Sprawdź teraz

Zapisz się do Klubu

    Zero Waste

    Minimalistka szyje

    „Don’t just stand there, do something!”

    Jak często zdarza Ci się siedzieć na kanapie i zastanawiać, czego byś nie zrobił/zrobiła, gdyby Ci się chciało? 

    Ile razy w tygodniu pojawia się u Ciebie myśl: nie teraz, może później? 

    Czy robisz w życiu to, czego tak naprawdę chcesz? Jeśli nie, co powstrzymuje Cię przed zmianą?

    Każdy z nas ulega od czasu do czasu słodkiemu lenistwu. Niektórzy z nas spędzają w ten sposób godziny, dni, tygodnie, miesiące, a zanim się obejrzą przelatuje im przez palce całe życie.

    Chciałabym uciec od moralizatorskiego tonu, bo nie chodzi mi o to, żeby Wam wypominać błędy Waszego życia. Każdy ma swój na nie sposób i wie najlepiej, co dla niego dobre. Jesteśmy dorosłymi ludźmi i potrafimy wziąć odpowiedzialność za nasze życie i czyny.

    minimalistka szyje
    Zacznij od właściwego przygotowania

    Ja od jakiegoś już czasu chciałam spróbować czegoś nowego, zrobić coś sama, przejść do konkretnych akcji. Zmęczyło mnie samo siedzenie i myślenie, teraz jest czas, by działać!

    „Jak nie my, to kto?Jak nie teraz, to kiedy?” Dorota Warakomska, WO nr 33 (842)

    Dawno, dawno temu…

    Nigdy nie miałam zbytniego talentu do robótek ręcznych. W szkole podstawowej zmuszała mnie do nich praca technika, na której zszywaliśmy kawałki materiału w taki sposób, by wyszło z nich coś, co przypomina worek. Pamiętam też projekt pudełka z pocztówek ze szczeniaczkami zszywanych nićmi na krawędziach, który moja mama dostała w prezencie i – z tego co widzę – nadal go trzyma w szafce. Kochana.

    W domu z konieczności sama wycinałam materiał i szyłam ciuszki dla lalek, bo Pewex, choć tuż za rogiem, straszył cenami o czterech zerach. Uczyłam się robić na drutach, żeby miśkom nie doskwierała surowa zima. Gimnastykowałam ręce drutami i igłą na tyle, na ile miałam zapału i cierpliwości.

    minimalistka szyje
    Zrób to! Zacznij rozwijać swoją pasję

    Z czasem zabawki zostały rzucone w kąt i przyszły dorosłe sprawy. Nie miałam już chęci ani motywacji do szycia, bo sklepy zostały zalane zylionami ubrań z dalekiego wschodu. Tanio i szybko można było kupić bluzkę na imprezę, po co więc trudzić się w domu z wykrojem, gdy znajomi czekają, a młodość ucieka.

    Co się zmieniło?

    Przeszłam przez wiele etapów nabywania odzieży. Od znoszonych sukienek po kuzynkach, przez tanie lajkry na ryneczku, drogie najki w sklepie z markowymi butami, tanie i modne ubrania z sieciówek, ekskluzywną odzież drogich marek z portali modowych. Każde z nich nosiłam z taką samą przyjemnością, ale też tak samo krytycznie oglądałam przez pryzmat: nosić czy nie nosić? Każde z nich podobnie kończyło swój los, niezależnie od ceny czy pochodzenia.

    „Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki.” (B. Franklin)

    Te ubrania spotykała ostatecznie pewna śmierć upakowana w czarne worki.

    Z jednym wyjątkiem. Ubranka, które sama uszyłam dla lalek zostały. Swetry wydziergane przez znajomych mamy nadal się trzymają. Maskotki zrobione ręcznie mają się świetnie. Tęsknota za własnoręcznie wykonaną robótką wykiełkowała karmiona dodatkowo przykładem kilku osób, które sobie świetnie z tym radzą. Choćby moja przyjaciółka Dobromira sama sobie uszyła suknię ślubną i wydziergała na szydełku bolerko. Kosztowało ją to wiele pracy, ale niewiele pieniędzy. A satysfakcja i wspomnienia będą bezcenne.

    Maszyna po tacie

    W mojej rodzinie mama zawsze szyła ręcznie i robiła na drutach. Tata natomiast był specem od maszyn. Ważne pisma pisał na maszynie do pisania, a ulubione spodnie naprawiał na maszynie do szycia. Gdy patrzyłam, jak wyciąga maszynę na biurko, uruchamia do pracy, nawleka nitkę na igłę swoimi spracowanymi dłońmi, bierze w ręce dziurawe jeansy i naszywa cierpliwie łatę wypełniał mnie hipnotyzujący spokój. Może było to spowodowane miarowym stukotem silniczka Łucznika, a może praca ręczna mojego taty dawała mi poczucie, że zna się na tym dobrze i chętnie mnie tego nauczy, jeśli tylko będę chciała. Tak czy siak, lubiłam, gdy argumentował mojej mamie, że te spodnie jeszcze nie są do wyrzucenia, bo można je łatwo naprawić na maszynie, co za chwilę czynił.

    Taty już nie ma, a ja postanowiłam wskrzesić stary sprzęt. Łucznik 466, producent Predom. Ma dwa rodzaje ściegów, silniczek i pedał, dwa bolce na nici, igłę i bębenek. Czego więcej chcieć?

    minimalistka szyje
    Łucznik 466 mojego Taty i moje pierwsze dzieło

    Dlaczego nie nowa maszyna?

    Chęć szycia własnych ubrań pojawiła się u mnie kilka miesięcy temu. W międzyczasie korciło mnie wielokrotnie, by kupić maszynę nową, pachnącą jeszcze fabryką i świeżym plastikiem. No właśnie – zasięgnęłam rady i okazuje się, że stare maszyny nie są takie złe przez to, z jakim materiałów były wykonane. Singer czy Łucznik mają metalową obudowę i dobrej jakości wnętrze. Mój model co prawda już ma elementy ze stopów lekkich, ale ciężar ma nadal niemały. Mechanizm, jeśli dobrze konserwowany, może spokojnie posłużyć kilkadziesiąt lat.

    „Firma ASPA, która parę dobrych lat temu kupiła Łucznika, bazując na tradycji i jakości starszych (polskich) wyrobów tej firmy i po drodze, niepostrzeżenie, przenosząc produkcję do Chin, robi niezły biznes na sprzedaży maszyn do szycia i „overlocków”. Mam troszkę doświadczeń z tą marką (już Chińską) i raczej nigdy nie pokuszę się o zakup tego sprzętu. Myślę, że prędzej kupię Łucznika wyprodukowanego 20 lat temu.” – pisze autorka z Zapomnianej Pracowni

    Poza tym, jeśli jeszcze nie wiem, czy szycie mi się spodoba i czy będę miała do niego cierpliwość, nie będę się decydowała na kupno nowego sprzętu. Stary całkowicie mi wystarczy. Warto wykorzystywać to, co działa, dawać mu drugie życie, nawet jeśli to jego emerytura.

    Zabieram się do szycia

    Przygotowałam się do pracy zbierając najpierw niezbędne akcesoria.

    minimalistka szyje
    Magazyny i podręczniki ratują bezradnych

    1. Nożyczki krawieckie musiałam kupić nowe, te z Ikei są nawet całkiem niezłe, choć mam wrażenie, że ~20 zł to nie jest najtańsza opcja.

    2. Zestaw nici i igieł kupiłam w Lidlu w trakcie tygodnia z szyciem. 19,99 zł za cały zestaw to nie najgorzej, biorąc pod uwagę jego rozmiar i jakoś zawartości.

    3. Kolejny zestaw z papierem do wykrojów, mydełkiem i gąbką na szpilki – też 19,99 zł i tu myślę, że wydane niepotrzebnie. Do tej pory korzystam tylko z mydełka, a papier leży i zajmuje miejsce w szufladzie. Kto wie, może przy bardziej zaawansowanych projektach się przyda?

    4. Guziki, szpilki, tasiemki kupione w osiedlowej pasmanterii – tak tak, teraz odkrywam te sklepy, do których wcześniej nie zaglądałam. To niesamowite, jak czas się w nich zatrzymał. I ilu rzeczy się można dowiedzieć o szyciu. Pani ekspedientka pomoże, doradzi, podpyta, jaka maszyna, zagada, ale nie wciska niczego na siłę, nie proponuje słowami „mamy jeszcze w promocji”. Ma czas i chęci na budowanie relacji z klientkami i nie sądzę, żeby to była jej przemyślana strategia marketingowa. Po prostu jest miła i pomocna.

