fbpx

Sprawdź teraz

Zapisz się do Klubu

    Minimalizm Porządki

    4 rzeczy, których nie potrzebujesz w swojej łazience

    Czasem chodzę po domu i szukam, co by tu posprzątać. Kurze ścierałam kilka godzin temu, dam im na razie spokój. Wszystkie lustra pucowałam przez pierwszą połowę dnia, zaraz po odkurzaniu, myciu podłóg i okien. Zabawki dzieci ułożone są od linijki, do niczego się nie przyczepię. Idę do łazienki, otwieram szafkę na kosmetyki i …voila! Jest się czym zająć! 30 stopni Celsjusza jest idealną temperaturą dla kompulsywnych sprzątających, jeśli tylko wybiorą przyjemnie chłodną łazienkę.*

    Jak niemal każda kobieta cechuję się myśleniem, że na każdy mankament ciała dobry jest nowy kosmetyk. Nie wysypiasz się – stosujesz krem pod oczy ze świetlikiem. Masz zbyt bogatą mimikę twarzy – krem na zmarszczki na dzień i na noc załatwia sprawę. Lubisz jeść słodycze i zapijać kawą – zestaw kremów na cellulitis wraz ze szczotką (ponoć) pomaga.

    Nie, nie i jeszcze raz NIE. Myśląc w ten sposób skończysz jak ja z szafką przepełnioną kosmetykami, których nie używasz, a Twoje ciało wcale na tym nie zyska.

    Oto kilka moich rad, którymi mogę się z Tobą podzielić po tym, jak wpadłam do mojej łazienki jak huragan i przetrzebiłam szafki patrząc na ich zawartość krytycznym okiem minimalistki.

    kosmetyki i leki w łazience

    1. Regularnie wyrzucaj przeterminowane kosmetyki

    Nie ma nic bardziej niepotrzebnego w Twojej szafce niż zalegające z tyłu półki lub szuflady buteleczki z pożółkłym płynem micelarnym lub zjełczałym olejkiem do ciała. Również kremy do opalania, nawet te prawie pełne, powinny zniknąć, gdyż mają roczny (a niektóre nawet krótszy) termin przydatności po otwarciu. Tu bezwzględnie zgarniasz wszystko do worka na śmieci i urywasz już następny, bo gwarantuję, że trochę tych kosmetyków się znajdzie.

    2. Przejrzyj kosmetyki, których rzadko (lub wcale) używasz

    Kupujesz pod wpływem chwili? Masz ich zapewne z tuzin albo i kilka. Zamawiasz z Avonu lub Oriflame? Szansa 50/50, że trafisz na naprawdę dobry kosmetyk, który Ci będzie służył. Dostajesz próbki, które skrzętnie chowasz, bo przydadzą się na podróż? A potem boisz się ich zabrać, bo nie są sprawdzone i nie wiesz, czy nad morzem nie dostaniesz wysypki. Pomyśl, czy ich na pewno potrzebujesz, a jeśli odpowiedź brzmi: może się kiedyś przyda – od razu wrzuć je do worka. Przez chwilę możesz jeszcze pomyśleć, czy ktoś inny mógłby z nich skorzystać, o ile nie były jeszcze otwarte. Reszty pozbądź się tak jak tych przeterminowanych.

    3. Eliminuj butelki z końcówkami kosmetyków.

    Zdarza Ci się, że nie wyrzucasz butelki po szamponie tylko dlatego, że może zachowało się w niej jeszcze z 5 ml, które kiedyś może jeszcze użyjesz? Albo kupujesz nową pastę do zębów, bo poprzednia już się kończy i otwierasz nową, zamiast zużyć do końca starą, bo nowa ma taką gładką, pełną tubkę i łatwiej się wyciska? Podobnie z kremami, tuszami do rzęs, balsamami do ciała, żelami pod prysznic, etc. STOP! O ile kupiłaś już nową butelkę i nie kończysz starej przez tydzień – wyrzuć i ją. To tak jak z winem – otwarte i niepite wietrzeje. A butelka po szamponie zbiera kurz i miejsce w Twojej blokowej łazieneczce.

    kosmetyki i leki w łazience
    Uwierzcie mi, pozbyłam się 80 procent zawartości

    4. Regularnie przeglądaj szafkę z lekami.

    O nich mogłabym napisać esej na 20 tysięcy słów, a i  tak nie wyczerpię tematu. Wszystko się jednak sprowadza do prostej kwestii: nie kolekcjonuj starych leków, które kiedyś Cię wyleczyły i czekasz na nawrót choroby, by ich z powrotem użyć. Kilkumiesięczne syropy i tabletki, a w szczególności antybiotyki, powinny ulec utylizacji. Weź osobny worek i wrzuć do niego wszystkie przeterminowane lekarstwa i środki do dezynfekcji. Sprawdź, co się dzieje w plastrach – czasem długo nieużywane parcieją i trzeba je wymienić na nowe. Zostaw tylko leki pierwszej potrzeby: środek przeciwbólowy, przeciwgorączkowy i zestaw do opatrywania ran. Oczywiście jeśli cierpisz na jakąś dolegliwość wymagającą regularnego leczenia, zostawisz i te leki. Uporządkuj je tak, żebyś widziała etykiety wszystkich na pierwszy rzut oka jak otwierasz szafkę albo szufladę. Poukładanie ich kategoriami też jest fajnym zadaniem dla kompulsywnych sprzątaczy, polecam jako rozrywkę na domowe upalne dni.

    Ważna uwaga: pamiętaj, żeby leków nie wyrzucać do zwykłego śmietnika, tylko zanieść do najbliższej apteki, która zajmie się odpowiednią utylizacją.

    Minimalizm w upały? Czemu nie! Szafka zyskała nową przestrzeń, a śmietnik pokarm. A Ty zamiast gromadzić kosmetyki, zacznij się wysypiać, zdrowo odżywiać i pić wodę.

    Ciekawi mnie, z czym Wy macie największy problem w łazience?

    *Wydaje Ci się to dziwne? Masz rację! Ten upalny dzień nie do końca wyglądał w ten sposób 🙂 Tak czy siak, kosmetyki posprzątałam i teraz mam czas na relaks.

    Minimalizm

    Mini-inspiracje #1

    Wraz z nowym miesiącem czas na nową poniedziałkową serię wpisów na temat minimalistycznych inspiracji.

    Dziś pokażę Wam, jak i dlaczego warto żyć ja kilkunastu metrach kwadratowych, o gotowaniu za kilka złotych oraz o tym, w jaki sposób dołączyć do kooperatywy spożywczej.

    Jak żyć na kilkunastu metrach kwadratowych 

    Minimalizm to styl życia. Nie chodzi tylko o pozbycie się nadmiaru przedmiotów z własnego otoczenia, ale o postawienie siebie przeciw systemowi powszechnego konsumpcjonizmu. Kupujemy coraz więcej, mieszkamy w większych domach, by zmieścić w nich nasz dobytek. Domy wynajmujemy za gruby miesięczny czynsz lub spłacamy niemałą ratę kredytu, by to wszystko utrzymać. Zamiast wyrzucać z szaf zbędne ubrania, kupujemy większe szafy. Przykłady można by mnożyć.

    Niektórzy mają jednak odwagę pójść pod prąd i zbudować swój własny mały dom bez pomocy kredytu. Trend projektowania i konstruowania mikro-domów na kółkach (i nie tylko) rozprzestrzenił się już na całym świecie, a szczególnie tam, gdzie kupno ziemi jest bardzo drogie, a o kredyt trudno.
    Oglądając ten film  zadziwiałam się, jak bardzo mała przestrzeń może być funkcjonalna, jeśli tylko jest dobrze przemyślana.

    Pomysł z oddzieleniem kuchni od łazienki ruchomą tkaniną przepinaną na suficie może być z powodzeniem wykorzystywany w małych blokowych mieszkaniach, gdzie chcemy wydzielić przestrzeń w pokoju dla dziecka lub oddzielić garderobę od sypialni/salonu.

    Schowki w każdym możliwym miejscu – w nogach łóżka, pod małą kanapą, w zakamarkach łazienkowych czy kuchennych ścian – to wszystko służy ergonomicznemu wykorzystaniu każdej wolnej przestrzeni.

    Co ważne, autor tej przyczepy na kółkach sam nie chce się przywiązywać do przedmiotów i do mieszkania, za które miałby płacić wieloletni kredyt. Domek wyposażał w sprzęty kupowane często na wyprzedażach lub specjalnych okazjach. A dzięki oszczędności w wypełniające go przedmioty – jak sam mówi – odzyskał swoją wolność.

    Living Big In A Tiny House – polecam ten projekt każdemu zainteresowanemu własnymi czterema kątami o małej powierzchni. Autorzy prowadząc rozmowy z budowniczymi swoich mikro domostw sami tworzą swoją niebanalną przyczepę, w której mogliby zamieszkać. Znajdziecie tu dużo wskazówek, DIY i ciekawych inspiracji. Aż sama mam chętkę na własnego vana z kuchnią i łóżkiem!

    Gotowanie za 1 euro


    Jeśli mieszkasz w Poznaniu, przyjdź do Kontenerów nad Wartą i weź udział w warsztatach rozpoczynających Kolaż kulinarny – czyli bogactwo smaków ubogiej kuchni. Jest to projekt, w którym kilka osób wybierze się z Polski do Frankfurtu n/Menem, a potem do Słowacji, by gotować z ludźmi, którymi spotka proste wegetariańskie potrawy. Celem wspólnego gotowania ma być przede wszystkim pokazanie, że dobra kuchnia może być tania, a pożywny posiłek może w powodzeniem kosztować 1 euro. Kolejnym etapem projektu będzie stworzenie rysunkowej książki kucharskiej zrozumiałej dla każdego bez względu na język, którym się posługuje.

    Zainspirowani? Wejdźcie tu i dowiedzcie się więcej.

    Zdrowa żywność nie ze sklepu

    Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd wziąć prawdziwą ekologiczną żywność, nie musząc płacić za nią połowy wypłaty miesięcznie? Kooperatywy spożywcze są doskonałym jej źródłem. Warto rozejrzeć się w internecie, czy istnieje jakaś w Twojej okolicy i poczytać o warunkach przystąpienia, co nie zawsze jest tak proste jak wstąpienie po zakupy do sklepu.

