stresu nieustannie próbując wszystko zorganizować.

    #3

    Podoba mi się też myślenie Kasi z Mojej Drogi do Minimalizmu:

    Kiedy parę lat temu rozpoczęłam wraz z mężem proces upraszczania otoczenia, jednym z powodów podjęcia takiej decyzji była chęć powiększenia rodziny. W naszym trzydziestometrowym mieszkanku zawalonym meblami nie było miejsca na łóżeczko, a w szafkach ani centymetra przestrzeni na ubranka dziecięce. Po tym, jak na świecie pojawiła się Maja nasze myślenie o konsumpcji i nadmiarze już zdążyło się zmienić w kierunku pragnienia prostoty i minimalizmu, więc i nasze podejście do wychowania dziecka różni się od tego lansowanego w mediach i kampaniach reklamowych. Dzięki temu, że sama ogarnęłam szafę i wiem, że im mniej ubrań, tym więcej możliwości, wprowadzam te same zasady w garderobie Mai – chodzi na okrągło w tych samych zestawach, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Od początku bardzo nam zależało, by wspólne mieszkanie nie zamieniło się w mieszkanie tylko dla dziecka, więc prawie wcale nie kupujemy córce zabawek.

    No własnie, co zamiast zabawek dzieci lubią najbardziej?

    Po obserwacjach jej zainteresowań wiemy, że najlepsza do zabawy jest łyżeczka, którą można karmić lalkę i misiaczka, gryzaczek-grzechotka, którą ma od roku czy różnej wielkości kubeczko-klocki do układania. Hitem ostatnich miesięcy są książeczki, Maja może godzinami przeglądać swoje „encyklopedie” o zwierzakach czy samolotach, dlatego mamy ich sporo, ale też nie szalejemy z ilością , nie mamy tego w zwyczaju.
    Zamiast kolejnego pluszaka podarowujemy Mai nasz wolny czas, który spędzamy na odkrywaniu świata. Nie twierdzę, że nasze podejście jest jedynym słusznym, po prostu staramy się przekładać nasz „minimalistyczny” tryb życia na wychowanie córki. Jesteśmy świadomi, że nigdy nie uda się uciec od konsumpcjonizmu, ale nie zależy nam na tym – we wszystkim należy zachować umiar i znaleźć złoty środek.

    Wygląda na to, że im wcześniej przejdziemy na jasną stronę mocy, tym bardziej wartościowe będzie nasze rodzinne życie.

    kreatywne zabawki, ograniczam się
    #4

    Ja sama mam i swoje sposoby na wychowanie małego człowieka świadomego chwytów marketingowych. Już teraz mój trzylatek oglądając bajki czy słuchając radia wykrzykuje: „Mamo, przecież my tego nie kupujemy! Po co te reklamy?”, a ja dodaję: „Tak, Jasiu, my kupujemy to, czego potrzebujemy”. Razem wybieramy zabawki, których już nie chce, po to, by oddać je dla dzieci w potrzebie. Robimy selekcję ubranek, które już mu się nie przydadzą. Cały czas uczestniczy w naszych rozmowach na temat wymienianek i dzielenia się z innymi i jest to teraz dla niego czymś naturalnym.
    Książki od jakiegoś czasu wypożyczamy w bibliotece, kupując sporadycznie tylko to, co nam się wyjątkowo spodobało i przedstawia wysoką wartość. A młodsza córeczka korzysta z dobrodziejstw bratowych pudeł z samochodami i misiami – nie potrzebuje niczego więcej, bo świetnie się nimi bawi.

    Co warto zapamiętać?

    1. Ogranicz ilość zabawek w pokoju dziecka

    Unikniesz tworzenia nadmiernego bałaganu oraz wpływania na zachowanie dziecka nadmiarem bodźców. Może to również skutkować nadaktywnością.

    2. Stosuj zabawkowy płodozmian

    Chowaj te, których nie używa, wyciągaj je, gdy zacznie potrzebować zmiany

    3. Im prostsza zabawka, tym większa kreatywność

    Czasem brak zabawek lub prosty przedmiot może znaczyć dla dziecka więcej niż misternie wykonana lalka czy samochód. Dzięki prostocie dziecko rozwija kreatywność, uczy się nadawania znaczenia zwykłym rzeczom, wynajduje dla nich rozmaite funkcje, o których sami byśmy nie pomyśleli.

    4. Ważniejsza od zabawek jest Twoja obecność

    Podaruj dziecku swój czas, bo żadna zabawka go nie zastąpi

    5. Uczestnicz zarówno w zabawach, jak i w sprzątaniu

    Dzięki wspólnej zabawie na zasadach razem opracowanych stworzycie niepowtarzalną więź na lata.

    6. Umiejętnie stawiaj granice

    Ucz mądrego konsumpcjonizmu, ale też…

    7. Daj dziecku dobry przykład

    Ogranicz swoją garderobę, redukuj nadmiar rzeczy, którymi się otaczasz, kupuj z głową, pomagaj innym, gdyż modelowanie właściwych zachowań zaczyna się od najmłodszych lat!

    A jaki jest Twój sposób na mądre rodzicielstwo bez nadmiaru przedmiotów?

    *Zamiast kupować, zrób dziecku zabawkę:

    #1 – Tablica sensoryczna
    #2 – Pudełko do wyciągania
    #3 – Kartonowy aparat fotograficzny
    #4 – Kartonowy garaż dla resoraków

    Jedzenie

    Czy fitness jest fit? Czyli test płatków śniadaniowych

    W ramach jednego z moich motywów przewodnich, czyli świadomego odżywiania się, postanowiłam od czasu do czasu zrobić dla Was test wybranych przeze mnie produktów. Będzie to porównanie kilku podobnych z danego rodzaju, a wyboru dokonam całkowicie subiektywnie.

    Dziś zrobię zestawienie tego, co zazwyczaj jemy z rana. Płatki śniadaniowe są niewątpliwie najczęściej przez nas wybieraną opcją. Zdrowe, pełne błonnika i witamin, często w postaci gruboziarnistych płatków typu fitness albo posklejanego w chrupiące kawałki crunchy.
    Zastanawiasz się jednak, co tak w zasadzie w ramach jednej porcji zjadasz? I ile to jest ta jedna porcja zalecana przez producenta?

    Sprawdziłam 3 rodzaje płatków z marek własnych sklepów, które dość często odwiedzam. Są one w miarę podobne, zawierają owoce i dodatek jogurtu. W jakiej formie, o tym się zaraz przekonamy.