    5. 2 rodzaje tkanin kupione w Bławatku – moja pierwsza wizyta od dawna była jak odkrywanie nieznanego. Gdzie leży bawełna, gdzie tkaniny sztuczne, a zamki do wszywania, może filc, no i jak się tu płaci? Tu też czas zatrzymał się w miejscu. Choćby samo zamówienie zapisywane jest na karteczce, którą przekazuje się pani siedzącej w „okienku”, po to, by pani obliczyła jego wartość. Jedynym współczesnym znakiem jest terminal płatniczy na karty zbliżeniowe.

    6. Zestaw tkanin różnych dostałam od Dobromiry – przydadzą się do ćwiczenia ściegów, zszywania brzegów i wykonywania prototypów.

    7. Stosik magazynów Mollie i Ilustrowany Kurs Kroju i Szycia – również od mojej przyjaciółki. Dzięki nim wiem, jak zorganizować swój „warsztat krawiecki” oraz mam inspirację do moich pierwszych projektów, krok po kroku.

    8. Deska do prasowania i żelazko przygotowane, ponoć bez nich nie można zaczynać szycia

    minimalistka szyje
    Żelazko i deska to mus

    Minimalistka szyje

    Pozbywam się rzeczy z szafy, by zyskać nową, cenną przestrzeń i skupić się na tym co ważne. A to, czego się pozbyłam, a czego nie chcę oddać ani sprzedać, mogę wykorzystać w moim warsztacie. Niektóre ubrania mają bardzo ciekawą tkaninę albo guziki, którym można dać drugie życie. Internet i pisma krawieckie aż roją się od instrukcji DIY, jak zrobić spódnicę z koszulki albo sukienkę dla dziecka z koszuli męża.

    Sama nie mogę się doczekać momentu, w którym i ja dotrę do tego miejsca w trakcie doskonalenia moich umiejętności manualnych. Na razie jednak muszę okiełznać maszynę i sprawić, by nitka nie wyskakiwała z igły, a ścieg dolny nie był luźny.

    Szyjcie i zużywajcie swoje stare ubrania! Tylko nie przeklinajcie przy dzieciach, jak kolejny raz trzeba będzie pruć 😉

    Książki

    Dlaczego nie warto czytać Marie Kondo

    Zaoszczędzę Wam czasu. Nie musicie czytać książki „Magia Sprzątania” Marie Kondo. Nie musicie wydawać 34,90 złotych. Ani marnować cennych wieczornych chwil na te 222 strony. Przekaz jest dość prosty. Może za prosty?


    Tak całkiem serio – i uwaga, to moje zupełnie subiektywne zdanie –  książka jest napisana bez polotu, trochę jakby na siłę. Choćby z tego powodu czyta się ją nie najlepiej. Kolejnym jest wrażenie, że autorka nadmiernie elaboruje jeden i ten sam temat. Ile można czytać o tym, że sprzątać trzeba raz a dobrze i że „to jest właśnie magia sprzątania„? Zdanie, które pada już na początku: „Zacznij od wyrzucania rzeczy. Następnie starannie zaaranżuj swoją przestrzeń. Wszystko to powinno odbyć się za jednym razem.” pojawia się dobrych kilka razy.

    Sprzątanie totalne

    Totalnie źle nie jest, bo gdyby nie czas, który poświęciłam książce, może nie nastąpiłaby w mojej głowie zmiana w kierunki sprzątania totalnego –  tak bym ten sposób nazwała.

    Myśl o wyciągnięciu wszystkiego z szafy i położeniu w jednym miejscu, jak zaleca Konmari, trawiłam dość długo. Obawiałam się czasu, który będę musiała poświęcić na rozprawienie się z jej zawartością. Martwiłam się, że jak to wszystko rozgrzebię, to w między czasie Małe Dziecię zdąży się kilka razy obudzić, zakwilić o jedzenie, zabrudzić pieluchę i zabiegać o moją podzieloną już wtedy uwagę. Nie mogę sobie na to pozwolić, na cały dzień z głową w ciuchach – myślałam.

    Bałam się też rzewnych łez, które wyleję podczas pożegnań z moimi ulubionymi bluzkami. Esencją metody Konmari jest rozprawianie nad każdą sztuką odzieży z osobna, poświęcenie jej czasu, sprawdzanie, czy nadal przynosi nam radość, a jeśli była nam wyjątkowo bliska, lecz z jakichś powodów już jej nie nosimy, powinniśmy jej podziękować za służbę u nas i pożegnać, wsadzając do worka.

    Jak się żegna z przedmiotami?

    A jednak, zebrałam w sobie siły i motywację i, nie myśląc długo, zaczęłam wyrzucać wszystko z szafy na łóżko. Zastanowiłam się, gdzie jeszcze trzymam ubrania, i przyniosłam ich drugie tyle z szafy w korytarzu. Powstała sterta ubrań przepełniła mnie przerażeniem. Jak się do tego teraz zabrać?

    Moje obserwacje poparte wskazówkami Konmari są następujące.

    Bierz każdą sztukę po kolei i zdecyduj, do jakiej kategorii należy:
    – do wyrzucenia i nawet się nad tym nie zastanawiam
    – zbyt fajne, żeby wyrzucić, ale nie chcę zatrzymać, więc oddam
    – zbyt fajne, żeby oddać, więc sprzedam
    – zostawiam, bo jest fajne, lubię to, dobrze w tym wyglądam i będę nosić

    O dylemacie wyrzucić czy oddać pisałam już wcześniej tu [klik].

    Nie zostawiaj ubrań tłumacząc, że będziesz je nosiła po domu. W ten sposób skończysz ze stertą ciuchów, których nie chcesz nikomu pokazywać, a ubieranie ich w domu wcale nie wpłynie pozytywnie na Twoje samopoczucie.

    Ubrania, które nosisz w domu, wpływają na Twój własny obraz

    Odzież, którą ostatecznie zostawisz, ułóż w szafie wg metody Konmari [klik]
    Na pierwszy rzut oka pomyślisz: nie dość, że wkładam taki wysiłek w pozbywanie się nadmiaru ubrań, to jeszcze potem muszę nauczyć się nowego sposobu ich składania . Ja spróbowałam i przyznam, że to działa. Każdą sztukę ułożyłam w szufladzie pionowo, jedna obok drugiej. I już widzę same korzyści:
    – ubrania w ten sposób złożone się nie gniotą,
    – otwierając szufladę widzę dokładnie, co w niej jest,
    – ergo minimalizuję zapominanie o ulubionych ubraniach tylko dlatego, że leżały na dnie pod innymi.

    Moja szuflada przed i po sprzątaniu wg metody Konmari

    Jak wieszać ubrania?

    Marie Kondo radzi powiesić je nie kategoriami, ale według długości, grubości materiału i kolorów.
    Jak to zrobić? Wieszaj do lewej do prawej, od najciemniejszych, najcięższych i najdłuższych do najjaśniejszych i najkrótszych. Przyznam szczerze – nie jest łatwo zastosować się do tej metody kompletnie i bezwzględnie. Bo co zrobić z długimi jasnymi sukienkami – przesunąć bardziej na lewo czy na prawo? Albo krótki granatowy żakiet gdzie powinien wisieć? Co z kwiecistymi bluzkami, których u mnie nie brakuje? Jak każda metoda, i ta ma swoje mankamenty i nie jest idealna. A uwieszenie ubrań kolorystycznie powoduje u mnie trudności ze znalezieniem czegokolwiek, bo gładkie granatowe wiszące teraz po lewej zlewają się ze sobą tworząc jedną ciemną całość.

    Jak zakończyć proces sprzątania szafy?

    Wypełnionych ubraniami worków pozbądź się jak najszybciej. I to jest bardzo ważna zasada: nie pozwól im długo leżeć, bo zaczniesz do nich zaglądać i mnożyć wątpliwości.

    Druga zasada: nie pokazuj nikomu z rodziny (lub współmieszkańców), czego się pozbywasz. Będą zadawać pytania, dlaczego akurat tego, przecież to ładne, no przymierz, pokaż, czy pasuje. „Szkoda wyrzucać, przecież to dobre” powiedział mój mąż przy parze jeansów, która wylądowała w worku przy poprzednich porządkach. Zostały, a ja nadal ich nie nosiłam, więc tym razem bezwzględnie wylądowały znów w worku. Na dobre.

    Co do ogólnych zasad sprzątania, Konmari radzi, żeby robić to kategoriami wg następującej kolejności (od najłatwiejszych do najtrudniejszych):
    1. Ubrania
    2. Książki
    3. Papiery/dokumenty
    4. Rzeczy drobne (jap. komono) – płyty, kosmetyki, AGD itp.
    5. Rzeczy o wartości sentymentalnej, w tym zdjęcia

    Same ubrania porządkuj następująco:
    1. góry (bluzki, marynarki, swetry)
    2. doły (spodnie, spódnice)
    3. ubrania 'wiszące’
    4. skarpetki
    5. bielizna
    6. torebki
    7. dodatki (szaliki, apaszki, paski)
    8. ubrania na specjalne okazje (suknie wizytowe, stroje kąpielowe)
    9. buty

    Jak sama pisze z rozbrajającą szczerością: „Dlaczego taka kolejność jest wskazana? Nie jestem do końca pewna, ale (…) to działa!”