    Ja zasięgnęłam opinii i jutro jadę na ul. Libelta, gdzie swoje produkty sprzedaje Poznańska Kooperatywa Spożywcza

    Ekologiczne warzywa też mogą być bez certyfikatu. Wystarczy poszukać dostawców.

    Spółdzielnia działa na zasadach demokratycznych. Każdy nowo przyjmowany uczestnik deklaruje się pomagać przy dostawach produktów przynajmniej raz w roku. Warzywa i nabiał – bo to dostaniecie od współpracujących rolników – dostarczane są co tydzień w to samo miejsce o tej samej porze. Do każdego zamówienia doliczana jest złotówka na tzw. fundusz gromadzki.

    Podoba się Wam taki pomysł? Ja spróbuję 🙂

    Minimalizm Styl życia

    Konsumujesz? Nie chcesz myśleć o śmierci

    konsumpcjonizm, etyka, minimalizm

    Kupujesz w każdym momencie swojego życia. Wstajesz rano, idziesz po mleko i chleb, by zaspokoić swoją potrzebę. Wracasz z pracy, wstępujesz do sklepu po pozostałe zakupy – i wsiąkasz na dodatkowych kilku stoiskach, które mamią promocjami. Wywołują u Ciebie pragnienie, które chcesz zaspokoić. 

    Wracasz do domu, po kolacji doświadczasz wyczekanego odpoczynku. Zasiadasz na wygodnej kanapie, włączasz telewizor i wsysasz świetnie zrealizowane reklamy, generujące u Ciebie życzenie posiadania więcej. Możesz ten czas spędzić surfując po internecie, gdzie Wielki Google podpowie, na co jeszcze możesz mieć ochotę i gdzie najtaniej to kupić.

    ograniczam się
    Źródło: elephantjournal.com



    Człowiek, istota społeczna

    Jesteśmy częścią społeczeństwa konsumpcyjnego, czy tego chcemy czy nie. System kapitalistyczny ewoluował w ten sposób od swego początku w XIX wieku, że już nie tylko musimy zaspokoić swoją potrzebę, ale pragnienie jej zaspokojenia utrzymywać cały czas na wysokim poziomie. Sama pogoń za króliczkiem wywołuje u nas największe emocje, a gdy go złapiesz, odkładasz na bok i zaczynasz się rozglądać za następnym.

    Tak jak Don Juan, przywoływany przez Zygmunta Baumana w „Społeczeństwie w stanie oblężenia”, dla którego esencją życia było uwodzenie kobiet, a ich zdobycie oznaczało spadek emocji i rozpoczęcie nowej pogoni za kolejnym obiektem westchnień, tak współczesny uczestnik życia społecznego goni za coraz to nowymi produktami, po to, by za kilka chwil wymienić je na jeszcze nowsze, bardziej zaawansowane, natychmiast niezbędne.

    W społeczeństwie konsumpcyjnym konsumpcja stanowi cel dla siebie i sama się napędza. Tradycyjna psychologia definiowała „potrzebę” jako stan napięcia, które w końcu się rozładowuje i zanika., gdy tylko potrzeba zostaje zaspokojona. Natomiast „potrzeba” pobudzająca członków społeczeństwa konsumpcyjnego, przeciwnie, ma podtrzymywać napięcie – i coraz bardziej się wzmagać. (…) Społeczeństwo konsumpcyjne głosi niemożność zaspokojenia i własny postęp mierzy stale rosnącym pożądaniem.*

    Potrzeba czy pragnienie

    Przez wieki nasz styl życia zmienił się na tyle, że z łatwością przychodzi nam zaspokajane naszych potrzeb, zdobycie pożywienia nie spędza nam snu z powiek. Nowym elementem, któremu naprzeciw wychodzi rynek, jest uświadomienie nam naszych materialistycznych pragnień, po to, by machina produkcji i handlu nieustannie się nakręcała, a my mieli jasny i łatwo osiągalny cel rozdysponowania naszej miesięcznej wypłaty.

    Duchem poruszającym aktywność konsumpcyjną nie jest zespół wyartykułowanych, a co dopiero stałych, potrzeb, lecz pragnienie – zjawisko o wiele bardziej ulotne i efemeryczne, nieuchwytne i kapryśne.

    Co więcej, samo wyprodukowanie towaru czy usługi nie pochłania tyle środków, ile wykreowanie samej potrzeby ich posiadania. Natomiast sprawienie, żebyśmy tkwili w stanie lekkiego uśpienia czy otumanienia naszymi nowymi 'potrzebami’ jest jednym z najwyższych i jakże trudnych celów do osiągnięcia przez współczesnych graczy na rynku.

    Czego pan sobie życzy?

    Konsumpcjonizm (…) jest ufundowany (…) na wyzwalaniu życzeniowych fantazji

    ograniczam się
    Źródło: ehow.com


    Życzymy sobie jachtu w turkusowym kolorze? Proszę bardzo, znajdzie się producent, który sprosta naszym zachciankom.

    Marzysz o samochodzie z jeszcze większym bagażnikiem na swój dobytek? A owszem, producenci aut już o tym pomyśleli.

    Koncert życzeń wśród rzeczy, które możemy kupić, jest nieprzebrany i niekiedy zadziwiający. A my omamieni kolorowymi wystawami w galerii handlowej i reklamami lepszego życia idziemy za tłumem będąc składową wielkiej siły nabywczej.

    Ogłupiony konsument

    Klienci/konsumenci kreowani są (…) na ofiary zbiorowego uszkodzenia mózgu: naiwne, ogłupione ofiary zbiorowej hipnozy.

    Czy aby na pewno jesteśmy tacy głupi, że dajemy się nabrać reklamom? Według Baumana współczesny konsumpcjonizm, tak ulotny i rozhulany, oparty jest na zagłuszaniu zakupami tego, co w życiu ważne, a o czym obawiamy się myśleć.

    Śmierć, choroby, problemy w małżeństwie, dziecko, które się 'dziwnie zachowuje’ – o tym wszystkim wiemy, że jest, ale boimy się zatrzymać na chwilę, by pomyśleć, porozmawiać, przeanalizować. Zagłuszamy poważne sprawy błahymi uciechami i nie czyni nas to ani o krztynę lepszymi ludźmi.

    ***

    Nie wzywam Was teraz, żebyście codziennie myśleli o swoim końcu. Chcę, żebyście byli świadomymi konsumentami. Zapomnijcie o pożądaniu nowego zegarka, przestańcie żyć marzeniami o nowej sukience. Zaspokajanie potrzeb jest wystarczające, żeby żyć wystarczająco dobrze. A pozostały czas i energię przełóżcie na to, co dla Was wartościowe.

    Oto prawdziwy sens ograniczania się.

    * Wszystkie cytaty pochodzą z książki Zygmunta Baumana „Społeczeństwo w stanie oblężenia”, wyd. Sic!, Warszawa 2006

    Książki Minimalizm

    5 rzeczy, które mnie zdziwiły w Sztuce Prostoty

    Przeczytanie książki w czasie krótszym niż miesiąc to dla mnie sztuka. Etat podwójnej mamy, prowadzenie domu (było nie było na spółę z mężem), ale i prowadzenie bloga i bycie zawsze na czasie z blogowymi nowinkami nie pozostawia mi zbyt wiele czasu na słowo drukowane.

    Pierwszeństwo mają sobotnie Wysokie Obcasy, o których już wcześniej pisałam. Dopiero potem, jeśli wieczorem mam jeszcze czas i energię sięgam po książkę. A stosik nieprzeczytanych pozycji uzbierał się już całkiem pokaźny.

    Nie mniej jednak, moje życie prywatne zostawiam w tle, a przejdę do sedna, o którym mam zamiar napisać i się niejako pochwalić. Tak, udało mi się skończyć książkę! Dwa miesiące delektowania się naprawdę dobrą lekturą, zdobytą dzięki uprzejmości Gosi, z już podkreślonymi co trafniejszymi myślami, z rogami już lekko pozaginanymi. Pożyczona książka o minimalizmie to jego kwintesencja, czyż nie?

    Czym jest sztuka prostoty?

    Mowa o „Sztuce prostoty” Dominique Loreau. Nic nowego. Starzy wyjadacze minimalizmu i życiowej ascezy mają ją już pewnie w małym paluszku. Ja dopiero ją odkryłam i chciałabym podzielić się z Wami pięcioma zaskakującymi stwierdzeniami, o których pisze autorka.

    ograniczam się z Dominique Loreau
    Mój egzemplarz przeszedł już wiele. Dzięki temu jest tak wartościowy.

    O czym jest Sztuka Prostoty

    W wielkim skrócie dla tych, którzy jednak o „Sztuce prostoty” nie słyszeli, autorka, z pochodzenia Francuzka, podczas wyjazdu do Japonii zainspirowała się filozofią Zen oraz dalekowschodnim stylem życia i zachęca zachodnich współbraci, a w zasadzie -siostry, bo książka ewidentnie jest kierowana do kobiet, do zmiany nawyków po to, by ich życie było lepsze i pełniejsze. Wydana po raz pierwszy w 2005 roku (w Polsce 2008) jest jednym z manifestów współczesnej edycji życiowego minimalizmu.

    Dominique Loreau zaczyna od ograniczania się w ilości posiadanych przedmiotów, które w efekcie ma nam przynieść wolność, oszczędności i… wzmożone wrażenia estetyczne, które uszlachetniają duszę. Następnie zajmuje się tematem ciała, któremu powinniśmy poświęcać słuszną ilość czasu, dbać o nie w odpowiedni sposób, by dłużej wyglądać i czuć się młodo, podobnie do Japonek, które nie miewają z tym problemu. Sposób życia czy geny? To pozostanie zagadką. Po trzecie – autorka wzywa: skoncentrujmy się na naszym umyśle, na wnętrzu. Dbajmy o dobre relacje z wyjątkowymi ludźmi, medytujmy, wprowadzajmy samodyscyplinę, czyli moje ulubione ograniczanie się.

    japoński dzik
    Źródło: www.hanga.com

    5 zastanawiających rzeczy u Dominique Loreau

    Co wyjątkowego przykuło moją uwagę? Kilka elementów, które niekoniecznie są sednem całej opowieści, ale w szczególny sposób zapadły mi w pamięci

    1. We wnętrzach mieszkań, jak i w naszych ciałach rządzi życiodajna energia Czi*. Pomieszczenia o ostrych kątach (czyli praktycznie 99 proc. mieszkań w Polsce) powinny być łagodzone roślinami o okrągłych liściach. Czi odbija się od ostrych kątów, a takie rośliny pomagają jej u nas pozostać.