    Mój wybór padł na następujące marki:

    Vitanella (marka własna sklepu Biedronka)
    Goody – Vitte Duo (marka własna sklepu Lidl)
    Musli Crunchy (marka własna sklepu Piotr i Paweł)

    Płatki śniadaniowe – jakie wybrać?

    Vitanella – Biedronka

    Pierwsze z nich, czyli Vitanella, to biedronkowa wersja płatków typu fitness. Jak zachęca opakowanie, są to płatki z ryżu i pełnego ziarna pszenicy z dodatkiem płatków w polewie jogurtowej z truskawkami i morelami. Zwabiło mnie zdjęcie opadających na chrupiące – jak mniemam – płatki świeżych truskawek i kawałków moreli.
    Wartość kaloryczna w 100 g produktu to 375 kcal, a w jednej porcji, która wg producenta wynosi 30 g, to tylko 113 kcal. Mało! Kusi szczególnie tych, którzy kontrolują wagę i chcą być fit.

    Co jeszcze jest w środku? Przyjrzyjmy się składowi.
    Etykieta informuje nas, że w środku znajdują się płatki ryżowo-pszenne w polewie cukrowej (!) wzbogacone (!) w 8 witamin i żelazo.
    Jak widzicie, już dwie rzeczy budzą moje wątpliwości.

    Po 1. szczerze nie rozumiem, dlaczego płatki typu fitness polewane są cukrem, skoro grupą targetową są konsumenci dbający o linię. Całkowicie się temu sprzeciwiam, jednocześnie rozumiejąc producenta, który chce odchudzającym się poniekąd umilić życie. Kreując wizerunek zdrowego odżywiania się dorzuca garść cukru – w tym wypadku 13,5%!, żeby nam bardziej smakowało i żebyśmy częściej wybierali akurat te płatki z półki. Bo cukier jest uzależniający. Oprócz cukru znajdziemy tu jeszcze ekstrakt słodu jęczmiennego i glukozę, które dodatkowo słodzą.
    Płatki w polewie jogurtowej to 21% zawartości, a oprócz pszenicy i ryżu zawierają cukier, olej palmowy, natomiast jogurtu w proszku jest w nich zaledwie 2%.

    Druga sprawa to wzbogacenie płatków witaminami. Musicie wiedzieć, że jeśli produkt jest wzbogacony, oznacza to, że w trakcie przetwarzania został kompletnie wyjałowiony, do tego stopnia, że trzeba dorzucić sztucznych witamin i składników mineralnych, by nazwać go żywnością

    Wzbogacana żywność nie jest tak zdrowa jak produkty pełnowartościowe, gdyż często brakuje w niej wielu mikroelementów obecnych w produktach nieprzetwarzanych. – Pat Thomas, „Świadome zakupy, czyli co naprawdę kupujemy”

    Płatki zawierają też liofilizowane (suszone po zamrożeniu przy obniżonym ciśnieniu) kawałki truskawek i moreli – odpowiednio po 1 proc. I to się zgadza – po wsypaniu porcji do miseczki znajdziemy w niej 1-2 owoce. W całym opakowaniu jest ich ok 11.

    A jedna porcja? No cóż, po zalaniu mlekiem lub jogurtem wystarcza na kilka łyżek posiłku.
    Cena za opakowanie zawierające 250 g produktu to 3,95 zł.

    Vitte Duo – Lidl

    Drugie płatki to Vitte Duo lidlowskiej marki własnej Goody. Wybrałam płatki ryżowo-pszenne z liofilizowanymi wiśniami i płatkami jogurtowymi, czyli podobną opcję do płatków z Biedronki. Te również wzbogacone są dodatkowo w 10 witamin, byśmy mieli poczucie, że robimy coś dobrego dla naszego zdrowia.
    W płatkach ryżowo-pszenicznych polewa cukrowa to 10 proc., dodatkowo zawierają ekstrakt słodu jęczmiennego i syrop glukozowy. Wzbogacone są też błonnikiem owsianym.
    Płatki jogurtowe stanowią 22 proc. całości produktu i – oprócz cukru, oleju palmowegi i Shea – zawierają 0,4 proc. jogurtu w proszku.
    Kawałki liofilizowanych wiśni to 3 proc. całości. W jednej porcji akurat żadna się nie znalazła, musiałam wyszukać ich w opakowaniu ręką i dorzucić do miseczki.
    W 100 g płatków jest 396 kcal, a w jednej porcji (30 g) 119 kcal.
    Cena opakowania to 3,95 zł.

    Musli Crunchy – Piotr i Paweł

    Trzecim moim wyborem są płatki z Piotra i Pawła o nazwie Musli Crunchy z dropsami jogurtowymi, migdałami i wiśnią.
    Etykieta wskazuje nam, że płatki zbożowe, czyli owsiane i pszenne, prażone były z dodatkiem cukru, oleju palmowego, słodu jęczmiennego i m.in. soli. Dodatkowo znajdziemy w środku wiórki kokosowe, syrop glukozowo-fruktozowy i środek spulchniający (węglan sodu, czyli znana przez nas soda oczyszczona).
    Dropsy jogurtowe stanowią 13 proc. produktu, a w ich skład wchodzą: tłuszcz palmowy, jogurt w proszku, cukier i m.in. słodka serwatka.
    Jest jeszcze 5 proc. płatków migdałowych, 4 proc. suszonych wiśni i proszek wiśniowy (głównie cukier, skrobia i sok wiśniowy).
    100 g produktu zawiera 457 kcal. Dla porównania z pozostałymi płatkami, 1 porcja przyjęta jako 30 g to 152 kcal.
    Cena w Piotrze i Pawle to 7,99 zł za 350 g.

    płatki śniadaniowe, ograniczam się
    Test płatków śniadaniowych

    Każde z tych płatków uderzają mnie nadmierną słodyczą.

    Zawartość owoców najwyższa jest w crunchy z Piotra i Pawła, te z Lidla mają ich zdecydowanie najmniej – w całym opakowaniu znalazłam ich może 6, czyli nawet nie 1 na porcję. Vitte Duo są również w moim odczuciu najsłodsze, a jednocześnie najmniej chrupiące.

    Płatki Musli Crunchy wydają się być najlepszym wyborem, choć jest to jak wybieranie mniejszego zła. Mimo wszystko, na śniadanie wolę zjeść własnoręcznie upieczoną granolę z przepisu Sophie Dahl. Kalorycznie będzie podobna do płatków z Piotra i Pawła, natomiast zastąpienie cukru miodem da o wiele lepsze wrażenia smakowe i więcej korzystnych wartości odżywczych.

    ***

    Widzisz, że to, co kreuje marka, a realna wartość produktu to czasem dwie różne historie. Dlatego tak ważne jest, by być świadomym tego, co jemy i co kupujemy.