    Magia Sprzątania


    A teraz kilka cytatów, które przekażą Wam ducha „Magii sprzątania” Marie Kondo.

    „To jest prawdziwa Magia sprzątania”

    O zaczynaniu sprzątania od własnych rzeczy:
    „Cicha praca nad własnym nieładem jest najlepszą strategią na problem z rodziną, która nie sprząta. (…) gdy ktoś zaczyna sprzątać, wywołuje reakcję łańcuchową”. 

    Osobiście nadal czekam na tę reakcję.

    O składaniu ubrań:
    „Kiedy bierzemy w dłonie jakieś nasze ubranie i je starannie składamy, przekazujemy mu energię, co pozytywnie na nie wpływa.(…) Składając ubrania powinniśmy włożyć w to nasze serce i podziękować im za ochronę naszego ciała.”

    I jeszcze:
    „Nic nie przynosi większej satysfakcji niż znalezienie tego idealnego punktu [w składaniu ubrania – KW]. Poczujesz, że kształt ubrania jest taki, jaki powinien być, kiedy trzymasz go w ręce. To jak nagłe olśnienie, (…) to szczególna chwila.”

    Osobiście potrafię wymyślić na poczekaniu kilka rzeczy, które przynoszą mi jednak większą satysfakcję.

    „Ubrania, tak jak i ludzie, rozluźniają się w towarzystwie podobnych do siebie osób, dlatego ułożenie ubrań z tej samej kategorii daje im większy komfort.”

    O wznoszącym powieszeniu ubrań:
    „…[Gdy je tak powiesisz – KW] poczujesz przyspieszone bicie serca i energię pulsującą w ciele. Ta energia przeniesie się na Twoje ubrania.”

    Szokujące dla wszystkich będzie stwierdzenie, że „nigdy, ale to przenigdy, nie należy wiązać rajstop ani pończoch. Nigdy nie wolno też rolować skarpet w kulkę. Dlatego, że czas w szafie to „czas ich wypoczynku.

    O dotykaniu ubrań w szafie:
    „Taka komunikacja pomaga utrzymać żywotność ubrań i umacnia więź między wami.”

    O wyrzucaniu instrukcji domowych sprzętów, w tym telefonów komórkowych:
    „O wiele szybciej jest poprosić o pomoc specjalistę niż zmagać się samemu z instrukcją obsługi.”

    O wyrzucaniu kabli:

    „Szybciej jest kupić nowy”. Serio?

    Pytanie bez odpowiedzi

    Marie nie zastanawia się nadmiernie, co dokładnie zrobić z rzeczami, których się pozbywamy. Mówi o wyrzucaniu, nie wspominając nigdy o pomaganiu potrzebującym, społecznej odpowiedzialności czy jakiejkolwiek formie recyclingu. Chyba ten egoizm, ta łatwość pozbywania się rzeczy i zaśmiecania reszty świata dla naszej własnej wygody wadzi mi najbardziej.

    Poza tym, Konmari nie odpowiada na kwestie związane z bałaganem związanym z posiadaniem dzieci. Nie znalazłam żadnego przykładu odnoszącego się do uporządkowania takiej przestrzeni, a każdy rodzic po przeczytaniu tej książki zderzy się z brutalną rzeczywistością zaraz po odłożeniu jej na półkę.

    Pozbywajmy się więc nadmiaru na tyle, na ile jest to dla nas możliwe. W amoku sprzątania nie zapominajmy o naszych dzieciach. I pamiętajmy o tym, by wyrzucając odcisnąć jak najmniejszy ślad na środowisku. 

    Nie chcę totalnie krytykować Marie Kondo, bo w pewien sposób i mi otworzyła na pewne sprawy oczy, ale styl „wyrzuć i zapomnij” nie przemawia do mnie i mam poczucie niedosytu. A co Wy o tym myślicie?

    Minimalizm

    Mini-inspiracje #3 Życie Offline

    Tych kilka weekendowych dni było niezwykle burzliwych. Upały i ich naturalne konsekwencje przyniosły powódź w bliskich mi miejscach i wieczorną utratę prądu. Ta ostatnia dała mi trochę do myślenia na temat naszego uzależnienia od energii elektrycznej. Stało się to po tym, jak usłyszałam krzyk z podwórka obok: „O nie, no i internet siadł!” Tak jakby to było największą tragedią w trakcie ogrodowego grilla ze znajomymi. Nie zaczynająca się ulewa, nie pioruny bijące tuż obok, nawet nie brak światła czy rozmrażająca się lodówka. Tylko internet.

    Ci z Was, którzy mnie śledzą na facebook’u i regularnie czytają bloga wiedzą na pewno o mojej akcji #niedzielaoffline. Pisałam o tym tu i tu. Co sobotę przypominam, że w niedzielę się ze mną nie skontaktujecie przez internet. Wyłączam wtedy wszystkie notyfikacje, nie zaglądam na instragram, nie czytam maili i nie odpowiadam na komentarze. Mam tyle pomysłów na spędzanie czasu poza siecią, że w ogóle mi jej nie brakuje. Robię to, bo jestem świadoma, jak wielu z nas (a wychowujemy takich coraz więcej!) z łatwością miesza życie wirtualne z rzeczywistym. Kładziemy telefon w domu na stole dając naszym bliskim sygnał, że jesteśmy dla nich dopóki nie dostaniemy like’a na facebooku. Każdy sygnał z telefonu odrywa nas od tego, co się dzieje tu i teraz, w rzeczywistym wymiarze. Niby łatwo nam to zrozumieć, deklarujemy, że nie jesteśmy uzależnieni, ale dzień bez internetu ciężko nam sobie wyobrazić. 
    ograniczam się
    Wybierz swój dzień i bądź offline

    ***

    Jeden z najsłynniejszych bloggerów minimalizmu, Joshua Fields Millburn, napisał jakiś czas temu trafne podsumowanie, dlaczego większość nagłych sytuacji nimi nie jest. Kilka lat temu zostawił swój telefon w szufladzie, by przekonać się, że to nie telefon był problemem samym w sobie, ale jego do niego stosunek. Próbowaliście kiedyś wyjść z domu bez komórki w kieszeni/torebce? Jakie to było uczucie? Szukaliście ręką, czy na pewno go tam nie ma? Stanęła Wam przed oczami sytuacja, kiedy MUSICIE zadzwonić albo sprawdzić coś w internecie, ale nie macie jak? Mogę się założyć, że na większość z tych pytań odpowiedzieliście twierdząco i że była to dla Was niewygodna sytuacja. 
    Polecam Wam kilka zasad, o których piszę Joshua, by korzystać z telefonu rozsądnie i z umiarem. Również po to, by zrozumieć, że nagłe sytuacje nie występują 24h na dobę, a bez telefonu (i internetu) też jest życie.
    Moja ulubiona? Łóżko służy tylko do dwóch rzeczy. I nie są nimi sms-owanie czy aktualizowanie statusów na facebook’u 🙂

    ***

    Kto z Was nie lubi TED talks? Wystąpienie Paul’a Miller’a „A Year Offline” może Wam dać kolejne powody, dla których warto zrezygnować z internetu. Jego motywacją było poświęcić czas, który do tej pory był konsumowany przez internet, na osobisty rozwój, czytanie i studia konkretnego tematu.
    Paul zauważył, że zamiast w zamierzony sposób zwiększać swoją produktywność, internet go rozprasza i skłania do bezcelowego klikania w kolejne linki.

    Rezygnacja z internetu dała mu początkowo niesamowite poczucie wolności i odbieranie świata w zupełnie inny, bardziej świadomy sposób. Oraz zwyczajne poczucie nudy, nicnierobienia, od którego często uciekamy własnie w internet. Niektórzy wykorzystują je do medytacji, on też wiedział, że to jest przestrzeń na zatrzymanie się i zastanowienie, jak wartościowo spędzić swój wolny czas. Miał go wreszcie tyle, że mógł zrobić to, na co miał zawsze ochotę!

    Ten czas nauczył go jednak, że to nie wina internetu, że nie potrafimy z niego odpowiednio korzystać i zwiększać naszej produktywności. Mamy 100-procentową kontrolę nad naszym życiem i nad tym, co robimy. Dlaczego więc nie zatrzymać się na chwilę i nie zastanowić, co jest dla nas tak naprawdę ważne i używać internetu tylko do tego celu?