    Moja uwaga: Czi czy nie Czi, podświadomie stosuję się do tej zasady, dbając o to, by w domu stało coś zielonego, najlepiej o zaokrąglonych liściach – fikus albo storczyk. Może to tkwi w naszej naturze, że chcemy okrągłych roślin?

    2. Czi nie lubi ostrych narzędzi. Wszystkie noże i ich krewni powinny być pochowane w szufladach, by nie kroić Czi na kawałki.

    Moja uwaga: coś w tym jest. Wolę nie mieć noży na wierzchu, gdy dzieci biegają po domu, mąż wraca zły z pracy, a zupa mogła być za słona. Lepiej niech nóż czeka w szufladzie na krojenie ziemniaków.

    3. Suche lub podwiędłe kwiaty oraz zepsute jedzenie pochłania dobre Czi. Powinniśmy się ich pozbywać jak najszybciej to tylko możliwe. Poza tym patrzenie na umierające rośliny wysysa z nas energię i podświadomie przypomina o nieuchronnej śmierci.

    Moja uwaga: zwiędlakom i suszkom mówię out! Nie dość, że wydzielają zbyt intensywną woń w wazonie, to jeszcze zbierają kurz i przenoszą roztocza. Jedni wolą o śmierci nie myśleć, inni się z nią oswajać, także ten element pozostawię do indywidualnej interpretacji.

    4. Ciało codziennie masuj szczotką z włosia dzika. Na sucho. Poprawia to krążenie, ściera martwy naskórek, nadaje skórze witalności, a przy okazji pomaga w walce z cellulitem (dla mężczyzn trzy pierwsze zalety wystarczą).

    Moja uwaga: od razu zaczęłam się zastanawiać, dlaczego dzik a nie tworzywo sztuczne? Oraz czy w Japonii też są dziki i też straszą dzieci przy promenadzie podczas wakacji i czy to dlatego potem z nich robi się szczotki. No ale – z guru minimalizmu się nie dyskutuje. Widocznie dzik masuje najlepiej. Może szczecina ma idealną twardość, a może odpowiedni ładunek elektromagnetyczny? Czy ktoś wie, o co chodzi z dzikiem?

    5. Pisz, by rozwijać swoją osobowość. Jeśli masz w sobie myśli, które wymagają analizy, zacznij je zapisywać. Wówczas ma miejsce proces, w którym klarują się idee, a Ty zaczynasz rozumieć sam(-a) siebie.
    Autorka dodaje: „gdy tylko jesteś przekonana do jakiejś idei, zniszcz wszystko, co napisałaś. Powinny pozostać jedynie wrażenia, które ta idea pozostawia w tobie.” Powinniśmy zachowywać jedynie notatki dotyczące pozytywnych przeżyć, żeby podświadomie generowały nowe tego typu momenty.

    Moja uwaga: to niszczyć czy zachowywać? Rozumiem niszczenie notatek, które prowadzę sama ze sobą w trakcie autoanalizy lub terapii z psychologiem. Ale zapiski do pamiętnika? Czy życie nie składa się z różnokolorowych chwil, tych lepszych i gorszych? Czy mamy świadomie zrezygnować z tych szarych i udawać, że ich nie było? Popieram zachęcanie do pisania, bo – tak jak Dominique – uważam, że każdy to potrafi, ale powątpiewam w izolowanie ciemnej strony naszego życia.

    Źródło: www.hanga.com

    „Sztukę prostoty” jednakowoż polecam każdemu, kto chce zacząć lub kontynuować swoją przygodę z minimalizmem i jest otwarty na dalekowschodnie idee oraz na zmianę swojego stylu życia.

    A odpowiedzi na powyższe pytania? No cóż, może któraś z Waszych mądrych głów mnie w tym wesprze?

    *Czi, a w zasadzie 'chi’, 'ki’ lub 'qi’ w wierzeniach kultur dalekowschodnich jest niewidzialną, życiodajną energią, która krąży w ciele człowieka, ale też roślin, zwierząt, zjawisk przyrody i w świecie materialnym. Powinno się dbać o jej prawidłowy przepływ, tak by nic go nie zakłócało. Stąd filozofia feng shui, czyli takiego projektowania wnętrz, by dbać o należyte zachowanie Czi.

    Styl życia

    Muzyczna środa #1, czyli w czym nie warto się ograniczać

    Dobra muzyka jest – jak czyste powietrze i woda – niezbędna do życia i powinna wypełniać każdy dom swymi dźwiękami, tworząc jego wyjątkową atmosferę.


    Boję się o niej pisać, bo mam do niej emocjonalny stosunek, ale przez kilka ostatnich lat bardzo ją zaniedbałam. Lubimy się od dawna, nasza przyjaźń kwitła od najmłodszych lat. Odkrywałam ją w magnetofonie Kasprzak, walkmenie przywiezionym z NRD, odtwarzaczu CD, a potem MP3. Zawsze była pokarmem mej duszy, tematem do rozmów, wytyczała rytm dnia i nocy.

    Nośniki, które były mi najlepiej znane, to kaseta magnetofonowa i płyta CD. Kolekcja ustawiała się w moim pokoju na specjalnie przeznaczonej dla nich półce, kasety miały swoje plastikowe stojaki, potem płyty dostały nowe w formie z cieńszymi przegródkami. Przy każdej wizycie znajomych nawiązywała się dyskusja o tym lub innym albumie, przy której często dochodziło do wymiany. Bo jak się zdobyło dobrą muzykę to było coś najcenniejszego w życiu. A zdobyć można ją było na wiele sposobów.

    Kasety kasetowe 

    Pierwszą kasetę kupiłam na początku lat 90. na stoisku na rynku z prawdopodobnie nielegalną, bo niehologramowaną muzyką, na którym pracowała moja dużo starsza kuzynka. Zbierałam plakaty, słuchałam MTV, a uzbierane skrzętnie pieniądze wydawałam na ryneczku na kasety. Ceniłam je bardzo i nie potrafiłam zrozumieć, jak nasz osiedlowy dziwak krzyczący 'Kasety kasetowe, mam kasety kasetowe, zbieram kasety!’ i rozciągający taśmę po całej ulicy mógł tak obrazoburczo z nimi postępować.

    Pierwsze sidiki

    Dobrze pamiętam moment, w którym kupiłam swoją pierwszą płytę CD. Po długich negocjacjach z rodzicami udało mi się wybrać upragnioną wieżę hi-fi z dużymi głośnikami i obrotowym zmieniaczem płyt. Problem tkwił w tym, że do tej pory żadnej płyty nie miałam. Wybrałam się więc do sklepu muzycznego i tam po wielogodzinnych przesłuchaniach z 50 złotymi w spoconej dłoni zdecydowałam, że to Chemical Brothers z albumem 'Brothers gonna work it out’ będzie się pierwszy obracał. Nie żałuję, bo po latach nadal mi służy i przypomina o początkach mojej fascynacji.

    Muzyczny postęp?

    Z wirtualną muzyką jest już inaczej. Postęp i zmiana technologii sprawiły, że muzyka zajmuje mało miejsca, jest ogólnodostępna, łatwa do zdobycia w sieci, ale też łatwa do podrobienia i niezwykle łatwa do schrzanienia. Dzięki programom komputerowym i domowym syntezatorom może ją wyprodukować każdy, kto ma na to ochotę. Oczywiście plusem jest to, że każdy ma teraz okazję zostać muzykiem, odkryć swoje talenty i stworzyć coś wyjątkowego siedząc w domu za biurkiem. Druga strona monety jest jednak przygnębiająca. Muzyka przestała być komponowana. Zapomniano, czym jest aranżacja. Dźwięki, które są produkowane, składają się w proste takty na cztery, tak by nóżka ładnie chodziła, a paluszek stukał. Równe, ostre 'pam pam pam pam’, żeby przypadkiem nie wypaść z objęć umięśnionego typa na parkiecie. Liryka tekstów uproszczona do
    ’Lubię kiedy muzyka wkoło gra
    Wszyscy wtedy śpiewają lalala’
    albo
    ’A jak wygram w toto-lotka
    wtedy wpuszczę cię do środka’
    raz usłyszane nie chce wyjść z głowy. Myję zęby i nucę, po czym łapię się na tym, że jak wygra, to mam go wpuścić. Pojawia się odruch wymiotny, zimna woda na twarz i nerwowe szukanie płyty na stojaku na zabicie częstochowskich rymów w głowie.

    Ołtarzyk

    Mam stojak, a w zasadzie półkę na płyty, która zajmuje centralne miejsce w moim domu. Traktuję to jako element mojej tożsamości, tak jak półkę z książkami, która stoi tuż obok. To miejsce niczym ołtarzyk, z którego czerpię życiodajną siłę. I nie ufam teoriom, że jest muzyka dla dzieci i dla dorosłych. Od początku karmiłam synka Milesem Davisem i rumuńskim jazzem z lat 70. i dzisiaj pytany, jaką muzykę mu włączyć z radością wykrzykuje 'Jazzik!’.

    A ja na to jak na lato

    Gdy kilka dni temu szukałam czegoś, co pasowałoby na upalny letni dzień, automatycznie nasunęły mi się trzy pozycje, które przenoszą ogromny ładunek emocjonalny.

    1. Santana – 'Abraxas’ – ze słynnym ’Oye como va’, które zawsze będę kojarzyć z koloniami w Międzywodziu i barem Blue Note na przyplażowej skarpie. Siedzimy grupą dzieciaków wieczorem, słońce zaczyna zachodzić, pijemy zimną oranżadę, a z głośników wydobywają się charakterystyczne dźwięki gitary. Niezawodnie mnie relaksuje każdego lata, a zimą przywołuje wspomnienia gorących nadmorskich wieczorów.