    Płatki śniadaniowe, jedzenie śniadanie

     

    Ekologia Jedzenie

    5 dziwnych rzeczy o kooperatywie spożywczej

    Temat jest cały czas nowy. Poznając ludzi na warsztatach, konferencjach, u znajomych – gdy wspominam, że kooperatywa spożywcza to miejsce, w którym zaopatruję się w świeże warzywa i owoce, widzę wpatrzone we mnie, wytrzeszczone oczy. Zdziwienie tematem jest tak wielkie, że postanowiłam pisać o tym dość regularnie i zachęcać Was do wstępowania do tego typu spółdzielni w Waszej okolicy. Jakich jest 5 najdziwniejszych rzeczy o kooperatywie spożywczej?


    1. Płody rolne są prosto od rolnika i nie trzeba po nie samemu jechać. 


    Ale jak to? To w jaki sposób do nas trafiają? Komu by się OPŁACAŁO przywozić ziemniaki ze wsi do miasta, dla tych kilku złotych?

    Otóż wyobraźcie sobie, że osoby prowadzące gospodarstwo SAME dostarczają nam płody swojego pola w wyznaczony dzień o ustalonej porze, na stałe od lat miejsce. Nie ma tu żadnych pośredników, nikt nie pobiera i nie ustala wygórowanej marży. Wszystko sprzedawane jest po ustalonej wspólnie z rolnikiem cenie, tak by jej wysokość odpowiadała obu stronom.

    Ktoś by pomyślał, że w systemie kapitalistycznym, w gospodarce wolnorynkowej czynnik zysku będzie kluczowy, a wysoka marża naturalnym składnikiem ceny. Otóż jeśli nie ma dodatkowych kosztów (poza może paliwem zużytym na dowóz do miasta), nie ma czynszu za wynajem lokalu, można wypracować dobrą i sprawiedliwą dla wszystkich cenę.


    2. Rolnik produkuje ekologicznie, ale sprzedaje nam tanio.


    Przecież większość z nas wie, ile kosztują warzywa w sklepie ekologicznym, więc to musi być jakieś nieporozumienie. A jednak! W przypadku gospodarstw z certyfikatem ekologicznym, samo jego wykupienie, czyli możliwość używania nazwy „żywność certyfikowana (i tu nazwa i numer certyfikatu)” jest dość kosztowne. Naturalnie wpływa to na wysokość ceny produkowanych płodów rolnych. Wówczas marchew będzie kosztować nie 4, a 7 złotych za kilogram, a mleko nie 2,50, a 12 złotych.

    Jeśli mamy do czynienia z gospodarstwem, które stosuje wszystkie metody ekologicznej hodowli warzyw i owoców, żyje według zasad permakultury i nie używa pestycydów w produkcji, wówczas mamy zdrowe płody rolne po niższych cenach. I takie warzywa są dostępne w kooperatywie.


    3. Nie mamy sprzedawców, tylko koordynatorów, którzy SAMI zgłaszają się, by pomóc.


    Zakupami koordynują osoby z kooperatywy, z założenia co tydzień jest to ktoś inny. Dwójki osób – koordynator i pomocnik – odbierają towar od rolnika, układają go w miejscu spotkań i wydają popakowane zakupy osobom kupującym. Nie robią tego całkowicie za darmo, do każdego zamówienia doliczana mała kwota dla koordynatora. Ale robią to zupełnie nieprzymusowo. To prawda, bywają problemy ze stopniem zaangażowania osób w koordynację, jednak koniec końców zawsze znajdzie się ktoś, kto jest gotów pomóc.


    4. Czasem nie przyjeżdża całe zamówienie. 


    Tak, zdarza się, że koza da mniej mleka albo pomidorów zamówi więcej osób niż zwykle, wobec czego rolnik dowozi mniejszą ilość niż wynosi zamówienie. Może się też zdarzyć klęska nieurodzaju, w czym my jako członkowie kooperatywy też uczestniczymy i rozumiemy takie wyjątkowe i niekorzystne dla gospodarstwa sytuacje. I nikt na to nie narzeka. Zasada solidarności z gospodarzami jest ogólnie przyjęta i zrozumiała.


    5. Nie ma formy prawnej, a jednak to działa.


    No właśnie – grupa ludzi zebrała się oddolnie, wokół wspólnego celu i jest w stanie trwać w tej formie już od 2012 roku. Co tydzień składane są zamówienia, koordynatorzy przyjmują i wydają towar od kilku dostawców – i się nie zniechęcają. Bo cel jest nadrzędny wobec nakładów (własnego wysiłku, poświęcanego czasu), jakie trzeba ponieść.

    Dziwi Cię coś jeszcze? A może znasz i polecasz, inne ciekawe formy pozyskiwania zdrowego jedzenia? Pisz śmiało. 

    ograniczam się, kooperatywa
    A, i jeszcze marchew bywa ubrudzona
    Rodzina Styl życia

    Łączność bez kabla

    Najcenniejszą rzeczą, jaką możemy dać innym jest nasza obecność. Kiedy uważność obejmuje tych, których kochamy, rozkwitną niczym kwiaty. 

    Takim zdaniem Rachel Macy Stafford rozpoczyna kolejny rozdział książki „Hands free mama”. Po tym, jak miesiąc temu napisałam o pozbywaniu się rozpraszaczy z naszego życia, czas zrobić kolejny krok w stronę … no właśnie, czego?

    Czemu ma służyć wyłączenie wtyczki z kontaktu? Jak jest cel bycia offline, choćby w niedzielę? Co więcej możemy zyskać?

    Otóż następnym krokiem odłożenia na bok telefonu, komputera i naszych 'to-do-list’ jest zbudowanie wartościowej relacji z najbliższymi. Wydawałoby się to czymś oczywistym, ale nie dla wszystkich.

    Wyobraź sobie, że właśnie zaczynasz jednodniowy post od urządzeń elektronicznych. Odkładasz wszystkie na bok, rzeczywiście je wyłączasz. Wyciągasz kable, naciskasz przycisk 'Power’, wyciszasz, to co możliwe. Jak się z tym czujesz? O czym pomyślisz na pierwszym miejscu?

    Mogę się założyć, że nie będzie to gra w Scrabble z dziećmi i mężem ani nawet czytanie papierowej książki (których być może już w domu nie masz). Pierwszą myślą po odstawieniu rozpraszaczy będzie: „Ciekawe, czy ktoś nie napisał do mnie ważnego maila” albo „Ciekawe, co nowego się wydarzyło na facebooku”, no a przy najbliższej okazji będzie to „Przepis na lasagne? (lub cokolwiek innego, czego NIE WIESZ) Zaraz to sprawdzę w Google.”