    ***

    Nie musisz rezygnować z internetu na rok, żeby się o tym dowiedzieć. Wystarczy jeden dzień w tygodniu, by uporządkować myśli i skoncentrować się na tym, co chcesz osiągnąć. Taka internetowa 'nuda’, albo raczej uważność może zdziałać cuda.

    A Ty co robisz, kiedy się nudzisz? 

    Jedzenie

    Slow food prosto z Brukseli

    Pamiętacie, jak 2 tygodnie temu wspominałam o kooperatywach spożywczych? Otóż miałam wówczas plan wstąpić do tej mojej, poznańskiej. Niestety, okazuje się, że w trakcie największego sezonu na świeże warzywa i owoce kooperatywa zawiesiła działalność i nie dostarcza produktów. Tłumaczą się okresem wakacyjnym, ale nie wierzę, żeby wszyscy uczestnicy urlopowali się w tym samym czasie. Co więcej, nie odpowiadają na maile, a informacje o ich braku dostaw uzyskałam od współpracującego z nimi stowarzyszenia. Rozumiem, że kooperatywa działa non-profit na zasadzie 'kto może, ten pomaga’, ale przydałaby się chociaż mała wzmianka o takiej sytuacji na ich stronie na facebook’u lub autoresponder na mailu. Niestety, o ile się nie zniechęcę wcześniej i nie zmobilizuję do założenia swojej własnej spółdzielni, pozostaje mi karmić się kolorowymi historiami o organicznym jedzeniu (slow food) prosto z Belgii.

    Marta Góralczyk* mieszka w Brukseli już drugi rok. Przez pewien czas prowadziła bloga kulinarnego, a teraz kontynuuje swoją fascynację gotując w wolnych chwilach po pracy. Poszukując najlepszego źródła produktów spożywczych natrafiła na lokalne kooperatywy, o których niedawno mi opowiedziała. Przyznam szczerze, że jestem pełna podziwu dla sposobu zorganizowania wokół jedzenia tak dobrej infrastruktury – zarówno społecznościowej, jak i internetowej. Ale przeczytajcie sami.

    Kasia (autorka): Marta, przyznam szczerze, że zaintrygowałaś mnie zdjęciem świeżych warzyw, które umieściłaś na facebook’u. W dodatku gdy tylko dowiedziałam się, że pochodzą prosto od rolnika, tym bardziej musiałam się do Ciebie odezwać. Jak się nazywa tego typu działalność w Belgii?

    Marta: Potocznie nazywa się to po prostu koszykiem (panier – FR/mand – NL). Bo właśnie o to chodzi, że dostajesz koszyk z produktami ekologicznymi. GASAP – ten, z którego ja korzystam – to dodatkowo grupa solidarnych zakupów rolniczych. Polega to na tym, że podpisujesz umowę o wspieraniu rolnika i odbieraniu części jego plonów, niezależnie od tego, jakie by one nie były. Rolnikowi daje to gwarancję zbytu i stabilności finansowej, a mi regularne dostawy warzyw i owoców bez chemikaliów.

    K: W jaki sposób trafiłaś na taką kooperatywę? Bo przyznam szczerze, w Polsce ciężko o łatwą informację na ich temat.

    M: Kilka miesięcy temu dostałam ulotkę do skrzynki na listy, że otwiera się u nas grupa i poszukiwane są osoby chętne na koszyk. Jest wyznaczone minimum członków grupy, jest też maksimum. Zależy to od wydajności plonów danego rolnika, od którego odbierane są produkty. Wówczas nasz styl życia pełen wyjazdów i podróży służbowych nie pozwalał nam dołączyć. Ostatnio jestem więcej na miejscu, więc mogę iść odebrać koszyk i wykorzystać owoce i warzywa. Od razu napisałam do nich, a że były wolne miejsca zostałam przyjęta do grupy.

    kooperatywa spożywcza
    Koszyk Marty z Ferme du Montaval

    K: Jakie są zasady korzystania z tego typu kooperatywy?

    M: Na samym początku podpisuje się umowę z GASAP i z rolnikiem. Zamówienia składa się na podstawie deklaracji, jakie produkty chcesz otrzymywać (owoce, warzywa, jajka, chleb), na ile osób i jak często (raz na tydzień lub raz na 2 tygodnie). Zdarzają się oferty specjalne, wówczas można składać zamówienia na ekologiczną mąkę, kiełbasę, sery. Takie dostawy są zazwyczaj raz w miesiącu.

    K: Brzmi smakowicie! A kim są dostawcy produktów?

    M: Dostawcami są lokalni rolnicy. Mój koszyk pochodzi z La Ferme du Montaval, 95 km od Brukseli. Kiedy formuje się nowa grupa, członkowie jadą razem na spotkanie i obejrzenie farmy oraz poznanie rolnika.

    K: Bardzo podoba mi się fakt, że wiesz dokładnie, skąd pochodzą produkty w koszyku. A jak wyglądają dostawy? Kto się nimi zajmuje?

    M: Produkty dostarcza rolnik albo wolontariusz pracujący dla grupy do punktu odbioru. Mój jest 50 m od mojego domu, w garażu. Odbiór jest raz w tygodniu między 18:00 – 19:00.
    Oprócz tego, każda grupa ma skarbnika, który pilnuje opłat oraz sekretarza sprawującego opiekę nad grupą. Sekretarz przekazuje nam klucze od garażu, żeby członkowie mogli wydawać koszyki. Każdy po kolei ma dyżur.

    kooperatywa spożywcza
    Odbiór produktów ma miejsce w pobliskim garażu

    K: Jak to przedsięwzięcie przedstawia się finansowo? Jest jakaś wpłata początkowa? W Poznaniu jest to 50 zł na wstępnie, zwrotne przy wypisie, oraz 1 zł doliczany do każdej dostawy, na tzw. fundusz gromadzki.

    M: U nas jest składka miesięczna wysokości 1 EUR. Poza tym płacę tylko za koszyk: 14 EUR za koszyk warzyw dla 2 osób, 13 EUR za owoce, 6 jajek kosztuje 2,4 EUR, a chleb 4 EUR. Jest dużo drożej niż w sklepie czy ekologicznym warzywniaku, ale nie o to tu chodzi.

    K: No właśnie, to o co tu właściwie chodzi? Dlaczego zdecydowałaś się na udział w tego typu spółdzielni? Co daje to Tobie? I co daje to osobom w łańcuchu dostaw?

    M: Po pierwsze gwarancję ekologicznych warzyw i owoców uprawianych lokalnie. Czyli jedzenie bez chemii, przyjazne dla środowiska i takie, które nie podróżowało zbyt dużo. Wiadomo, że transport jedzenia to ogromna ilość spalin i zanieczyszczeń, a zatem jedzenie z koszyka, które jest ekologiczne i lokalne to podwójny plus dla środowiska! Jak mieszkałam w Anglii, to na opakowaniach produktów był tzw. ślad węglowy (carbon footprint), czyli znak, ile gazów zostało wyemitowanych przy transporcie danej paczki płatków czy steków. Tu w Belgii tego nie ma, ale ludzie zwracają uwagę, skąd co pochodzi. Na targu mogę bez problemu dostać w marcu maliny z Meksyku za 2 EUR, albo zieloną fasolkę z Kenii za 1,50 EUR. Jako społeczeństwo jesteśmy trochę rozpuszczeni – możemy mieć każdy owoc o każdej porze roku i to w przystępnej cenie. Ale trzeba pomyśleć, jak niski musi być koszt produkcji i siły roboczej, żeby opłacało się jeszcze płacić za samolot malinom z Meksyku? A jaki jest wpływ takiej podróży na środowisko, i czy to jest warte mojego kaprysu, żeby jeść maliny w marcu? I poza tym wszystkim – czym to jedzenie musi być nafaszerowane, żeby po takim transporcie nadal wyglądało świeżo i apetycznie? No i smaku oczywiście nie da się porównać – to co wyprodukowane jest naturalnie, tradycyjnymi metodami bez chemii i dostarczone w tzw. obiegu krótkim (czyli z drzewa do mnie do domu, z pominięciem chłodni, kilku transportów, samolotu i Bóg wie czego jeszcze) zawsze będzie miało wyższą wartość.
    Spotkałam też ostatnio pediatrę ds. alergii – opowiadała okropne rzeczy. Jesteś tym, co jesz, a jeśli jemy chemię, to nic dziwnego, że tyle dzieci ma problemu z alergiami. Chcę się od tego ustrzec.

    K: Czy wokół kooperatywy tworzy się swego rodzaju społeczność? Czy znacie się nawzajem?

    M: W grupie jest ok. 15 osób i widzimy się regularnie, więc trudno się nie znać. Dodatkowo, dla tych bardziej zaangażowanych organizowane jest spotkanie integracyjne 4 razy do roku.