    2. Kamp – 'Kamp!’ – album, który pokochałam od pierwszego przesłuchania, jest moim sztandarowym elementem letnich podróży. Droga pokonywana w rytmie Cairo czy Heats przesuwa się niczym magiczna nić, drzewa śmigają na prawo i lewo, chmury lekko przykrywają zachodzące słońce, a na mojej twarzy pojawia się uśmiech.

    3. 15 minut projekt – ciekawe, czy ktoś pamięta tę produkcję Kayaxu z 2003 roku? Album wyprodukowany przez Jana Młynarskiego (perkusja) i Michała Króla (klawisze) pachnie późnowieczornym lekko schłodzonym powietrzem o słodkim aromacie balkonowych surfinii. Do tego lampka zimnego białego chardonnay i tworzy się wieczór idealny. Może Soca? Bo to miłości jest czas…

    Tylko 3 albumy i wybrane 3 utwory na to lato. A moja miłość do muzyki mam nadzieję, że znowu znajdzie swój czas po odkopaniu się z pieluch i butelek. Przepraszam. I obiecuję poprawę.

    A Ty pamiętaj, że z muzyką warto się ograniczać tylko do tej najlepszej, a kiepską traktować jako ciekawy z socjologicznego punktu widzenia folklor. Niech tak pozostanie.

    Może też masz swoje muzyczne inspiracje na lato? Chętnie posłucham 🙂

    Książki

    Inspirująca sztuka prostoty

    Już miesiąc temu pożyczyłam „Sztukę prostoty” Dominique Loreau i delektuję się jej powolnym czytaniem. Jest to książka niezwykle inspirująca, prawdopodobnie jedna z biblii minimalistów, z której wywodzi się wiele życiowych prawd o dobrym, prostym, spokojnym i szczęśliwym życiu.

    Nie będę tu recenzować całej pozycji, bo jestem jeszcze w trakcie czytania, ale wymienię 5 rzeczy, które może i Ciebie zainspirują na najbliższy tydzień, a może spodobają się Tobie tak bardzo, że staną się częścią Twojego stylu życia.

    Tym razem nie będą to rady o materialistycznym ograniczaniu się, ale o naszej cielesności, dobrych nawykach, które pomogą nam żyć zdrowiej.

    1. Jedz posiłki wielkości swojej zaciśniętej pięści. Nasz żołądek jest takiego właśnie rozmiaru i każdy większy posiłek jest dla niego zbędnym obciążeniem. Nie męcz go.

    2. Jedz mięso raz – dwa razy w tygodniu. Okazuje się, że białko z mięsa jest dla nas ciężkostrawne. Zużywamy na strawienie go zbyt dużo energii, którą moglibyśmy wykorzystać na inne czynności prowadzące do zwiększenia naszej życiowej witalności. Mięso zastąp sycącymi jarzynami, owocami, ryżem.

    3. Pij co najmniej 15 minut po posiłku. Napoje pite w trakcie posiłków prowadzą do dezorientacji żołądka. Rozrzedzają soki trawienne, przez co spożywane przez nas jedzenie nie zostanie do końca strawione. Pij dużo, ale miedzy posiłkami.

    4. Unikaj produktów przetworzonych. Im bardziej przetworzone jedzenie, tym mniej wartości odżywczych posiada. Staraj się kupować produkty w swej pierwotnej formie i obrabiaj je w jak najmniejszym stopniu. Wówczas spożyjesz witaminy i minerały w najlepiej przyswajalnej postaci.

    5. Regularnie uprawiaj ruch. Ćwicz, spaceruj, biegaj, pływaj, uprawiaj jogę lub inną ulubioną przez Ciebie formę ruchu. Spraw, by był on w harmonii z Twoim rytmem dnia. Nie wykonuj ćwiczeń ponad swoje siły, ważne, by wyrobić w sobie dobry nawyk. Na początek spróbuj od regularnych spacerów i ćwiczenia mięśni brzucha. Wykonuj ćwiczenia przez najbliższych 21 dni tak, by weszły Ci one w krew. Słuchaj przy tym ulubionej muzyki, a gwarantuję, że tak spędzony czas sprawi Ci wiele przyjemności, odpręży Cię i doda sił witalnych.

    ograniczam się

    Te 5 zasad będzie mi przyświecało przez najbliższy tydzień. Postaram się lepiej odżywiać i uprawiać regularnie lekkie ćwiczenia.

    A jakie są Twoje ulubione formy ruchu? Może masz sprawdzone zasady zdrowego odżywiania, które uważasz za esencję swojego stylu życia?

    Styl życia

    Wolna niedziela

    Cześć, jak się masz w tę piękną lipcową sobotę? Piszę do Ciebie wbrew swojej woli, bo obiecałam sobie, że coraz więcej weekendów będę spędzała offline. Siedziałam na wygodnej kanapie z książką w ręku wsłuchując się w świerszcze grające w ogrodzie, aż zaczęła mnie męczyć myśl, co słychać w sieci pod moją nieobecność.

    Gonię

    Łapię się na tym, że chcę gonić za wszystkim, co online, udzielać się w mediach społecznościowych, na maile odpowiadać natychmiast po ich otrzymaniu, podobnie z komentarzami do bloga. Sprawia to, że nie mam chwili na dokończenie lektury, o której w końcu chcę napisać! Dwoję się i troję bawiąc z dziećmi, jednocześnie rozmawiając z mężem, podczas gdy jednym okiem łypię na smartfona, by przeklikać wszystkie nowe notyfikacje. Męczy mnie takie rozdwojenie jaźni pomiędzy światem wirtualnym i realnym. Postanowiłam więc blogowi i internetowi poświęcić określony czas w tygodniu, stonować moje bycie online po to, by więcej przeżywać w świecie rzeczywistymi.

    Jeden dzień offline

    Do jednego dnia offline wzywałam Was już jakiś czas temu na moim blogu. Pojawiały się komentarze, że jest to dla Was zbyt trudne, ponieważ internet jest dla wielu jedynym kontaktem ze znajomymi lub rodziną, która jest daleko. Ponieważ prowadzicie własny biznes w sieci, a dzień bez dbania o klientów działa na Waszą niekorzyść. Powodów może być mnóstwo, każdy ma swój własny. Ja jednak jestem zdania, że dzień lub cały weekend offline może być oczyszczającym wydarzeniem w Waszym życiu, a z czasem nawet zdrowym rytuałem.

    Metafora?

    Tydzień temu oglądaliśmy rodzinnie film animowany „Wall-e”. Pewnie większość z Was go widziała jak tylko ukazał się pierwszy raz w kinach. Ja dopiero teraz nadrobiłam zaległości i poznałam sympatycznego robota i jego miłość, Evę. Na opustoszałej ziemi Wall-e zajmował się porządkowaniem ton śmieci pozostawionymi wieki temu przez ludzi, którzy ostatecznie opuścili planetę, by dryfować w przestworzach na gigantycznym statku kosmicznym wyposażonym niczym karaibski wycieczkowiec. Moją uwagę przykuła scena, w której otyła – jak wszyscy inni zresztą – kobieta jedzie hipernowoczesną kolejką nie przestając rozmawiać z kimś przez hologramowy ekran. Nie zwraca uwagi na to, co się dzieje przed nią, na ludzi, którzy wokół niej siedzą, na to, gdzie się znajduje i co ją otacza. Ekran i to, co na nim się dzieje, wszelkie wiadomości i reklamy skupiają całą jej uwagę. Dopiero Wall-e, który wyłącza hologram, po to by przeprosić i przejść do Evy, wywołuje u kobiety szok i zdziwienie otaczającym ją światem. Dostrzega uczucie łączące dwa roboty,  dźwięki i obrazy dookoła, innych ludzi. Dotyk zaczyna w niej wzbudzać emocje, o których posiadaniu zapomniała żyjąc w kompletnie zdigitalizowanym świecie, pozbawionym jakiejkolwiek refleksji.

    Wall-e to wielka metafora, ale i futurystyczna przepowiednia tego, co może się z nami stać, jeśli całe życie spędzimy na wpatrywaniu się w nasze ekrany. A otacza nas ich coraz większa ilość.

    Wyłącz wtyczkę

    Zachęcam więc Was, przeżyjmy coś naprawdę. Wyłączmy w niedzielę wtyczki i spędzajmy czas w ulubiony sposób, byle z dala od telefonu i komputera. W poniedziałek możecie się ze mną podzielić wrażeniami na temat tego, co przeżyliście. Może niedziela offline spodoba się Wam tak bardzo, że zechcecie uczynić z tego cotygodniowy zwyczaj.

    Is it too much to ask for?


    Podejmuję #WyzwanieMinimalistki z Simplicite.pl. A Ty?

    Książki Porządki

    9 sposobów jak wyrzucać gazety

    Jak wyrzucać gazety
    Moja przygoda z minimalizmem, życiem z mniejszą ilością rzeczy trwa już dobrych kilka miesięcy. Przez ten czas mój światopogląd ulegał stopniowej, acz stanowczej zmianie. Z osoby kupującej zbyt dużo i często stałam się zwolenniczką oszczędzania i oczyszczania mojej przestrzeni ze zbędnych przedmiotów.
    Nie chcę być niewolnikiem tego, co posiadam. Chcę, żeby przestrzeń, w której żyję dawała mi radość i wolność. Żebym mogła w niej swobodnie oddychać, a rozglądając się wokół nie czuć irytacji za każdym razem, kiedy zobaczę…

    Stosy gazet

    No własnie, co? Jest jeszcze kilka rzeczy i miejsc w moim domu, z którymi nadal się borykam. Kiedy tylko rozglądam się po salonie, w różnych jego miejscach spostrzegam gazety. Magazyny z błyszczącymi okładkami jeszcze ponoć 'ubierają wnętrze’, jak to usłyszałam w telewizyjnym programie o stylizacji mieszkań, choć gromadzenie ich dla ozdoby wydaje mi się próżnością. Matowe wydania dzienników już go nie ubierają, lecz potęgują wrażenie nieładu, gdy występują w nadmiarze. A u nas występują. Przyznaję się, jestem zbieraczem gazet.