    Odstawienie urządzeń elektronicznych jest jak odstawienie narkotyków – pierwsza reakcja to bunt i pragnienie przywrócenia nam łączności z internetem. 

    Nie martw się, to zupełnie naturalne. Każdy z nas ma jakieś słabości i tak się może zdarzyć, że Twoją jest bycie online. Może nie uważasz się za osobę uzależnioną, ale wyłączenie telefonu traktujesz jak zamach na swoją wolność. Co ważne to przyznać się najpierw przed sobą, a potem przed najbliższymi, że starasz się z tym walczyć, po to, by w przyszłości korzystać z technologii z umiarem i rozwagą. A tymczasem postanawiasz podjąć post lub ograniczanie się w korzystaniu z tego, co tak naprawdę związuje Ci ręce i zamazuje obraz najbliższych.

    Zatem kolejnym krokiem po odstawieniu telefonu jest deklaracja wobec rodziny, przyjaciół, może partnera, że jesteś offline. Z racji tego, że jest Ci z tym trudno, potrzebujesz z ich strony wsparcia, czasem delikatnego przypominania, jak bardzo bezpośredni kontakt z Tobą jest dla nich ważny i jak niepotrzebne są do tego nowe technologie.

    Może to być proste: „Potrzebuję, byś mi przypominał, żebym wyłączyła komputer, gdy wracasz do domu. Chcę z Tobą spędzać czas prawdziwie, a nie wsiąkać w świat wirtualny”

    Albo prosić o współuczestniczenie w Twoim wyzwaniu: „Czy zechciałbyś mnie wesprzeć i przeżyć weekend offline?”

    Gdy otworzysz się ze swoją deklaracją na najbliższych, możesz mieć zagwarantowane, że się z tego ucieszą i będą starali Cię wspierać.  W końcu, wg artykułu z ostatnich Wysokich Obcasów, gdy korzystamy z telefonów w obecności dzieci, czują się one niechciane i mało ważne, i najchętniej wyrzuciłyby nasz telefon przez okno. 

    Gdy zadeklarujesz swoją wolę, zastanów się teraz, jak wyglądają Wasze relacje. Jak radzi Rachel, nawiąż łączność – nie tylko z dziećmi podczas ich ulubionych czynności. Pamiętaj o mężu lub żonie. Jeśli to dla Was nowe, oderwijcie się wieczorem od świecących na niebiesko ekranów, spójrzcie sobie w oczy i …rozmawiajcie. Jak często Wam się to zdarza?

    ograniczam się, hands free mama, offline
    Zamiast przewijać palcem po ekranie, porozmawiajcie!

    Przyznam szczerze, że jak sama rozpoczęłam pewnego dnia rozmowę, natrafiłam na ścianę. Kompletnie się nie zrozumieliśmy. Ja chciałam, żeby mąż wyłączył komórkę i ze mną pogadał, a on odczytał to jako zamach na jego wolny czas. Brak zrozumienia dotknął mnie bardzo, szczególnie że miałam jak najlepsze intencje. To, czego jednak zabrakło, to otwarta komunikacja i propozycja z mojej strony na tę formę spędzenia czasu, tak byśmy oboje się na to zgodzili. Mąż zaskoczony w trakcie 'czegoś ważnego’ nie chciał z tego zrezygnować. Ale następnego dnia, gdy mu wytłumaczyłam, jak usprawnić naszą relację, co czuję, gdy siedzimy przyklejeni do monitorów i jak chcę zmienić nasze wspólne wieczory, przyjął to ze zrozumieniem i mogliśmy radośnie spędzić ten czas bez wsparcia ze strony elektroniki.

    Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem przeciwna technologiom i ich znaczeniu w cywilizacyjnym postępie. Nie jestem świętoszkiem, który wyrzucił telewizor, a komórka służy mu tylko do dzwonienia. Chodzi mi tylko o to, żeby nasze relacje przez ten szalenie szybki rozwój nie traciły. Żebyśmy sprawdzili, choćby wieczorami, czy nadal potrafimy ze sobą rozmawiać. Żebyśmy ZAUWAŻALI siebie nawzajem, byli uważni na drugiego człowieka i jego potrzeby

    Szanujmy najbliższych, bo tylko dzięki prawdziwemu spędzaniu z nimi czasu możemy wypracować pełną i wartościową relację, która z każdym dniem będzie procentowała. 

    Minimalizm Styl życia

    Czy życie slow jest dla każdego?

    Czy życie w stylu slow jest dla wszystkich? Jak dobrze wykorzystać naszą energię, by pogodzić pracę i życie rodzinne? Kiedy się wyciszać, a kiedy z tego rezygnować?

    Sabina Sadecka* z Centrum Psychologicznego Inspeerio odpowiada na pytania, które mnie od dawna męczą. Może i Tobie pomogą żyć lepiej i pełniej.

    ograniczam się, inspeerio, slow life
    Sabina Sadecka – psycholożka w Inspeerio

     

    Czy potrafimy odpoczywać? 

    Wzorem odpoczywania są raczej dla mnie koty. Kot, gdy nie musi biec – idzie, gdy nie musi nigdzie iść – siedzi, gdy nie musi siedzieć – leży, a gdy nie musi być przy tym leżeniu czujny – zasypia. I z tego snu potrafi w każdym momencie wybudzić się zwarty i gotowy do działania, jeśli oczywiście jest mu to potrzebne. Wiele osób, które znam działa zupełnie na odwrót. Gdy tylko pojawia im się trochę luzu w ich grafiku, szukają sobie dodatkowych zajęć. U wielu osób doszło też do tego, co Jacek Santorski nazywa „zacięciem się zwrotnicy”. Nie potrafią już jej przełożyć z trybu „mobilizacja” na tryb „regeneracja” i nawet wtedy, gdy mają czas wolny czują przymus pracowania. Do odblokowania tej zwrotnicy może przydać się osoba z zewnątrz – psycholog, psychoterapeuta, coach.

    Co poradziłaby Pani osobom, które są cały czas w biegu, ich lista zadań pęka w szwach, a godzina pójścia spać przesuwa się na coraz późniejszą? Jak mają znaleźć czas dla siebie? 