    K: Jak popularne są tego typu inicjatywy w Belgii?

    M: Bardzo i coraz bardziej. Nazwałabym to wszechobecnym trendem.

    Marto, dziękuję Ci bardzo za rozmowę. Zazdroszczę, że mieszkasz w takim miejscu, gdzie dostęp do zdrowego jedzenia jest łatwy, a rolnika produkującego dla Ciebie wyroby możesz osobiście poznać. Jest to wzorowy przykład na slow life.
    Inwestowanie w dobry smak na talerzu, ale przede wszystkim w zdrowie własne i swojej rodziny jest w dzisiejszych czasach niezmiernie ważne. Mam nadzieję, że w Polsce będzie coraz więcej tego typu inicjatyw i ludzi chętnych do brania w nich udziału. Pokażmy, że liczy się dla nas zdrowie i ekologiczny sposób dostawy – może zmusimy wielkich producentów żywności do bardziej rozważnego planowania swoich upraw. W końcu, tak jak mówi Marta, jesteś tym, co jesz.

    *Marta o sobie:
    Jestem specjalistką ds. komunikacji projektów europejskich, hobbystycznie konsultantką ds. komunikacji interkulturowej. Interesuje mnie wszystko, co jest związane z kulturą, jak razem z językiem kształtuje nasze myślenie o świecie i jak ludzie z różnych kręgów kulturowych postrzegają świat. Sama mówię biegle pięcioma językami (na razie!). Jestem fanką jazdy na rowerze stacjonarnym przed telewizorem, jako że w Belgii trudno o dobrą pogodę. Gdy wyjdzie słońce, uprawiam trekking na świeżym powietrzu. Gotowanie jest moim sposobem na relaks – wyłączam myślenie, a włączam kreatywność. Uwielbiam piec, a moi koledzy z pracy jeść moje weekendowe ciasta. 

    Minimalizm

    Mini-inspiracje #2

    I my możemy mieć w Polsce Hiszpanię! 36 stopni w cieniu, patelnia na balkonie, klimatyzowane centra handlowe jedynym naszym schronieniem – brakuje tylko 2-metrowych agaw przy ulicach i barów z gazpacho na każdym rogu.

    Dobrze, że nie inwestowałam w wyjazd do ciepłych krajów tego lata, bo nasze warunki pogodowe pozwalają na powolne skwierczenie na nadmorskiej lub śródmiejskiej plaży. Jeśli brak Ci odwagi, a w zasadzie – jeśliś pełen zdrowego rozsądku – chłodzisz się w minimalnie chłodniejszym mieszkaniu lub komfortowo klimatyzowanym biurze. 

    ograniczam się

    Kuszące przeceny?

    Jeśli natomiast wybierasz spacer po chłodnej galerii handlowej, nie daj się skusić na nieplanowane szaleństwo zakupowe na przecenach. Po takim wyjściu 'do ludzi’ możesz skończyć z kolejnymi nie-do-końca chcianymi ubraniami w szafie, od których może nawet nie oderwiesz metek. Dobrze jednak przeczytać kilka wskazówek, jak z rozmysłem kupować na przecenach. MinimalNat stanęła na wysokości zadania.

    Chłodne, acz zdrowe śniadanie
    Jednym z moich ulubionych blogów kulinarnych jest What Should I Eat For Breakfast Today / Co Dziś Zjem Na Śniadanie. Marta Greber jest niedoścignioną food stylistką i fotografką, a przepisy, które prezentuje, zawsze zaskakują niebanalnymi połączeniami produktów i smaków. Na upalne dni polecam Wam ciekawie podane świeże owoce w papierze ryżowym. Spróbujcie i Wy, bo w sezonie jest ku temu idealna okazja. A przepis pozwala na realizację bez generowania litrów potu. 
    Poznanianki blogują!

    W ostatni czwartek miałam okazję spotkać się z kilkunastoma wyjątkowymi osobami. Wypiłyśmy razem kawkę osłodzoną torcikiem bezowym, opowiadając przy tym o swoich blogach, o naszych inspiracjach i problemach z nimi związanych. Przy okazji powstało kilka pomysłów na warsztaty, na których możemy twórczo wykorzystać drzemiącą w nas energię. Poznańskie blogerki są niezwykle przyjazne, uśmiechnięte i wspierające. Mam nadzieję, że będziemy się częściej widywać, dziewczyny!

    Slow marketing

    Usłyszałam o nim po raz pierwszy własnie na czwartkowej kawusi i od razu mnie zaintrygował. Pojęcie kilka lat temu ukuła Carolyn Tate, Kanadyjka zmęczona nachalnym marketingiem bombardującym nas codziennie informacjami o nowych produktach i wręcz przymusie ich posiadania.  Tak męczącemu sposobowi sprzedaży towarów i usług przeciwstawia podejście slow marketingu, w którym poznajemy swojego klienta stopniowo, pozwalamy mu dobrze poznać produkt, dać mu czas na zastanowienie się, na bezpośredni kontakt z nami. Zamiast mamić nieprawdziwymi stwierdzeniami jesteśmy szczerzy i prawdomówni. Stawiamy przede wszystkim na jakość, jednolity wizerunek firmy i wartość, którą możemy oferować innym.

    Jeśli kiedykolwiek będę miała swoją firmę, z pewnością będę starała się wykorzystać taki sposób dotarcia do moich odbiorców. A Wy?

    Minimalizm Porządki

    4 rzeczy, których nie potrzebujesz w swojej łazience

    Czasem chodzę po domu i szukam, co by tu posprzątać. Kurze ścierałam kilka godzin temu, dam im na razie spokój. Wszystkie lustra pucowałam przez pierwszą połowę dnia, zaraz po odkurzaniu, myciu podłóg i okien. Zabawki dzieci ułożone są od linijki, do niczego się nie przyczepię. Idę do łazienki, otwieram szafkę na kosmetyki i …voila! Jest się czym zająć! 30 stopni Celsjusza jest idealną temperaturą dla kompulsywnych sprzątających, jeśli tylko wybiorą przyjemnie chłodną łazienkę.*

    Jak niemal każda kobieta cechuję się myśleniem, że na każdy mankament ciała dobry jest nowy kosmetyk. Nie wysypiasz się – stosujesz krem pod oczy ze świetlikiem. Masz zbyt bogatą mimikę twarzy – krem na zmarszczki na dzień i na noc załatwia sprawę. Lubisz jeść słodycze i zapijać kawą – zestaw kremów na cellulitis wraz ze szczotką (ponoć) pomaga.

    Nie, nie i jeszcze raz NIE. Myśląc w ten sposób skończysz jak ja z szafką przepełnioną kosmetykami, których nie używasz, a Twoje ciało wcale na tym nie zyska.

    Oto kilka moich rad, którymi mogę się z Tobą podzielić po tym, jak wpadłam do mojej łazienki jak huragan i przetrzebiłam szafki patrząc na ich zawartość krytycznym okiem minimalistki.

    kosmetyki i leki w łazience

    1. Regularnie wyrzucaj przeterminowane kosmetyki

    Nie ma nic bardziej niepotrzebnego w Twojej szafce niż zalegające z tyłu półki lub szuflady buteleczki z pożółkłym płynem micelarnym lub zjełczałym olejkiem do ciała. Również kremy do opalania, nawet te prawie pełne, powinny zniknąć, gdyż mają roczny (a niektóre nawet krótszy) termin przydatności po otwarciu. Tu bezwzględnie zgarniasz wszystko do worka na śmieci i urywasz już następny, bo gwarantuję, że trochę tych kosmetyków się znajdzie.

    2. Przejrzyj kosmetyki, których rzadko (lub wcale) używasz

    Kupujesz pod wpływem chwili? Masz ich zapewne z tuzin albo i kilka. Zamawiasz z Avonu lub Oriflame? Szansa 50/50, że trafisz na naprawdę dobry kosmetyk, który Ci będzie służył. Dostajesz próbki, które skrzętnie chowasz, bo przydadzą się na podróż? A potem boisz się ich zabrać, bo nie są sprawdzone i nie wiesz, czy nad morzem nie dostaniesz wysypki. Pomyśl, czy ich na pewno potrzebujesz, a jeśli odpowiedź brzmi: może się kiedyś przyda – od razu wrzuć je do worka. Przez chwilę możesz jeszcze pomyśleć, czy ktoś inny mógłby z nich skorzystać, o ile nie były jeszcze otwarte. Reszty pozbądź się tak jak tych przeterminowanych.