    Weekendowy rytuał

    Co sobotę kupujemy Gazetę Wyborczą, wydanie weekendowe z Wysokimi Obcasami. Tak jak parówki na śniadanie (wiem, że niezdrowe, ale każdy ma swoje małe grzeszki), a do nich keczup i musztarda, tak Gazeta jest dla nas znakiem, że zaczął się weekend. Nie ma soboty bez porannej lektury papierowego wydania. Dobra gorąca kawa, szelest przewracanych stron i intensywny zapach druku to znak, że jestem w domu. Nie ważne, czy rzeczywiście w moim poznańskim, ważne, że mój rytuał jest zachowany.
    Tygodni w roku jest 52, w tym mieszkaniu jesteśmy już trzy lata. W prostym rozrachunku daje to plus minus 156 przeczytanych numerów, które zalegają w różnych kątach i zakamarkach.

    Dlaczego kocham Wysokie Obcasy

    Jakkolwiek z głównym wydaniem Gazety rozstajemy się zwykle bez sentymentów (choć i tak z kilku- lub kilkunastotygodniowym opóźnieniem), tak los Wysokich Obcasów jest zupełnie inny. Do każdego numeru mam stosunek nader emocjonalny. Dla mnie ta gazeta jest jedną z niewielu na rynku, która kosztując tak niewiele daje nam – kobietom i mężczyznom – tak wiele. Małżeńskie porady, wychowywanie dzieci, problemy społeczne, literatura, trendy, ale też tematy niewygodne, kontrowersyjne, równościowe, nieszablonowe – o tym wszystkim dyskutujemy podczas śniadania lub wieczornego nicnierobienia. To nas zastanawia, rozwija, często inicjując wewnętrzną zmianę.

    Tam po raz pierwszy przeczytałam o minimalizmie w artykule „Zminimalizowani. Mało przedmiotów dużo swobody?„, czy choćby w kolejnym „Miej mniej, gdy chcesz więcej”. Ale inspiracji w WO jest o wiele, wiele więcej! Każda sekcja mnie zachwyca i pobudza do rozwoju samej siebie.

    To dlatego wiele razy siłą wyrywałam stare numery z rąk męża, który (może i słusznie) myślał już o ich wyrzuceniu. Nie wiem, co by mnie mogło zmusić do pożegnania się z nimi. Chyba szantaż o życie mojego dziecka albo… zmiana mojego światopoglądu, która właśnie nastąpiła. Myśl minimalizmu i czyszczenia przestrzeni padła na żyzny grunt, ziarenko wykiełkowało, dojrzało po to, by stawić czoło gromadzonym papierom zbierającym kurz. Bo koniec końców to, co przeczytałam, już mnie ukształtowało i we mnie zostanie. Skorupkę w postaci tysięcy zadrukowanych stron można oddać na makulaturę, a do ulubionych artykułów mogę wrócić online.

     

    Stojak z gazetami ukrywał przeróżne wydania gazet, w tym radosną twórczość mojego synka

    Jak wyrzucać gazety?

     

    1. Do wyrzucania gazet zabierz się raz, a dobrze. Zaplanuj sobie jeden dzień, w
      którym się tym zajmiesz. Nie przeciągaj, nie odkładaj na później.
    2. Zidentyfikuj wszystkie miejsca w domu, w których gazety zalegają. U mnie to
      stolik i stojak w salonie oraz stojak w sypialni.
    3. Zbierz je w jedno miejsce, by zobaczyć, ile ich jest
    4. Posegreguj według tytułów lub kategorii
    5. Zastanów się, czy którąś z nich z wyjątkowych powodów chcesz zostawić
    6. Nie chcesz! Żartuję 🙂 Jeśli chcesz, odłóż ją na bok. W przypadku, gdyby takich numerów znalazło się zbyt dużo, przejrzyj je jeszcze raz krytycznym okiem i zredukuj stosik lub wytnij ulubione artykuły i zachowaj w specjalnie do tego przeznaczonej teczce.
    7. Przyszykuj mocne torby do spakowania ładunku.
    8. Pomachaj, powiedz kilka miłych słów za radą Marie Kondo – w końcu trochę u Ciebie mieszkały
    9. Wynieś gazety na makulaturę!

    Do wyrzucania gazet najlepiej podejść krytycznie i bez sentymentów, podobnie jak przy pozbywaniu się ubrań z szafy. Im dłużej będziesz się zastanawiać, tym bardziej gazeta będzie chciała u Ciebie zostać na dłużej. Podejmuj stanowcze
    decyzje, a dzięki temu Twój dom zyska dodatkową przestrzeń i porządek, na który miło się patrzy.

    Czy Ty też masz problem ze stosami gazet w mieszkaniu? A może są inne rzeczy, których ciężko jest Ci się pozbyć?
    Styl życia

    W wakacje zwolnij

    zwolnij slow life wakacje

    Follow my blog with Bloglovin

    Zabrzmiał ostatni dzwonek. Wielka radość dla niektórych, dla innych wielka niewiadoma.

    Zaczęły się masowe wyjazdy nad polskie i nie-polskie morze, autostrady się korkują, a ciała już skwierczą na plaży. Cały rok czekamy na ten czas – czas usprawiedliwionego byczenia się, szaleństwa i lenistwa. W końcu po 10 miesiącach intensywnej nauki lub ciężkiej pracy za biurkiem należy nam się czas zupełnego odreagowania w postaci rozkosznej bezczynności. Przynajmniej tak myślą niektórzy.

    Bezczynność?

    Ja twierdzę inaczej. Bez wątpienia wakacje przypadają na najlepszy czas w roku – lato, które sprzyja wyjazdom, spędzaniu czasu na świeżym powietrzu, nawiązywaniu nowych znajomości, a może graniu w gry, działkowaniu, leżeniu na kanapie. Cokolwiek robisz, cokolwiek planujesz, wiedz, że bezczynność* jest największym wrogiem każdego człowieka. Nawet jeśli nigdzie nie wyjeżdżasz, a jeszcze nie pracujesz, bo jesteś za młody/-a, spróbuj znaleźć dla siebie wartościowe zajęcie, tak by te 2 miesiące stały się dla Ciebie czasem zbierania wartościowego doświadczenia.

    Dlaczego praca

    Piszę o tym, bo po 1. cenię sobie ludzi, którzy nie narzekają na nudę i brak pracy, lecz sami biorą sprawy we własne ręce i szukają zajęcia, które ich wzbogaci. Nawet prosta praca w restauracji, barze czy sklepie może być wzbogacającym  doświadczeniem dla aspirującego studenta lub ucznia liceum. Jeśli nie zależy Ci na pieniądzach, które wakacyjna praca może Ci przynieść, zapisz się na wolontariat. Ja sama podczas studiów przez 1,5 miesiąca pomagałam w jednej z organizacji non-profit i muszę przyznać, że taka praca jest niekiedy bardziej wartościowa od stażu w dziale administracyjnym firmy przy kserowaniu notatek prezesa. Rozejrzyj się po okolicy i sprawdź, czy któraś z organizacji potrzebuje wolontariuszy na okres wakacyjny, a gwarantuję Ci, że nie tylko Twoje wnętrze się wzbogaci o nowy wymiar doświadczenia, ale i znajdzie się na nie miejsce na Twoim CV, gdy już będziesz szukać pracy na pełen etat.
    Drugim powodem, dla którego o tym piszę jest moja może banalna obserwacja, że uczymy się przez całe życie. Wszystkie nasze przeżycia, przeczytane książki, obejrzane programy, poznani ludzie, przekopane ogródki, dostarczone pizze, złamane serca, błędne wybory – sumują się i tworzą całość markowaną naszym imieniem i nazwiskiem.

    Zwolnij i pomyśl

    Zastanów się, czy jesteś zadowolony z tego, co dotychczas zebrałeś. Jeśli nie – nie martw się, życie to droga, na której w każdym momencie można zmienić kierunek. Pomyśl, co Cię uszczęśliwia i idź w tą stronę. Czasem trzeba zwolnić, by zauważyć właściwy zjazd.
    Jeśli jesteś zadowolony – gratulacje. Uważasz, że dokonujesz właściwych wyborów. Pamiętaj jednak, by nie stać w miejscu i stale się rozwijać. Nie ma nic smutniejszego niż zaprzepaszczone szanse i zmarnowane talenty. Nie łap wszystkich srok na ogon, wybierz coś, co Ci sprawia największą radość, skup się na tym i uczyń z tego swoją największą zaletę. Czas i energia, którą zainwestujesz w swój wybór przyniosą Ci ogromną satysfakcję.

    Nauka czy dojrzewanie?

    Nauka języków obcych zawsze sprawiała mi radość. Nauka tańca również. Z nauki w ogóle czerpałam wielką satysfakcję. Skończyłam oficjalną ścieżkę edukacji i nie przestawałam się uczyć. Robiłam kursy, szkolenia, wypełniałam się nową wiedzą, której czasem nie miałam nawet gdzie zastosować. Po czym przyszedł czas na zwolnienie tempa związane z ciążą i narodzinami dziecka.
    Z początku frustrował mnie brak czasu dla siebie i wolności wyborów, które przynoszą dzieci. Z czasem jednak nauczyłam się (!) tak gospodarować swoim czasem, by znaleźć chwilę dla siebie. Pisałam pamiętnik, by nie zwariować, ale też by PAMIĘTAĆ o tych jakże ulotnych chwilach z życia mojego i dziecka, czytałam poradniki, uczyłam się gotować, zgłębiałam wiedzę minimalizmu, którego nadal się uczę, wreszcie dotarłam do idei mindfullness, która zachwyca w swej prostocie, a tak naprawdę uczy cieszenia się każdą chwilą. Dzięki temu wszystkiego zdobyłam umiejętność (!) wyciskania z życia tego, co najważniejsze, koncentrowania się na jego esencji. Przestałam tracić czas na bezwartościowe znajomości i zachowania, które wysysały ze mnie energię. Skupiłam się na sobie, własnym rozwoju, na rozwoju moich dzieci.