    Jeśli stale pracujemy – pomimo że nasz umysł i ciało domaga się przerwy – to najpewniej to zapracowywanie się ma jakąś ważną funkcję do spełnienia. Możliwe, że praca jest naszym sposobem radzenia sobie z napięciem. I tak jak ktoś w stresie sięga po papierosa, czekoladę lub gry komputerowe, tak pracoholik rzuca się w wir pracy. Warto zatem zastanowić się, co uruchamia w nas chęć dodania sobie kolejnego obowiązku do listy, zapisania się na kolejne studia, poprawiania w nieskończoność skończonego już raportu.
    Bywa, że nasi rodzice i opiekunowie też nie potrafili wypoczywać i przykaz bycia stale zajętym „odziedziczyliśmy” po nich. To zatem drugie pytanie, jakie postawiłabym sobie w takiej sytuacji – od kogo wziąłem sobie taki scenariusz na życie? Jak mógłbym go zmienić?
    I po trzecie – nawyki. Jeśli przez lata kształtowałam w sobie nawyk ciągłej pracy, to taki schemat działania zapisał się bardzo mocno w mojej psychice, ba! on zapisany jest mocno w moim mózgu. By ten nawyk zmieniać muszę zapewnić mojemu mózgowi alternatywę. Jeśli zatem nie zacznę eksperymentować ze spacerami, przerwami na lunch, czytaniem dobrej książki popołudniami, mój mózg będzie reagował na okoliczność pracy – tak jak dotychczas, czyli pracą ponad miarę. Jeśli jednak zainwestuję swój czas i energię, by w mózgu przetarły się szlaki odpowiedzialne za wypoczynek i ten stanie się niebawem moim nawykiem.

    Jak życie w stylu slow wpływa na naszą psychikę? Czy nie ma obawy, że przegapimy w nim zbyt wiele? Zostało ukute nawet pojęcie 'fear of missing out’, czyli strach przed przegapieniem tego, co się dzieje. 

    Każdy z nas ma tzw. „sweet spot” czyli optymalny poziom pobudzenia, w którym działa najbardziej efektywnie i z najwyższym poziomem satysfakcji. Na pewno znacie osoby, które, gdy piszą pracę magisterską muszą mieć włączony telewizor, stale odbierać telefony i jeszcze podjadać w trakcie pisania. Dopiero wtedy są w stanie są skoncentrować się i sklecić kilka zdań, bo cisza i brak zewnętrznych bodźców je – paradoksalnie – rozprasza. Ich „sweet spot” jest zupełnie w innym miejscu niż u osób, które – aby pracować efektywnie – muszą się zupełnie wyłączyć, ściszyć telefon, uprzedzić rodzinę, by im nie przeszkadzała. Życie w stylu slow nie jest zatem dla każdego. A może bardziej właściwe byłoby stwierdzenie, że „slow” co innego oznacza dla osób o dużej potrzebie stymulacji i dla tych, u których potrzeba stymulacji jest niewielka, a ich „sweet spot” szybko osiąga poziom kulminacyjny. Bezsprzeczne jest jednak to, że każdy z nas potrzebuje wypoczynku, snu, czasu na kontakty społeczne z osobami najbliższymi i tymi ciut dalej.

    Rafał Brzoska, twórca paczkomatów, mawia: Jeśli masz wszystko pod kontrolą, to idziesz za wolno. Z jednej strony chcemy odnieść sukces i dać z siebie wszystko, z drugiej strony cierpi na tym nasze ciało, dusza, niekiedy rodzina. Jakie tempo wybrać, by żyć dobrze? 

    Nie ma jednego tempa dla wszystkich. Za to każdy z nas ma wbudowane sygnalizatory, które wysyłają mu informację o przeciążeniu – informacjami, pracą, wysiłkiem fizycznym. Te sygnały świadczące o przemęczeniu to m.in. – stałe uczucie zmęczenia, problemy ze snem, irytacja, podjadanie lub odwrotnie – doprowadzanie się niejedzeniem do wilczego głodu, trudności ze skoncentrowaniem się, prokrastynacja czyli odwlekanie realizacji ważnych zadań w nieskończoność. Wystarczy zatem wsłuchać się w siebie i już mamy odpowiedź. Dobrym barometrem są też ludzie bliscy wokół, jeśli sami mamy wątpliwości, możemy zdać się na ich opinię. Z zewnątrz widać lepiej nasze zapracowanie.

    Jak żyć slow, jeśli jest się matką/ojcem dwójki rozbrykanych dzieci? Czy to jest w ogóle możliwe, by dzieci też zwolniły na chwilę? 

    Jeśli jest się z dziećmi naprawdę, a nie z nimi i swoimi telefonem, tabletem i problemami w głowie, to od razu rzuci się w oczy mądry rytm, w jakim funkcjonują. Dzieci mają okresy szaleńczej zabawy, które ustępują z czasem miejsca chwilą odsapnięcia i regeneracji. I potem znów szaleństwo i chwila spokoju. Napięcia rodzinne pojawiają się, gdy okresy regeneracji rodziców nakładają się z mobilizacją dzieci i odwrotnie. Zaakceptujmy naturalny rytm dzieci, a bardziej prawdopodobne, że i one z czasem nauczą się szanować nasz własny rytm.
    Dzieci to też świetny papierek lakmusowy naszego zmęczenia. Od razu wyczuwają nasze zniechęcenie, a przede wszystkim psychiczną nieobecność, wtedy właśnie gdy one potrzebują naszej uwagi. Zamiast walczyć z energią dziecka, możemy wykorzystać ich wrażliwość do tego, by zająć się naszym przepracowaniem.

    Czy używanie mediów społecznościowych wpływa na nasze zdrowie psychiczne? Jak używać ich mądrze? 

    Jest takie powiedzenie w toksykologii, które mówi, że wszystko może być toksyną i nic nie jest toksyną. Nawet woda spożyta w nadmiarze może wywołać negatywny efekt w organizmie. Podobnie jest – według mnie – z mediami społecznościowymi. Mogą być dla nas źródłem inspiracji i momentem zregenerowanie – emocjonalnych, społecznych i intelektualnych – akumulatorów. Ale mogą też, jeśli nadużyte, wpłynąć negatywnie na nasze życie. Można się też od nich uzależnić. A uwięzienie w nałogu – jaki, by nie był – może stanąć na drodze do mądrego, pełnego życia.

    *Sabina Sadecka – psycholożka i psychoterapeutka. Współzałożycielka Inspeerio – centrum i portalu psychologicznego w jednym. Mieszka w Poznaniu. Jak sama twierdzi – uwielbia swoją pracę!

    Minimalizm Styl życia

    Jak ograniczanie się zmienia życie

    Ograniczenia źle się kojarzą. Ktoś nie przebiegł maratonu, bo bał się podjąć wyzwania, miał ograniczenia w swojej głowie. Ktoś inny miał ograniczone horyzonty i prowadził gnuśne, zaściankowe życie, narzekając na wszystko wokół, bez odwagi, by wziąć sprawy w swoje ręce. Kogoś ograniczały finanse i nie mógł sobie pozwolić na wymarzone wakacje na Bali, bo takie miał marzenie.