    3. Eliminuj butelki z końcówkami kosmetyków.

    Zdarza Ci się, że nie wyrzucasz butelki po szamponie tylko dlatego, że może zachowało się w niej jeszcze z 5 ml, które kiedyś może jeszcze użyjesz? Albo kupujesz nową pastę do zębów, bo poprzednia już się kończy i otwierasz nową, zamiast zużyć do końca starą, bo nowa ma taką gładką, pełną tubkę i łatwiej się wyciska? Podobnie z kremami, tuszami do rzęs, balsamami do ciała, żelami pod prysznic, etc. STOP! O ile kupiłaś już nową butelkę i nie kończysz starej przez tydzień – wyrzuć i ją. To tak jak z winem – otwarte i niepite wietrzeje. A butelka po szamponie zbiera kurz i miejsce w Twojej blokowej łazieneczce.

    kosmetyki i leki w łazience
    Uwierzcie mi, pozbyłam się 80 procent zawartości

    4. Regularnie przeglądaj szafkę z lekami.

    O nich mogłabym napisać esej na 20 tysięcy słów, a i  tak nie wyczerpię tematu. Wszystko się jednak sprowadza do prostej kwestii: nie kolekcjonuj starych leków, które kiedyś Cię wyleczyły i czekasz na nawrót choroby, by ich z powrotem użyć. Kilkumiesięczne syropy i tabletki, a w szczególności antybiotyki, powinny ulec utylizacji. Weź osobny worek i wrzuć do niego wszystkie przeterminowane lekarstwa i środki do dezynfekcji. Sprawdź, co się dzieje w plastrach – czasem długo nieużywane parcieją i trzeba je wymienić na nowe. Zostaw tylko leki pierwszej potrzeby: środek przeciwbólowy, przeciwgorączkowy i zestaw do opatrywania ran. Oczywiście jeśli cierpisz na jakąś dolegliwość wymagającą regularnego leczenia, zostawisz i te leki. Uporządkuj je tak, żebyś widziała etykiety wszystkich na pierwszy rzut oka jak otwierasz szafkę albo szufladę. Poukładanie ich kategoriami też jest fajnym zadaniem dla kompulsywnych sprzątaczy, polecam jako rozrywkę na domowe upalne dni.

    Ważna uwaga: pamiętaj, żeby leków nie wyrzucać do zwykłego śmietnika, tylko zanieść do najbliższej apteki, która zajmie się odpowiednią utylizacją.

    Minimalizm w upały? Czemu nie! Szafka zyskała nową przestrzeń, a śmietnik pokarm. A Ty zamiast gromadzić kosmetyki, zacznij się wysypiać, zdrowo odżywiać i pić wodę.

    Ciekawi mnie, z czym Wy macie największy problem w łazience?

    *Wydaje Ci się to dziwne? Masz rację! Ten upalny dzień nie do końca wyglądał w ten sposób 🙂 Tak czy siak, kosmetyki posprzątałam i teraz mam czas na relaks.

    Minimalizm

    Mini-inspiracje #1

    Wraz z nowym miesiącem czas na nową poniedziałkową serię wpisów na temat minimalistycznych inspiracji.

    Dziś pokażę Wam, jak i dlaczego warto żyć ja kilkunastu metrach kwadratowych, o gotowaniu za kilka złotych oraz o tym, w jaki sposób dołączyć do kooperatywy spożywczej.

    Jak żyć na kilkunastu metrach kwadratowych 

    Minimalizm to styl życia. Nie chodzi tylko o pozbycie się nadmiaru przedmiotów z własnego otoczenia, ale o postawienie siebie przeciw systemowi powszechnego konsumpcjonizmu. Kupujemy coraz więcej, mieszkamy w większych domach, by zmieścić w nich nasz dobytek. Domy wynajmujemy za gruby miesięczny czynsz lub spłacamy niemałą ratę kredytu, by to wszystko utrzymać. Zamiast wyrzucać z szaf zbędne ubrania, kupujemy większe szafy. Przykłady można by mnożyć.

    Niektórzy mają jednak odwagę pójść pod prąd i zbudować swój własny mały dom bez pomocy kredytu. Trend projektowania i konstruowania mikro-domów na kółkach (i nie tylko) rozprzestrzenił się już na całym świecie, a szczególnie tam, gdzie kupno ziemi jest bardzo drogie, a o kredyt trudno.
    Oglądając ten film  zadziwiałam się, jak bardzo mała przestrzeń może być funkcjonalna, jeśli tylko jest dobrze przemyślana.

    Pomysł z oddzieleniem kuchni od łazienki ruchomą tkaniną przepinaną na suficie może być z powodzeniem wykorzystywany w małych blokowych mieszkaniach, gdzie chcemy wydzielić przestrzeń w pokoju dla dziecka lub oddzielić garderobę od sypialni/salonu.

    Schowki w każdym możliwym miejscu – w nogach łóżka, pod małą kanapą, w zakamarkach łazienkowych czy kuchennych ścian – to wszystko służy ergonomicznemu wykorzystaniu każdej wolnej przestrzeni.

    Co ważne, autor tej przyczepy na kółkach sam nie chce się przywiązywać do przedmiotów i do mieszkania, za które miałby płacić wieloletni kredyt. Domek wyposażał w sprzęty kupowane często na wyprzedażach lub specjalnych okazjach. A dzięki oszczędności w wypełniające go przedmioty – jak sam mówi – odzyskał swoją wolność.

    Living Big In A Tiny House – polecam ten projekt każdemu zainteresowanemu własnymi czterema kątami o małej powierzchni. Autorzy prowadząc rozmowy z budowniczymi swoich mikro domostw sami tworzą swoją niebanalną przyczepę, w której mogliby zamieszkać. Znajdziecie tu dużo wskazówek, DIY i ciekawych inspiracji. Aż sama mam chętkę na własnego vana z kuchnią i łóżkiem!

    Gotowanie za 1 euro


    Jeśli mieszkasz w Poznaniu, przyjdź do Kontenerów nad Wartą i weź udział w warsztatach rozpoczynających Kolaż kulinarny – czyli bogactwo smaków ubogiej kuchni. Jest to projekt, w którym kilka osób wybierze się z Polski do Frankfurtu n/Menem, a potem do Słowacji, by gotować z ludźmi, którymi spotka proste wegetariańskie potrawy. Celem wspólnego gotowania ma być przede wszystkim pokazanie, że dobra kuchnia może być tania, a pożywny posiłek może w powodzeniem kosztować 1 euro. Kolejnym etapem projektu będzie stworzenie rysunkowej książki kucharskiej zrozumiałej dla każdego bez względu na język, którym się posługuje.

    Zainspirowani? Wejdźcie tu i dowiedzcie się więcej.

    Zdrowa żywność nie ze sklepu

    Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd wziąć prawdziwą ekologiczną żywność, nie musząc płacić za nią połowy wypłaty miesięcznie? Kooperatywy spożywcze są doskonałym jej źródłem. Warto rozejrzeć się w internecie, czy istnieje jakaś w Twojej okolicy i poczytać o warunkach przystąpienia, co nie zawsze jest tak proste jak wstąpienie po zakupy do sklepu.

    Ja zasięgnęłam opinii i jutro jadę na ul. Libelta, gdzie swoje produkty sprzedaje Poznańska Kooperatywa Spożywcza

    Ekologiczne warzywa też mogą być bez certyfikatu. Wystarczy poszukać dostawców.

    Spółdzielnia działa na zasadach demokratycznych. Każdy nowo przyjmowany uczestnik deklaruje się pomagać przy dostawach produktów przynajmniej raz w roku. Warzywa i nabiał – bo to dostaniecie od współpracujących rolników – dostarczane są co tydzień w to samo miejsce o tej samej porze. Do każdego zamówienia doliczana jest złotówka na tzw. fundusz gromadzki.

    Podoba się Wam taki pomysł? Ja spróbuję 🙂

    Minimalizm Styl życia

    Konsumujesz? Nie chcesz myśleć o śmierci

    konsumpcjonizm, etyka, minimalizm

    Kupujesz w każdym momencie swojego życia. Wstajesz rano, idziesz po mleko i chleb, by zaspokoić swoją potrzebę. Wracasz z pracy, wstępujesz do sklepu po pozostałe zakupy – i wsiąkasz na dodatkowych kilku stoiskach, które mamią promocjami. Wywołują u Ciebie pragnienie, które chcesz zaspokoić. 

    Wracasz do domu, po kolacji doświadczasz wyczekanego odpoczynku. Zasiadasz na wygodnej kanapie, włączasz telewizor i wsysasz świetnie zrealizowane reklamy, generujące u Ciebie życzenie posiadania więcej. Możesz ten czas spędzić surfując po internecie, gdzie Wielki Google podpowie, na co jeszcze możesz mieć ochotę i gdzie najtaniej to kupić.

    ograniczam się
    Źródło: elephantjournal.com



    Człowiek, istota społeczna

    Jesteśmy częścią społeczeństwa konsumpcyjnego, czy tego chcemy czy nie. System kapitalistyczny ewoluował w ten sposób od swego początku w XIX wieku, że już nie tylko musimy zaspokoić swoją potrzebę, ale pragnienie jej zaspokojenia utrzymywać cały czas na wysokim poziomie. Sama pogoń za króliczkiem wywołuje u nas największe emocje, a gdy go złapiesz, odkładasz na bok i zaczynasz się rozglądać za następnym.