    Inspiracja

    Chciałabym Was zainspirować, byście tego lata nie marnowali czasu na to, co Was niszczy i frustruje, ale zatrzymali się na chwilę i docenili to, co macie lub zwrócili się w takim kierunku, który przyniesie Wam mnóstwo radości i satysfakcji. Jeden odważny krok potrafi dać więcej niż zachowawcze stanie w miejscu.
    Jeśli jeszcze Was nie przekonałam, może Kimi Werner się uda. Okazuje się, że w momentach, kiedy odczuwamy niepokój, mamy ochotę przyspieszyć, może uciekać, a tak naprawdę… powinniśmy zwolnić.

    A Wy jaki macie pomysł na spędzenie tego lata? Przyspieszacie czy zwalniacie tempo?
    *Bezczynność jako lenistwo jest marnowaniem czasu i potencjału. Odróżnijmy ją od bezczynności spędzanej na spowolnieniu biegu, zatrzymaniu się i wsłuchaniu we własne myśli. Taka bezczynność jest rozwijająca, pozwala nam na zrozumienie siebie i otaczającego nas świata, co prowadzi do pogłębienia harmonii pomiędzy tymi dwoma.
    Podróże

    Trudne powroty

    Nichts ist schwerer zu ertragen als eine Reihe von guten Tagen.
    Brzmi w mych uszach niemieckie przysłowie wraz ze stukotem kół na progach zwalniających mojego osiedla. Nie ma nic trudniejszego do zniesienia niż kilka dni wolnego, myśli Johan. Myślę i ja za każdym razem, gdy wracam z urlopu.
    Czuję bolesny sens tych słów patrząc na walizki czekające na dokładne rozpakowanie, na stosy brudnych ubrań do posegregowania, na pralkę czekającą na załadowanie, na buty do wytrzepania z piasku i naczynia w zmywarce, które stojąc w niej ponad tydzień lekko zarosły pleśnią. Stres powakacyjny potęguje świadomość, że następnego dnia już nie obudzisz się w nadbałtyckim kurorcie o stalowym morzu i niebie, ale musisz ulec budzikowi i wcześnie wstać, umyć się, zrobić kanapki i pojechać do pracy.

    polskie morze latem
    50 odcieni szarości, czyli polskie morze latem

    Mimo wszystko nic nie cieszy tak jak powrót do własnego domu. Pomimo sterty gratów do poukładania w szafach, męczącej podróży i stóp spalonych jednodniowym (!) opalaniem, dom jest tym miejscem, w którym czuję się u siebie. Każda roślinka na balkonie jest moja i wita mnie żółcią zeschniętych liści i brązem podwiędłych kwiatów. Woła: Gdzieś ty była! Żądam picia, obcięcia suchych części i przesadzenia do większej doniczki! Każdy kurz jest tu mój, choć nie przeze mnie zgromadzony. Rysy na ścianach przypominają dzieciom, że tu się rysowało i poniewczasie, że nie było wolno. Telewizyjna ramówka dnia pozwala wrócić do normalności, choć jakiejś innej, bo wakacyjnej.

    Przydałaby mi się teraz wizyta Marie Kondo z jej utopijną zasadą: posprzątaj raz, a dobrze. Marie, nie można posprzątać raz, a dobrze, bo powrót z urlopu obraca wniwecz cały osiągnięty wcześniej porządek i trzeba sięgnąć po ‘metody’, ‘sposoby’ lub po prostu ścierę. Magia sprzątania sprowadza się do magii własnych rąk zmoczonych wodą, płynem i proszkiem.

    Magiczna ścierka do wycierania mieszkania.
    Zaczarowana pralka i trzy wirowania.
    Nożyczki do suchych badyli obcinania.
    Konewka do zwiędłych ziółek podlewania.
    Wpis na bloga do
    napisania.
    Stres stresem, ale co by nie mówić: wyjazdy wakacyjne są nam potrzebne jak kwiatkom balkonowym woda. Dają nam czas na odpoczynek fizyczny i psychiczną regenerację. Odcięcie się od codzienności i spojrzenie na własne życie z innej, oddalonej o przejechane kilometry perspektywy. Rzesza podróżujących z dziećmi podnosi w oburzeniu ręce: Jaki, do jasnej ciasnej, odpoczynek?
    Przecież to harówa od rana do wieczora! Ganianie za jednym, uspokajanie
    drugiego, mycie, sprzątanie jak w domu, a jeszcze telefonami z pracy męczą.

    Niby jesteśmy daleko, ale dogania nas rzeczywistość, którą zostawiliśmy w domu.
    Zatrzymajmy się na chwilę. Dajmy telefonom ucichnąć, a naszym myślom odciąć się od tego, co zazwyczaj. Doceńmy czas z rodziną i znajomymi. Róbmy zdjęcia, ale nie za wiele. Zapamiętajmy chwile naszymi oczami. Skoncentrujmy się na byciu ‘tu i teraz’, a gwarantuję, że odpoczynek będzie efektywniejszy, powrót przyjemniejszy, a stres powakacyjny zredukowany.

    A Wy jaki macie sposób na udane wakacyjne wyjazdy
    i bezstresowe powroty?

    Podróże

    Jak spakować walizkę na urlop

    podroz pakowanie walizka jak sie spakowac

    Zbliża się okres urlopowo-wakacyjny. Na tydzień, dwa, a może nawet więcej zmienimy nasze wygodne mieszkanko i postaramy się wpasować w nowe kąty namiotów, domków letniskowych, hosteli czy hoteli.

    Najczęściej planujemy wakacje na własną rękę, dojeżdżając autem lub dolatując samolotem z samodzielnie wynalezionym w sieci okazyjnym biletem lotniczym. Satysfakcja z takich wakacji jest o wiele większa, a niezależność pozwala na spędzanie czasu według własnego rytmu.

    Jeśli chodzi o nocleg za granicą, ograniczamy się do hosteli, prywatnych kwater czy kempingów. Dobry przewodnik lub opinia innych podróżników może być najlepszym doradcą w tej kwestii. Korzystam też często z Couchsurfingu, który szczerze polecam.

    W tym roku wybieramy się niedaleko, bo nad nasze piękne, acz chłodne polskie morze. I tak jak początek czerwca dał nam nadzieję na leniwy plażing, tak kilka dni temu nadzieja ta rozwiana została przez wiatr z nad Arktyki i skropiona poczciwym deszczem. Rolnicy się cieszą, a wczasowicze wylewają wraz z deszczem łzy.

    Ze zmianą pogody wiąże się zmiana planów na wakacyjne pakowanie. Tym razem nie będzie lekko i zwiewnie, ale bluzowo, dresowo i kurtkowo. Myślałam trochę nad jak najbardziej efektywnym i minimalistycznym podejściem do pakowania, podczas którego zebrałam szereg wskazówek pomocnych dla każdego wybierającego się w podróż.

    podroz pakowanie walizka jak sie spakowac

    Jak spakować walizkę na urlop?

    Przy pakowaniu swojej walizki zadaj sobie kilka podstawowych pytań:

    1. Dokąd jedziesz?

    Od tego będzie zależała zawartość Twojej walizki. Na plażę weźmiesz strój kąpielowy i klapki, w góry wygodne buty trekingowe, szorty i t-shirty.
    Zastanów się, czy w miejscu, w którym będziesz, są blisko sklepy i apteki. Jeśli tak, możesz spokojnie spakować mniej ubrań i kosmetyków, a jeśli pojawi się taka konieczność, dokupić resztę na miejscu. Jeżeli jedziesz za granicę do dalekiego kraju, którego nie znasz, lub do miejsca oddalonego od cywilizacji, lepiej weź wszystko to, co jest Ci potrzebne, pamiętając o wybieraniu kosmetyków czy ubrań wielofunkcyjnych, np. jeśli sukienka, to jeansowa pasująca zarówno na wędrówkę, jak i wieczorne wyjście, jeśli szampon to z odżywką.

    2. Jaka jest prognoza pogody?

    Jadąc nad polskie morze zawsze trzeba spakować komplet ubrań zarówno na słońce, jak i deszcz, gdyż prognozy często zawodzą. Niestety powiększa to automatycznie nasz bagaż, ale lepiej być przygotowanym na wszelkie okoliczności.

    W ciepłe kraje zabierz więcej zmian ubrań lekkich, przewiewnych i oddychających. Wygodne buty to podstawa! Mając do wyboru kilka par butów najpierw spakuj te wygodniejsze i już sprawdzone, żeby uniknąć odcisków. Zawsze miej jakieś nakrycie głowy.

    3. Jaki wybierasz środek transportu?

    Do samolotu weź jedną średniej wielkości walizkę, którą nadasz jako bagaż. Ze sobą weź torebkę/plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami, również takimi na wypadek, gdyby Twój główny bagaż się zgubił. Miej szczoteczkę do zębów i pastę, tusz do rzęs (lub inny najczęściej używany przez Ciebie kosmetyk), uniwersalną ściereczkę lub ręcznik i coś do czytania. Mężczyzna powinien mieć pod ręką mały zestaw do golenia. Najlepiej spakować też jedną zmianę bielizny, jeśli masz miejsce.

    Jadąc autem mamy większą swobodę pakowania. Myślisz sobie: można poszaleć. Ale jadąc z dwójką dzieci, mężem i kotem miejsca na nasze szaleństwo robi się mniej, musimy dobrze przemyśleć, czego tak naprawdę potrzebujemy. Do auta dobrze się pakuje mniejsze torby, którymi łatwo manewrować i układać niczym klocki tetris. Jednak ja zawsze będę zwolenniczką twardej walizki, która jest i pojemna, i wygodna w za- i wypakowywaniu, a zawartość się mniej pogniecie będąc ściśnięta podczas podróży. Do mojej walizki czasem mieszczę jeszcze ubrania jednego dziecka. Często to kwestia sposobu pakowania.

    Jak się pakować, by zmieściło się więcej ubrań?

    Pamiętacie filmik Konmarie z tego wpisu? W podobny sposób spróbujcie poskładać swoje ubrania i włożyć do walizki. Sprawdza się składanie koszul/ bluzek/ t-shirtów na pół i rolowanie – wówczas ubrania nam się tak nie pogniotą, a szybciej znajdziemy szukaną przez nas rzecz.
    Te delikatne i łatwo gniotące się najlepiej położyć na samym końcu na wierzch bagażu.