    I generalnie taka jest prawda o ograniczeniach. Potrafią być one hamulcem i blokować nas przed zmianą. Stanowią skuteczny stoper, któremu chcemy stawić czoło. Ograniczenia się pokonuje, eliminuje. Ograniczeniom się poddaje. Ograniczenia nami mogą zawładnąć. Z ograniczeniami ani rusz.

    Według tej definicji ograniczania się powinnam siedzieć w miejscu, być otoczona barierami, które negatywnie na mnie wpływają, bo są demotywatorem wobec jakiegokolwiek działania.

    Jakże to się więc stało, że czuję się uskrzydlona i pełna energii do działania? Gdzie się podziały moje ograniczenia, którymi się przecież markuję? Co się ze mną dzieje, że zamiast siedzieć i narzekać po prostu MI SIĘ CHCE?

    Pokonywanie ograniczeń może nam dać niezłego kopa, zastrzyk energii do życia. Kamieniami u mej szyi były przedmioty, rzeczy, ktrórymi się otaczałam. Skutecznie się ich pozbywałam, robiąc sobie przestrzeń na życie, na – no właśnie – własne myśli. Ale tu nawet nie chodzi o to, że opanował mnie totalny minimalizm i pozbyłam się wszystkiego, co miałam wokół. Nie, nie pozbyłam się wszystkiego. Natomiast całkowicie zmieniłam nastawienie do tego, co materialne. Zrozumiałam, że wystarczy mieć niewiele, by WYSTARCZYŁO. Moja szafa nie musi pękać w szwach, żebym MIAŁA SIĘ W CO UBRAĆ. Półka z książkami nie musi zawierać tysiąca pozycji, żebym MIAŁA CO CZYTAĆ. Wreszcie – w portfelu mogą zostać pieniądze, nie muszę ich wszystkich wydawać, mimo że tak chcą sprzedawcy i marketerzy. Mogę nie myśleć o zakupach jak o sensie mojego życia, a centrum handlowe traktować przedmiotowo, a nie podmiotowo. Wystarczy, że wyjdę na ulicę i będę chłonąć jesiennie powietrze, a już będę szczęśliwa. Wystarczy, że kolor liści klonu na trawie zastanowi mnie i spowolni mój bieg na chwilę, by zacząć dostrzegać świat i to, co na nim.

    ograniczam się
    Żyj uważnie

    To oczyszczanie przestrzeni z moich ograniczeń, a w zasadzie ograniczanie się w posiadaniu, w nieświadomym konsumowaniu, w pogoni za nowym, nieuchwytnym, nieosiągalnym dało mi przestrzeń na COŚ NOWEGO. Tym czymś są ludzie i idee, w które wierzę.

    Czuję się wyzwolona z okowów na tyle, że postanowiłam działać na rzecz mojej lokalnej społeczności. Może nie jest to najwznioślejsze na świecie, ale chcę zintegrować sąsiadów mojego osiedla, tak anonimowego, jak tylko osiedle apartamentowców może być. Chcę, żebyśmy się poznali i ośmielili wobec siebie. Marzy mi się, żebyśmy zaczęli sobie nawzajem pomagać – i to się już nawet dzieje! Dwie osoby zgłosiły się, że mogą mi pomóc w opiece nad dziećmi. Inny sąsiad zaoferował przysłowiowy cukier, gdy mi w domu zabraknie. Ktoś jeszcze chce grać z innymi w gry planszowe. A energiczne kobiety organizują się wokół planowania zajęć fitness i moich, a w zasadzie już NASZYCH wymienianek odzieżowych. Pani Kinga z kawiarni chce nam DAĆ ZA DARMO poczęstunek i lokal, dzięki czemu jest naszym dobrym duchem w dobie rozbuchanego, agresywnego marketingu. Zarówno ona, jak i wszyscy spragnieni działania sąsiedzi – wszyscy jesteśmy częścią zmiany, która się właśnie dzieje. I będzie tego więcej, tak czuję.

    A wystarczyło tylko zacząć się ograniczać, oczyszczać swoją przestrzeń z nadmiaru, by zrobić miejsce dla myśli i pragnień, które tkwiły w ukryciu i czekały na wyzwolenie.

    Wiesz, że Ty też możesz?

    Styl życia

    Bądź superbohaterem, czyli TEDx Poznań 2015

    Jeszcze dobrze nie ochłonęłam po tym bogatym w wydarzenia weekendzie, a już chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami z tegorocznej konferencji TEDx Poznań, w której uczestniczyłam.

    Pewnie większość z Was ogląda filmy TED Talk i inspiruje się przekazami wyrażanymi przez prelegentów. Jeśli nie oglądacie regularnie, z pewnością kiedyś trafiliście choć na jeden filmik albo na samą nazwę konferencji.

    Czym jest TEDx?

    TEDx to kopalnia nowych idei, wygłaszanych na żywo w formie 18 lub 12 minutowych prezentacji. Prelegentami są zarówno osoby znane i popularne, jak i te mniej rozpoznawane. Co ich łączy to myśl przewodnia, przesłanie, które chcą nieść światu poprzez to, jacy są, co w życiu robią i co osiągnęli. I bynajmniej nie spoczywają na laurach osiągnąwszy to, co w dzisiejszych czasach nazywamy sukcesem. Brną dalej w idee, które przyświecają ich działalności. Bo to, co dla nich najważniejsze, to budzić się każdego dnia z misją, by zmieniać świat na lepsze.

    ograniczam się, tedx
    Komunikacja wizualna jako temat, o którym warto mówić

    Prezentacja na TEDx może, ale nie musi być wspierana przez komunikację wizualną w formie slajdów. Niektórzy się na nie decydują, co oczywiście skutecznie wzmacnia odbiór przesłania. Inni stawiają na mowę ciała i mimikę, koncentrując wzrok publiczności na swojej osobie, na słowach padających z ust prelegenta. I – o dziwo – to też działa. Ktoś by pomyślał, że w czasach intensywnej komunikacji wizualnej, która atakuje nas zza każdego winkla, odbiorca nie jest w stanie skupić się na mówcy stojącym na scenie i dającym wykład o swoim życiu. Jednak w TEDx jest zupełnie inaczej. Forma, jaką przyjmują prelegenci, często nas zaskakuje, a przekaz padający ze sceny jest na tyle ciekawy, że nawet bez wsparcia power pointa ma moc przyciągania słuchaczy skuteczniejszą niż reklamowy ekran ledowy na skrzyżowaniach miejskich ulic.