    Tak jak Don Juan, przywoływany przez Zygmunta Baumana w „Społeczeństwie w stanie oblężenia”, dla którego esencją życia było uwodzenie kobiet, a ich zdobycie oznaczało spadek emocji i rozpoczęcie nowej pogoni za kolejnym obiektem westchnień, tak współczesny uczestnik życia społecznego goni za coraz to nowymi produktami, po to, by za kilka chwil wymienić je na jeszcze nowsze, bardziej zaawansowane, natychmiast niezbędne.

    W społeczeństwie konsumpcyjnym konsumpcja stanowi cel dla siebie i sama się napędza. Tradycyjna psychologia definiowała „potrzebę” jako stan napięcia, które w końcu się rozładowuje i zanika., gdy tylko potrzeba zostaje zaspokojona. Natomiast „potrzeba” pobudzająca członków społeczeństwa konsumpcyjnego, przeciwnie, ma podtrzymywać napięcie – i coraz bardziej się wzmagać. (…) Społeczeństwo konsumpcyjne głosi niemożność zaspokojenia i własny postęp mierzy stale rosnącym pożądaniem.*

    Potrzeba czy pragnienie

    Przez wieki nasz styl życia zmienił się na tyle, że z łatwością przychodzi nam zaspokajane naszych potrzeb, zdobycie pożywienia nie spędza nam snu z powiek. Nowym elementem, któremu naprzeciw wychodzi rynek, jest uświadomienie nam naszych materialistycznych pragnień, po to, by machina produkcji i handlu nieustannie się nakręcała, a my mieli jasny i łatwo osiągalny cel rozdysponowania naszej miesięcznej wypłaty.

    Duchem poruszającym aktywność konsumpcyjną nie jest zespół wyartykułowanych, a co dopiero stałych, potrzeb, lecz pragnienie – zjawisko o wiele bardziej ulotne i efemeryczne, nieuchwytne i kapryśne.

    Co więcej, samo wyprodukowanie towaru czy usługi nie pochłania tyle środków, ile wykreowanie samej potrzeby ich posiadania. Natomiast sprawienie, żebyśmy tkwili w stanie lekkiego uśpienia czy otumanienia naszymi nowymi 'potrzebami’ jest jednym z najwyższych i jakże trudnych celów do osiągnięcia przez współczesnych graczy na rynku.

    Czego pan sobie życzy?

    Konsumpcjonizm (…) jest ufundowany (…) na wyzwalaniu życzeniowych fantazji

    ograniczam się
    Źródło: ehow.com


    Życzymy sobie jachtu w turkusowym kolorze? Proszę bardzo, znajdzie się producent, który sprosta naszym zachciankom.

    Marzysz o samochodzie z jeszcze większym bagażnikiem na swój dobytek? A owszem, producenci aut już o tym pomyśleli.

    Koncert życzeń wśród rzeczy, które możemy kupić, jest nieprzebrany i niekiedy zadziwiający. A my omamieni kolorowymi wystawami w galerii handlowej i reklamami lepszego życia idziemy za tłumem będąc składową wielkiej siły nabywczej.

    Ogłupiony konsument

    Klienci/konsumenci kreowani są (…) na ofiary zbiorowego uszkodzenia mózgu: naiwne, ogłupione ofiary zbiorowej hipnozy.

    Czy aby na pewno jesteśmy tacy głupi, że dajemy się nabrać reklamom? Według Baumana współczesny konsumpcjonizm, tak ulotny i rozhulany, oparty jest na zagłuszaniu zakupami tego, co w życiu ważne, a o czym obawiamy się myśleć.

    Śmierć, choroby, problemy w małżeństwie, dziecko, które się 'dziwnie zachowuje’ – o tym wszystkim wiemy, że jest, ale boimy się zatrzymać na chwilę, by pomyśleć, porozmawiać, przeanalizować. Zagłuszamy poważne sprawy błahymi uciechami i nie czyni nas to ani o krztynę lepszymi ludźmi.

    ***

    Nie wzywam Was teraz, żebyście codziennie myśleli o swoim końcu. Chcę, żebyście byli świadomymi konsumentami. Zapomnijcie o pożądaniu nowego zegarka, przestańcie żyć marzeniami o nowej sukience. Zaspokajanie potrzeb jest wystarczające, żeby żyć wystarczająco dobrze. A pozostały czas i energię przełóżcie na to, co dla Was wartościowe.

    Oto prawdziwy sens ograniczania się.

    * Wszystkie cytaty pochodzą z książki Zygmunta Baumana „Społeczeństwo w stanie oblężenia”, wyd. Sic!, Warszawa 2006

    Książki Minimalizm

    5 rzeczy, które mnie zdziwiły w Sztuce Prostoty

    Przeczytanie książki w czasie krótszym niż miesiąc to dla mnie sztuka. Etat podwójnej mamy, prowadzenie domu (było nie było na spółę z mężem), ale i prowadzenie bloga i bycie zawsze na czasie z blogowymi nowinkami nie pozostawia mi zbyt wiele czasu na słowo drukowane.

    Pierwszeństwo mają sobotnie Wysokie Obcasy, o których już wcześniej pisałam. Dopiero potem, jeśli wieczorem mam jeszcze czas i energię sięgam po książkę. A stosik nieprzeczytanych pozycji uzbierał się już całkiem pokaźny.

    Nie mniej jednak, moje życie prywatne zostawiam w tle, a przejdę do sedna, o którym mam zamiar napisać i się niejako pochwalić. Tak, udało mi się skończyć książkę! Dwa miesiące delektowania się naprawdę dobrą lekturą, zdobytą dzięki uprzejmości Gosi, z już podkreślonymi co trafniejszymi myślami, z rogami już lekko pozaginanymi. Pożyczona książka o minimalizmie to jego kwintesencja, czyż nie?

    Czym jest sztuka prostoty?

    Mowa o „Sztuce prostoty” Dominique Loreau. Nic nowego. Starzy wyjadacze minimalizmu i życiowej ascezy mają ją już pewnie w małym paluszku. Ja dopiero ją odkryłam i chciałabym podzielić się z Wami pięcioma zaskakującymi stwierdzeniami, o których pisze autorka.

    ograniczam się z Dominique Loreau
    Mój egzemplarz przeszedł już wiele. Dzięki temu jest tak wartościowy.

    O czym jest Sztuka Prostoty

    W wielkim skrócie dla tych, którzy jednak o „Sztuce prostoty” nie słyszeli, autorka, z pochodzenia Francuzka, podczas wyjazdu do Japonii zainspirowała się filozofią Zen oraz dalekowschodnim stylem życia i zachęca zachodnich współbraci, a w zasadzie -siostry, bo książka ewidentnie jest kierowana do kobiet, do zmiany nawyków po to, by ich życie było lepsze i pełniejsze. Wydana po raz pierwszy w 2005 roku (w Polsce 2008) jest jednym z manifestów współczesnej edycji życiowego minimalizmu.

    Dominique Loreau zaczyna od ograniczania się w ilości posiadanych przedmiotów, które w efekcie ma nam przynieść wolność, oszczędności i… wzmożone wrażenia estetyczne, które uszlachetniają duszę. Następnie zajmuje się tematem ciała, któremu powinniśmy poświęcać słuszną ilość czasu, dbać o nie w odpowiedni sposób, by dłużej wyglądać i czuć się młodo, podobnie do Japonek, które nie miewają z tym problemu. Sposób życia czy geny? To pozostanie zagadką. Po trzecie – autorka wzywa: skoncentrujmy się na naszym umyśle, na wnętrzu. Dbajmy o dobre relacje z wyjątkowymi ludźmi, medytujmy, wprowadzajmy samodyscyplinę, czyli moje ulubione ograniczanie się.

    japoński dzik
    Źródło: www.hanga.com

    5 zastanawiających rzeczy u Dominique Loreau

    Co wyjątkowego przykuło moją uwagę? Kilka elementów, które niekoniecznie są sednem całej opowieści, ale w szczególny sposób zapadły mi w pamięci

    1. We wnętrzach mieszkań, jak i w naszych ciałach rządzi życiodajna energia Czi*. Pomieszczenia o ostrych kątach (czyli praktycznie 99 proc. mieszkań w Polsce) powinny być łagodzone roślinami o okrągłych liściach. Czi odbija się od ostrych kątów, a takie rośliny pomagają jej u nas pozostać.