    Do butów możesz wsadzić zwinięte skarpetki, by wykorzystać każdą przestrzeń, a także by buty nie straciły kształtu.

    Bieliznę najlepiej pakować w bawełniany woreczek. Można też znaleźć torby próżniowe, które przy zamykaniu wyciskają powietrze z ubrań, co jeszcze bardziej zmniejsza nam wielkość bagażu. Ja jednak jestem zwolenniczką spakowania mniejszej ilości rzeczy niż upychania ubrań w plastiki. W woreczku z tkaniny odzież oddycha, jest to sposób naturalny i na pewno bardziej ekologiczny.

    Ile czego

    Zazwyczaj bierzemy dwa razy więcej rzeczy, niż potem nosimy. Spróbuj ograniczyć się o połowę w tym, co wybierzesz do swojej torby. Postaw na ubrania wielofunkcyjne i w miarę uniwersalne. Zamiast czterech sukienek, weź dwie, ale takie, które będziesz mogła nosić zarówno na plażę, jak i do miasta. To samo tyczy się męskich szortów – ubierz je i sprawdź, czy nadają się na więcej okazji niż tylko nadmorskie plażowanie lub górski hiking.

    Buty, jak już wspomniałam, powinny być przede wszystkim wygodne i sprawdzone. Jeśli poza takimi zmieszczą się Tobie jeszcze ładne (płaskie) czółenka lub mokasyny, śmiało je zabierz. Ale zastanów się dwa razy, czy te pierwsze wygodne nie pasują też do sukienki, bo bez czółenek też można się obyć.

    I jeszcze ostatnia, ale ważna kwestia: możesz ograniczyć się w ilości ubrań i bielizny, jeśli będziesz miał/a do dyspozycji pralkę. To zawsze pomaga na urlopie z dziećmi, które mają wyjątkowy talent w brudzeniu swoich ubrań.

    Czego nie polecam robić

    NIE kupuj dodatkowych ubrań – uwierz mi, zazwyczaj wystarczy Ci to, co już masz z swojej szafie.
    NIE kupuj specjalnych torebek, walizek i innych gadżetów – możesz się spakować z tym, co już masz.
    NIE pakuj walizki po same brzegi – zostaw miejsce na pamiątki dla najbliższych, które z rozmysłem wybierzesz w nowym miejscu. A dla Ciebie najlepszą pamiątką będą przygody, w których będziesz uczestniczyć!

    A może masz swój ulubiony sposób pakowania walizki, który pozwala zaoszczędzić miejsce i ograniczyć przenoszone kilogramy?

    Przeczytaj jeszcze 12 sposobów na tanie podróżowanie i Uważne podróżowanie

    Porządki

    Sprzątanie według Konmari

    Sprzątam, sprzątam, a końca nie widać. Czasami myślę, że bliżej mi do ch… pani domu, niż do perfekcyjnej. Co uporządkuję jedną część domu to pojawiają się śmieci, kurz i graty w drugiej. Dlaczego tak się dzieje? Czy Was też to zastanawia?

    Według Marie Kondo, znanej pod pseudonimem Konmari, autorki światowego bestselleru „Magia sprzątania”, do porządkowania mieszkania powinno się podejść raz, a dobrze. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, ale spróbujmy krok po kroku.

    ograniczam się
    Marie Kondo, autorka 'Magii sprzątania’

    Warto zacząć od czegoś prostego i zobaczyć, czy to się aby sprawdza.

    Uporządkowanie szuflady z bielizną.

    1. Najpierw rozpraw się z majtkami, skarpetkami i rajstopami tak, by zostawić tylko te, które lubisz i chcesz nosić. Z resztą się ładnie pożegnaj i podziękuj za to, że z Tobą były – wiem, brzmi to może dziwnie, ale wg Marie tak powinno się postępować z rzeczami, których się pozbywamy: kulturalnie i z uczuciem

    2. Zgromadź w jednym miejscu bieliznę, którą postanawiasz zostawić i posegreguj według kategorii (majtki, staniki, skarpetki, podkolanówki, rajstopy)

    3. Ułóż ubrania w szufladzie/pudełku według metody Konmarie. Zwróć uwagę, w jaki sposób składane są poszczególne elementy. Czytałam o metodzie 'stojącej’, czyli takiego składania ubrań, by stały one obok siebie, a nie na sobie leżały, ale nie potrafiłam tego sobie wyobrazić. Filmik najlepiej to obrazuje, także polecam i Tobie – obejrzyj i spróbuj sam/-a. W efekcie będzie Ci łatwiej znaleźć rzecz, której szukasz.

    Czujecie się zainspirowani? To co, może warto spróbować uporządkować pozostałe części szafy? A może macie swoje ulubione metody, którymi się chcecie podzielić?

    Ekologia Styl życia

    5 powodów, dla których warto jeździć autobusem

    Lubię jeździć autem. Wsiadam, przekręcam kluczyk, dodaję gazu i ruszam przed siebie. Po zakupy. Do pracy. Do lekarza. Do znajomych. 100 kilometrów lub 100 metrów.

    Auto daje mi wolność. Dojadę gdzie chcę, gdy dodam gazu czuję się niczym rajdowiec – lub jego skromna miejska namiastka. Wiatr we włosach, zimny łokieć, samotny jeździec.

    Jednak długi czerwcowy weekend zmusił mnie do zmiany moich przyzwyczajeń. W drodze do domu, na trasie szybkiego ruchu auto odmówiło posłuszeństwa. Pomoc drogowa, laweta, głośne CB radio – dzieciaki (a przynajmniej ten starszy) miały niezłą frajdę. Dla mnie natomiast oznaczało to konieczność zmiany środka transportu na kilka najbliższych dni.
    Okazuje się, że świat się nie zawalił, ponieważ:

     1. Autobusem też dojedzie się wszędzie.

    Wbrew pozorom polska komunikacja miejska jest naprawdę dobrze rozwinięta. Nie przypominam sobie, żebym choćby w Stanach uświadczyła miejski autobus. Idąc ulicami nie kojarzę innych niż turystyczne double decker’y. Za to każda rodzina ma co najmniej jedno auto. A miasta wylewają się na przedmieścia. Lub 'ponieważ’ miasta wylewają się na przedmieścia. Pamiętajmy więc, by nie zalewać ulic i parkingów miast kolejnymi autami, lecz skorzystać z tego, co już jest, czyli z komunikacji publicznej. Miasto zyska na tym zarówno od strony estetycznej, jak i ekologicznej.

    2. Tam gdzie się nie dojedzie, dojdzie się kawałek na pieszo.

    Ten spacer może pokazać nam miejsca, których wcześniej nie znaliśmy lub dawno nie widzieliśmy. Dzięki ruchowi, do którego jesteśmy skłonieni, stajemy się coraz zdrowsi. Nasze pupy stały się zbyt wygodne. Wolą płasko siedzieć na przemiękkim samochodowym fotelu i przez okienko zamawiać kanapki z wołowiną i kawę. Spacer, jaki oferuje nam choćby zmiana przystanków, w ogólnym rozrachunku może nam ocalić życie!

    3. Autobus pozwala nam rozglądać się wokół, być uważnym na miasto.

    Jadąc autem skupiam się na kilku rzeczach jednocześnie: na światłach, znakach drogowych, współuczestnikach ruchu, panowaniu nad samochodem. Rzadko jest czas na dłuższą kontemplację krajobrazu. W autobusie można natomiast poczuć się jak w kinie. Siedzę na nawet wygodnym fotelu przy oknie i patrzę na zmieniający się pejzaż z zupełnie innej perspektywy. Mam czas, jestem odprężona i obserwuję. Zamiast narzekać na korki, cieszę się z mieszkania w mieście.

    4. W autobusie można nadrobić z czytaniem.

    Auto nie daje nam takiego komfortu, nad czym zawsze ubolewałam, gdyż nie jestem fanką audiobook’ów. Jeżdżąc regularnie na tych samych trasach krajobraz może się nam opatrzyć, a czas spędzony w autobusie można umilić ulubioną lekturą. Odkąd mam auto brakuje mi takich chwil. Lubię też porozumiewawczo patrzeć na innych czytających i zezować na ich tytuły. Raz trafi się fan Sartre’a, innym razem Harlequin’ów. Te różnice dają nam do myślenia, ale je akceptujemy.

    5. Autobus uspołecznia.

    To ukryta, lecz bardzo wartościowa funkcja. W dobie anonimowości tłumu zdarza nam się zapomnieć, jak różnorodne jednostki składają się na społeczeństwo. Żyjemy na grodzonych osiedlach, otoczeni przez innych przedstawicieli klasy średniej, w średnim wieku, ze średnio 1,5 dziecka na rodzinę. W autobusie spotykamy ludzi starszych, studentów, uczniów szkół, ale też kloszardów, osoby z marginesu społecznego. Chcąc nie chcąc – słuchamy ich rozmów, dowiadujemy się, co myślą, o czym żartują, na kogo głosują i dlaczego. Starsza pani pomoże mojemu dziecku usiąść, gdy ja muszę się zająć młodszym. Wysoki młodzieniec pomoże mu wstać na właściwym przystanku i przepuścić, by zdążył wysiąść. Nagle wszyscy stajemy się jednością, uczestniczymy w tym samym, podświadomie troszczymy się o siebie. Anonimowy tłum staje się solidarny.
    W ogólnym rozrachunku autobus wyzwala, czyni nas bardziej świadomymi uczestnikami społeczeństwa i uwrażliwia na miasto.
     