    Emocje, jakie panują na sali, potrafią skakać jak wartości na sinusoidzie. Od fascynacji, przez rozbawienie, konsternację, uspokojenie, nagle wpadając we wzruszenie, potem poczucie buntu i chęć walki. I pomimo nadania konferencji tematu przewodniego, zagadnienia poruszane na scenie są równie rozmaite co wywoływane przez nie emocje.

    Nie ma dziś dam

    Czy można użyć facebooka, by stworzyć nawyk? Tak – odpowiada Joanna Chmiel w swym anglojęzycznym wystąpieniu. I mówi o tym, jak wirtualne wsparcie osoby, która jest z nami myślami, może Ci pomóc osiągnąć coś, o czym byś w życiu nie pomyślał/-a. Facebook to nie tylko depresja wywoływana porównywaniem się z innymi. Odpowiednio użyty może służyć nam jako motywator, dający kopa każdego dnia, by nie ustawać w tym, co robimy.

    Czy fotony mają świadomość? Jak to się dzieje, że fizyka kwantowa nadal nie potrafi udzielić odpowiedzi na zachowanie światła podczas przepuszczania go przez szkło? Ile fotonów przejdzie na drugą stronę, a ile się odbije? Czy foton wie, kiedy na niego patrzysz? Nie sądziłam, że fizyka może być tak fascynująca. Andrzej Dragan to udowodnił, a warsztaty z jego udziałem wyprzedały się na pniu. Czyżby rezurekcja polskiej myśli naukowej?

    Basia Chrabołowska z Bsides Handmade przekonała mnie, jak wysoką jakość i wartość może mieć dobra wełna, szczególnie ta z merynosa. Styl prowadzenia przez nią marki i przedsiębiorstwa idealnie wpisuje się w trend slow fashion i slow life. To kolejny przykład na to, jak odejście z korporacji w poszukiwaniu celu i sensu życia może przynieść efekty i oczekiwaną nagrodę. Sukces jej odzieży nie jest jednak kluczowy. Kluczowe jest przesłanie, w którym Basia powtarza, że nie zysk jest najważniejszy, ale zmiana świadomości ludzi, by chcieli żyć lepiej i by myśleć o jakości rzeczy, które kupują.
    Swoją drogą, to zastanawiające, jak wiele osób jest zmęczonych pracą w korpo, a rezygnacja z niej nie tylko nie załamuje im życia, lecz przynosi pozytywnie zaskakujące efekty.

    Choć są firmy, których liderzy są osobami odpowiedzialnymi i świadomymi przesłania, jakie niosą w świat. Wśród nich wyraźnie plasuje się Marek Śliboda, dla którego ważniejsze od pieniędzy jest wspieranie lokalnej społeczności, a od kwalifikacji pracowników ważniejsze są ich cechy charakteru i wartości, którymi kierują się w życiu.

    ograniczam się, tedx poznań
    Miej odwagę i otwórz drzwi – mówi Joanna Rubin

    Odpowiedzialne prowadzenie biznesu to również temat poruszany przez Joannę Rubin, autorkę bloga nakawie.pl. Rozmawiając z tytanami polskiego biznesu Asia znajduje proste, lecz ważne rzeczy, którymi warto kierować się nie tylko w pracy, ale też w całym życiu. Z pewnością lektura jej bloga zainspiruje Was do zastanowienia się nad własnymi wartościami.

    Pytanie tylko, czy pomyślisz o sobie jak o damie czytając Czas Gentelmanów. Łukasz Kielban, czołowy gentelman naszego kraju, próbuje wskrzesić ideę honorowego mężczyzny popularną w międzywojennej Polsce, ale jednocześnie zadaje pytanie, czy adresatki tych starań będą potrafiły im sprostać. Łukasz bowiem wątpi, kogo kobieta w Polsce mogłaby naśladować, by zachowywać się jak dama. Według niego brak nam pozytywnych wzorców. Zgadzacie się z tym, drogie Panie?

    To, co naprawdę ważne

    Dwa wystąpienia były dla mnie jednak bezkonkurencyjne. Pierwszym była prezentacja Tomasza Biskupa o tym, jak spóźnił się na pociąg, czyli o skutecznej komunikacji wizualnej w przestrzeni miejskiej. Temat jest mi wyjątkowo bliski, ponieważ codziennie wychodząc na ulicę mojego miasta zastanawiam się, jaki szaleniec na to pozwolił albo kto to zaprojektował. Tomek bierze na tapetę komunikację na dworcu, czyli temat bolący każdego podróżującego, i przedstawia konkretne, acz proste rozwiązania dla PKP. Na przykład:
    – zamiast skupiać się na numerowaniu kas, pokażmy kolorystycznie, która jest otwarta, a która zamknięta używając czerwonego i zielonego światła, by nie biegać od jednej do drugiej w nadziei na zastanie pani kasjerki,
    – perony oznaczmy różnymi kolorami i pokazujmy podróżującym skutecznie, że idą w dobrym kierunku i nie spóźnią się na pociąg – wówczas droga na peron może być questem jak z gry komputerowej,
    – wreszcie uprośćmy wizualnie bilety kolejowe, tak by już na pierwszy rzut oka było jasne, jaki peron i miejsce w pociągu mamy.

    Chaos komunikacyjny może doprowadzić nie tylko do spóźnienia się na pociąg, ale też do smutku, depresji, może wywoływać poczucie zdezorientowania, a nawet ADHD u dzieci. Weźmy to sobie do serca, gdy następnym razem zlecimy pani Jadzi z kadr zaprojektowanie ulotki reklamowej naszej firmy.

    Last but not least, na konferencji pojawiła się też Maria Sadowska, córka założycieli Fundacji Barka. Z początku zastanawiałam się, skąd chusteczki higienicznej w jej ręce, pewnie zapomniała ich odłożyć przed wyjściem na scenę. Jednak w trakcie swojej opowieści o historii fundacji, o ludziach, którzy ją tworzyli, o osobowościach, którym Barka pomaga, nie tylko jej, ale i mi kanaliki łzowe wzmagały produkcję płynów. Jej przekaz, by brać rzeczy w swoje ręce i działać, pomagając innym, jest mi o tyle bliski, że jeszcze tydzień temu odwiedzałam z kooperantami poznańskimi ich gospodarstwo w Marszewie i poznałam ludzi, którzy je tworzą. Ludzi o wielkim sercu i zapale do zmieniania świata na lepszy. Ludzi, dla których nie ważne są pieniądze i sława, lecz ziemia, na której żyją oraz dobro, które czynią na co dzień.