    Ograniczam się w jeżdżeniu autem. A Ty?
    autobus, ograniczam się
    Źródło: Nicholas Stevenson
    Porządki

    Miejsca w domu

    Czy macie takie miejsca w domu, które są tak zagracone, że wstydzicie się ich pokazywać innym?
    Ja mam. Nie w moim własnym mieszkaniu, które stopniowo czyszczę i porządkuję, ale w domu rodzinnym, poza moim codziennym zasięgiem działania.
    Za każdym razem, jak przyjeżdżam w odwiedziny do mojej mamy, zaglądam w jego zakamarki i zastanawiam się, jak to się stało, że tu jest tyle przedmiotów! Dlaczego by tego wszystkiego nie wyrzucić? Byłoby o wiele czyściej, prościej. Dom zyskałby na przestrzeni, byłoby więcej miejsca do odpoczynku, także tego mentalnego.
    Nie ma co ukrywać, sama latami gromadziłam. 
    Najpierw zabawki, które potem szły w obieg dalej po rodzinie i znajomych z dziećmi. Ale te z Pewexu musiały zostać, bo szkoda, bo drogie, bo takie wyjątkowe i wyczekane tygodniami przed wystawą.  
    Potem komiksy. Nadal je mam. 
    Gazety dla nastolatek – stosy Filipinek, z którymi ciężko się rozstać.

    ograniczam się, filipinka
    Filipinka

    Encyklopedie dla młodzieży Larousse. To była kopalnia wiedzy na młodej osoby i pierwsze zetknięcie z kolorowym wydawnictwem na pięknym kredowym papierze. Bezcenne. 
    Torebki, torebeczki, które namiętnie kupowałam. 
    Zeszyty ze szkoły. Zawsze szkoda mi się ich było pozbyć. Traktowałam je poniekąd jak pamiętnik. Ręcznie zapisany, z notatkami na marginesie, czasem cichymi długopisowymi rozmowami z koleżanką z ławki.
    Prezenty urodzinowe, te niekoniecznie trafione, ale sentymentalne. 
    Pamiątki z pierwszych wyjazdów za granicę. 
    Podarunki od tego i owego…
    To wszystko jest w mojej skrytce, której boję się ruszyć. Boję się, że wsiąknę w ten zakurzony, ale mój własny bajzel i się z niego nie wygrzebię przez miesiąc. Boję się też ładunku emocjonalnego, który przy bezwzględnym postępowaniu z przeszłością mógłby nie wytrzymać i wybuchnąć.
    Nie chcę już więcej gromadzić i zagracać swojego mieszkania niepotrzebnymi rzeczami. Ale gdyby nie te 'graty’ to zapomniałabym, że Filipinka zrobiła z Kasi – Katarzynę. Że profesor od angielskiego miał niekonwencjonalne metody nauczania i musieliśmy napisać swoją historię aż do śmierci. Że będąc pierwszy raz w Hiszpanii kupiłam sobie bardzo 'hiszpański’ kubek z …bohaterami South Parku.  Taki był 'zachodni’. I tak go ceniłam, że stał jako ozdoba – nigdy nie został skalany herbatą. Że będąc w Kazimierzu Dolnym na moim pierwszym samodzielnym wyjeździe, pierwszy raz w życiu odwiedziłam żydowski cmentarz, z którego podprowadziłam dwa małe znicze zapisane hebrajskimi znaczkami. Ciekawość zwyciężyła nad wyrzutami sumienia.
    Wg zasad minimalizmu powinnam zdroworozsądkowo podejść do sprawy. Jeśli ich nie używam i nie mam takiego zamiaru – pozbyć się ich. Prawda jest taka, że skrytka żyje własnym życiem odkąd opuściłam dom rodzinny, czyli już jakieś 14 lat. Kalendarze Szalonego Małolata współżyją z Historią Filozofii na jednej półce i nikomu krzywda się nie dzieje. 
    W tych 'gratach’ jest zapisane moje życie. Chciałam pamiętać. Mieć świadectwo dla moich dzieci, jaka byłam i dlaczego. 
    Gdybym je wyrzuciła, musiałabym równolegle opisywać każdą z nich. Stworzyć kronikę lat 90. wg siebie, tak by przestrzeń się oczyściła, a umysł potrafił odtworzyć czas, który minął.
    Jestem ciekawa, czy tylko u mnie jest taka skrytka. Czy tylko ja mam sentymentalny problem z rozliczeniem się z przeszłością?





    Ubrania

    Zakupy w s(m)ieciówkach

    Zdaję sobie sprawę, że to niewygodne, co teraz napiszę. Jednak od dawna nad tym się zastanawiam i przymierzam jak pies do jeża. Czara goryczy mych myśli się właśnie przelała. Zaczynam zakupy bardziej świadome społecznie. A oto dlaczego…

    Inni żyją za grosze, a ja?

    Co chwilę czytam o ludziach, którzy żyją za grosze albo w ogóle bez pieniędzy. Nawet jedzenie zdobywają za darmo, żywią się resztkami, uczestniczą w foodsharing’u. Jak oni to robią?
    Trzeba naprawdę wielkiego samozaparcia, żeby po wyjściu z domu nie stanąć przed żadną witryną, na niczym nie zahaczyć wzroku, nic niezaplanowanego nie wynieść ze sklepu dokonawszy uprzednio aktu zakupu. Chyba że mieszkasz na pustyni lub w głębokim lesie.

    Ja natomiast żyję w dużym polskim mieście, mieszkam na nowym osiedlu. Oznacza to, że tak – mam kredyt oraz tak – osiedle jest częściowo grodzone. Tak – jestem w mieście, autobusem dojadę w 15 minut do centrum. I tak – nawet nie jadąc do centrum, mam obok centrum handlowe (proszę, nie mówmy o nich vel galerie, to najzwyczajniej obraża sztukę). Nowe osiedle ma dość ograniczoną infrastrukturę handlowo-usługową. Lokale wynajmowane są głównie przez prywatne praktyki lekarskie i gabinety kosmetyczne. 2 (słownie: dwa) sklepy spożywcze to Żabka i Groszek, a spożywkę sprzedają przy okazji alkoholu i papierosów. Tym bardziej brak nam sklepów odzieżowych, chemicznych, mięsnych, księgarni, zoologicznych i tak mogłabym wymieniać.
    Na wczorajszej spontanicznej wizycie w sąsiedzkim CH miałam jedno w głowie: kupić legginsy, takie zwykłe, czarne. Mam jedną parę nader wyeksploatowaną, więc druga, nowa, to zakup wysoce uzasadniony. Ale gdy tylko moja noga przekroczyła próg H&M, oczy skakały pląsem od jednej półeczki do drugiej, od jednego wieszaka z promocją do drugiego z plażowymi must-have’ami, których rzecz jasna nie mam. I tak zaczęłam zbierać. Z naręczem wieszaków wylądowałam w przymierzalni po to, by po kilku minutach przypomnieć sobie, po co właściwie tu przyszłam. 'Czarne legginsy, czarne legginsy’ musiałam powtarzać jak mantrę, by nie zatracić się w zakupowym szaleństwie.

    Sieci = śmieci

    Nie zawsze udaje mi się to osiągnąć, nadal nad tym pracuję, ale… Jakiś czas temu postanowiłam, że zakupy odzieżowe będę robić poza wielkimi sieciówkami. Bo sieci sprzedają śmieci. Ubrania są co prawda tanie, ale gorszej jakości niż jeszcze przed kilku laty. Po jednym praniu bluza się mechaci, a t-shirt traci formę. Po kilku pojawiają się mikrodziurki, które z czasem się rozrastają. Materiał jest tak słaby, że nie opłaca nam się go zszywać, a poza tym kto jeszcze w domu ceruje ciuchy? Te ubrania nawet nie dożyją drugiego życia w second-handach. Są niczym motyle – piękne, acz kruche.

    Poza aspektem jakościowym jest jeszcze aspekt społeczny. Wielkie sieci wyzyskują. To wiemy, o tym się mówi. Dzieci w Bangladeszu, kobiety w Wietnamie, dziewczynki w Indiach. Przykładowo, pracownica z Bangladeszu pracując 12-14 godzin dziennie, czasem z 5-godzinną przerwą na sen, zarabia ok. 30 dolarów miesięcznie, podczas gdy wyliczono, że sprawiedliwa płaca powinna wynosić ok. 50 dolarów.
    A jednak nasz świat jest tak skonstruowany, że wchodząc do Zary czy C&A podążasz za trendami z kolorowych magazynów, przymykając oko na te abstrakcyjnie brzmiące krzywdy.

    ograniczam się, konsumpcja

    Dlaczego sieci nie płacą więcej? 

    Pomimo wsparcia organizacji i związków zawodowych, które w Azji jeszcze raczkują, warunki pracy poprawiają się w żółwim tempie. Szwaczek samych nie stać na to, co uszyją. Nas za to stać na 100 takich t-shirtów miesięcznie, moglibyśmy sobie nimi tylną część ciała wycierać, tyle one są dla nas warte.

    Po zachodniej stronie świata członkowie zarządów spółek, udziałowcy i inwestorzy żądają wciąż więcej. Korporacje coraz bardziej tną koszty, by otrzymać coraz większy zysk, by firma nadal tkała swą historię sukcesu w pocie czoła krajów trzeciego świata.

    Dystrybucja dóbr staje się coraz bardziej spolaryzowana. Niestety, w 2016 roku 1 procent ludzi będzie posiadało 50 procent światowego bogactwa (za Newsweek) i z roku na rok ta dysproporcja rośnie.

    Żyj świadomie

    Dlaczego o tym piszę? Bo uważam, że muszę. Że trzeba o tym mówić i myśleć. Myśleć również o tym, jak ułożyć sobie życie bez s(m)ieciówek. Jak nie dać się skusić niskiej cenie, która jednak jest niska nie bez powodu. Może warto mieć mniej, ale lepszej jakości, uszytego w miejscu, gdzie ceni się pracownika, choćby ze znakiem fair trade. Krok po kroku, kawałek po kawałku – zmieniajmy świat na lepsze. Nie będzie na to lepszego czasu niż teraz.

    Post scriptum

    Mój problem, gdzie kupować dobrą odzież nadal pozostaje nierozwiązany. Mogę się wymieniać, co zmniejsza proporcję szkody do korzyści. Mogę sprawdzać, czy sieci sprawiedliwie płacą. Mogę kupować na polskich portalach modowych, które wysoko się cenią, ale w zamian oferują sprawdzoną jakość szytą za sprawiedliwe pieniądze.

    A Wy? Może macie godne polecenia miejsca, w których kupujecie wg zasad fair trade?