    To, czego nauczył mnie TEDx Poznań, to przesłanie większości z prelegentów: nie trzeba być superbohaterem, by zmieniać świat.
    Albo inaczej – cytując Tomka Biskupa – „Bądź superbohaterem i zmieniaj świat”. Bo to, co jest ważne, to te małe rzeczy, o które dbamy na co dzień i robimy je z myślą o innym człowieku, jak tylko najlepiej potrafimy.

    ograniczam się, zmiana, superbohater, tedx poznań
    Ekologia Ubrania Zero Waste

    Jak działa givebox? Czyli sposób na wspólną szafę

    givebox poznan sharing economy

    Młodzi ludzie powinni się uczyć, jak lepiej wykorzystywać zasoby, i być zmotywowani do walki o ulepszanie świata.

    Takie przesłanie niesie za sobą idea, która z powodzeniem rozpowszechnia się u naszych zachodnich sąsiadów, ale nie tylko.


    Sharing is caring

    Nie wiesz, co zrobić z niepotrzebnymi rzeczami? Robisz porządki i chcesz się pozbyć ubrań? Masz za dużo książek, ale szkoda Ci ich wyrzucać? Oddaj do wspólnej szafy!

    ograniczam się, givebox, upcycling
    Givebox przy Uniwersytecie Technicznym w Berlinie

    Givebox jest to szafa z różnościami, które każdy w niej może zostawić. Pełni dwojaką funkcję, gdyż jest zarówno miejscem, w którym możesz coś anonimowo zostawić, ale też równie anonimowo zabrać. I nikt nie będzie od Ciebie żądał zapłaty czy jakiejkolwiek formy zadośćuczynienia. Po prostu uczestniczysz w wielkim projekcie zmieniania świata na miejsce przyjazne do życia. Koniec końców, gdzie w dzisiejszych czasach możemy coś dostać za darmo?

    Ideą, która stoi za tworzeniem giveboxów, ma być stwierdzenie „sharing is caring”, czyli dzielenie się jest dbaniem – nie tylko o przedmioty, którym koniec końców dajesz drugie życie, ale też o środowisko naturalne i innych ludzi. Dla niektórych wspólna szafa będzie miejscem, w którym będą głównie zostawiać, dla innym skarbnicą różności, z której będą czerpać i cieszyć się ze znalezionych przedmiotów. Jednocześnie tego typu upcycling to świadome korzystanie z wytworzonych dóbr, dbanie o pracę rąk ludzkich i nie zanieczyszczanie środowiska generowaniem nowych odpadów.

     
    Berlin calling

    Nasi zachodni sąsiedzi wydają się być mistrzami działania non-profit. Wspominałam już kiedyś o portalu z wolontariatami Vostel, który właśnie tam niedawno powstał. Z Berlina również wywodzi się pomysł na givebox. Pierwszy powstał już w latach 90. ubiegłego wieku, a idea zaczęła się rozprzestrzeniać na cały kraj i poza jego granice. W ten sposób mamy ich już na świecie ponad 50, choć pewnie i więcej, bo ich liczba ciągle rośnie. Austria, Szwecja, USA, Kanada, Szwajcaria, Francja – zresztą, wszystko możesz tutaj sprawdzić.

    ograniczam się, givebox, Berlin
    Givebox Berlin

    Bądź zmianą

    Cieszą pomysły, które mają powodzenie za granicą, ale co zrobić, by nam również żyło się lepiej? Jak szerzyć wzniosłe idee na własnym podwórku?

    Jest to tak proste, jak budowa cepa. Wystarczy wstać kanapy i przygotować szafę, reszta się sama ułoży. W biznesie panuje motto „Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w innych”, które świetnie można przełożyć na oddolne, indywidualne działania na rzecz czynienia dobra wokół siebie.
    ograniczam się, givebox, upcycling
    Givebox San Francisco

    Po pierwsze musisz znaleźć szafę, szafkę lub pudło z trwałego materiału – tak by nie zamokło na deszczu i nie zostało zniszczone przez warunki atmosferyczne. Dobrze też przymocować do niego kółka, tak by łatwo móc zmieniać miejsce jego położenia – nigdy nie wiesz, czy to miejsce, w którym je postawisz, będzie tym docelowym.

    Jak pisze Journal Frankfurt, w Niemczech givebox ze względów prawnych musi stać na prywatnym terenie, dlatego warto, by rzeczywiście miał przymocowane kółka, by zmieniać miejsce jego położenia, gdy będzie taka konieczność.

    Po drugie znakujesz je jako „Givebox” i możesz dołączyć krótką instrukcję z zasadami działania Twojej, a w zasadzie już wspólnej – szafy.

    Po trzecie znajdujesz na szafę dobre miejsce – najlepiej na terenie prywatnym, wspólnoty mieszkaniowej (do uzgodnienia, czy wspólnota wyraża zgodę), przy lubianej kawiarni lub w innym miejscu, które sobie upatrzysz, a jednocześnie ustalisz, że właściciel lub zarządca popiera Twój pomysł.

    Po czwarte wypełniasz szafę podarkami, czyli zostawiasz tam to, czego już nie potrzebujesz, a chętnie podzielisz się tym z innymi.

    Po piąte zaglądasz do niej, kiedy tylko czujesz taką potrzebę, po to, by znaleźć z niej coś dla siebie.

    ograniczam się, givebox, Sztokholm, upcycling
    Givebox Sztokholm

    Taki givebox to naprawdę niewiele wysiłku, a mnóstwo dobra, które warto ofiarować innym. Szczególnie w obliczu zbliżającej się zimy możemy dzielić się nadprogramową ciepłą odzieżą, która z pewnością znajdzie swoich ulicznych odbiorców. A i ciekawa lektura się przyda wielu na ponure zimowe wieczory.

    Sama zabieram się do szukania odpowiedniej szafy i miejsca, gdzie ją ustawię. Mam nadzieję, że Was również zainspiruję do działania – bądź co bądź – dla dobra siebie i ogółu!

    ograniczam się, upcycling, Berlin
    Szerzenie idei upcyclingu wśród najmłodszych
    P.S.
    Kasiu, dziękuję za podzielenie się ze mną artykułem z Journal Frankfurt! Bez Ciebie nie powstałby ten artykuł.
    ***
    [2014-04-04] Na chwilę obecną działamy nad postawieniem nowej szafy na poznańskich Jeżycach. Chcesz nas wesprzeć? Polub profil Givebox Poznań na facebooku.
    [2016-07-11] Szafa już stoi na poznańskich Jeżycach. Hurra! To już 1,5 miesiąca!