    Moja uwaga: Czi czy nie Czi, podświadomie stosuję się do tej zasady, dbając o to, by w domu stało coś zielonego, najlepiej o zaokrąglonych liściach – fikus albo storczyk. Może to tkwi w naszej naturze, że chcemy okrągłych roślin?

    2. Czi nie lubi ostrych narzędzi. Wszystkie noże i ich krewni powinny być pochowane w szufladach, by nie kroić Czi na kawałki.

    Moja uwaga: coś w tym jest. Wolę nie mieć noży na wierzchu, gdy dzieci biegają po domu, mąż wraca zły z pracy, a zupa mogła być za słona. Lepiej niech nóż czeka w szufladzie na krojenie ziemniaków.

    3. Suche lub podwiędłe kwiaty oraz zepsute jedzenie pochłania dobre Czi. Powinniśmy się ich pozbywać jak najszybciej to tylko możliwe. Poza tym patrzenie na umierające rośliny wysysa z nas energię i podświadomie przypomina o nieuchronnej śmierci.

    Moja uwaga: zwiędlakom i suszkom mówię out! Nie dość, że wydzielają zbyt intensywną woń w wazonie, to jeszcze zbierają kurz i przenoszą roztocza. Jedni wolą o śmierci nie myśleć, inni się z nią oswajać, także ten element pozostawię do indywidualnej interpretacji.

    4. Ciało codziennie masuj szczotką z włosia dzika. Na sucho. Poprawia to krążenie, ściera martwy naskórek, nadaje skórze witalności, a przy okazji pomaga w walce z cellulitem (dla mężczyzn trzy pierwsze zalety wystarczą).

    Moja uwaga: od razu zaczęłam się zastanawiać, dlaczego dzik a nie tworzywo sztuczne? Oraz czy w Japonii też są dziki i też straszą dzieci przy promenadzie podczas wakacji i czy to dlatego potem z nich robi się szczotki. No ale – z guru minimalizmu się nie dyskutuje. Widocznie dzik masuje najlepiej. Może szczecina ma idealną twardość, a może odpowiedni ładunek elektromagnetyczny? Czy ktoś wie, o co chodzi z dzikiem?

    5. Pisz, by rozwijać swoją osobowość. Jeśli masz w sobie myśli, które wymagają analizy, zacznij je zapisywać. Wówczas ma miejsce proces, w którym klarują się idee, a Ty zaczynasz rozumieć sam(-a) siebie.
    Autorka dodaje: „gdy tylko jesteś przekonana do jakiejś idei, zniszcz wszystko, co napisałaś. Powinny pozostać jedynie wrażenia, które ta idea pozostawia w tobie.” Powinniśmy zachowywać jedynie notatki dotyczące pozytywnych przeżyć, żeby podświadomie generowały nowe tego typu momenty.

    Moja uwaga: to niszczyć czy zachowywać? Rozumiem niszczenie notatek, które prowadzę sama ze sobą w trakcie autoanalizy lub terapii z psychologiem. Ale zapiski do pamiętnika? Czy życie nie składa się z różnokolorowych chwil, tych lepszych i gorszych? Czy mamy świadomie zrezygnować z tych szarych i udawać, że ich nie było? Popieram zachęcanie do pisania, bo – tak jak Dominique – uważam, że każdy to potrafi, ale powątpiewam w izolowanie ciemnej strony naszego życia.

    Źródło: www.hanga.com

    „Sztukę prostoty” jednakowoż polecam każdemu, kto chce zacząć lub kontynuować swoją przygodę z minimalizmem i jest otwarty na dalekowschodnie idee oraz na zmianę swojego stylu życia.

    A odpowiedzi na powyższe pytania? No cóż, może któraś z Waszych mądrych głów mnie w tym wesprze?

    *Czi, a w zasadzie 'chi’, 'ki’ lub 'qi’ w wierzeniach kultur dalekowschodnich jest niewidzialną, życiodajną energią, która krąży w ciele człowieka, ale też roślin, zwierząt, zjawisk przyrody i w świecie materialnym. Powinno się dbać o jej prawidłowy przepływ, tak by nic go nie zakłócało. Stąd filozofia feng shui, czyli takiego projektowania wnętrz, by dbać o należyte zachowanie Czi.

    Styl życia

    Muzyczna środa #1, czyli w czym nie warto się ograniczać

    Dobra muzyka jest – jak czyste powietrze i woda – niezbędna do życia i powinna wypełniać każdy dom swymi dźwiękami, tworząc jego wyjątkową atmosferę.


    Boję się o niej pisać, bo mam do niej emocjonalny stosunek, ale przez kilka ostatnich lat bardzo ją zaniedbałam. Lubimy się od dawna, nasza przyjaźń kwitła od najmłodszych lat. Odkrywałam ją w magnetofonie Kasprzak, walkmenie przywiezionym z NRD, odtwarzaczu CD, a potem MP3. Zawsze była pokarmem mej duszy, tematem do rozmów, wytyczała rytm dnia i nocy.

    Nośniki, które były mi najlepiej znane, to kaseta magnetofonowa i płyta CD. Kolekcja ustawiała się w moim pokoju na specjalnie przeznaczonej dla nich półce, kasety miały swoje plastikowe stojaki, potem płyty dostały nowe w formie z cieńszymi przegródkami. Przy każdej wizycie znajomych nawiązywała się dyskusja o tym lub innym albumie, przy której często dochodziło do wymiany. Bo jak się zdobyło dobrą muzykę to było coś najcenniejszego w życiu. A zdobyć można ją było na wiele sposobów.

    Kasety kasetowe 

    Pierwszą kasetę kupiłam na początku lat 90. na stoisku na rynku z prawdopodobnie nielegalną, bo niehologramowaną muzyką, na którym pracowała moja dużo starsza kuzynka. Zbierałam plakaty, słuchałam MTV, a uzbierane skrzętnie pieniądze wydawałam na ryneczku na kasety. Ceniłam je bardzo i nie potrafiłam zrozumieć, jak nasz osiedlowy dziwak krzyczący 'Kasety kasetowe, mam kasety kasetowe, zbieram kasety!’ i rozciągający taśmę po całej ulicy mógł tak obrazoburczo z nimi postępować.

    Pierwsze sidiki

    Dobrze pamiętam moment, w którym kupiłam swoją pierwszą płytę CD. Po długich negocjacjach z rodzicami udało mi się wybrać upragnioną wieżę hi-fi z dużymi głośnikami i obrotowym zmieniaczem płyt. Problem tkwił w tym, że do tej pory żadnej płyty nie miałam. Wybrałam się więc do sklepu muzycznego i tam po wielogodzinnych przesłuchaniach z 50 złotymi w spoconej dłoni zdecydowałam, że to Chemical Brothers z albumem 'Brothers gonna work it out’ będzie się pierwszy obracał. Nie żałuję, bo po latach nadal mi służy i przypomina o początkach mojej fascynacji.

    Muzyczny postęp?

    Z wirtualną muzyką jest już inaczej. Postęp i zmiana technologii sprawiły, że muzyka zajmuje mało miejsca, jest ogólnodostępna, łatwa do zdobycia w sieci, ale też łatwa do podrobienia i niezwykle łatwa do schrzanienia. Dzięki programom komputerowym i domowym syntezatorom może ją wyprodukować każdy, kto ma na to ochotę. Oczywiście plusem jest to, że każdy ma teraz okazję zostać muzykiem, odkryć swoje talenty i stworzyć coś wyjątkowego siedząc w domu za biurkiem. Druga strona monety jest jednak przygnębiająca. Muzyka przestała być komponowana. Zapomniano, czym jest aranżacja. Dźwięki, które są produkowane, składają się w proste takty na cztery, tak by nóżka ładnie chodziła, a paluszek stukał. Równe, ostre 'pam pam pam pam’, żeby przypadkiem nie wypaść z objęć umięśnionego typa na parkiecie. Liryka tekstów uproszczona do
    ’Lubię kiedy muzyka wkoło gra
    Wszyscy wtedy śpiewają lalala’
    albo
    ’A jak wygram w toto-lotka
    wtedy wpuszczę cię do środka’
    raz usłyszane nie chce wyjść z głowy. Myję zęby i nucę, po czym łapię się na tym, że jak wygra, to mam go wpuścić. Pojawia się odruch wymiotny, zimna woda na twarz i nerwowe szukanie płyty na stojaku na zabicie częstochowskich rymów w głowie.

    Ołtarzyk

    Mam stojak, a w zasadzie półkę na płyty, która zajmuje centralne miejsce w moim domu. Traktuję to jako element mojej tożsamości, tak jak półkę z książkami, która stoi tuż obok. To miejsce niczym ołtarzyk, z którego czerpię życiodajną siłę. I nie ufam teoriom, że jest muzyka dla dzieci i dla dorosłych. Od początku karmiłam synka Milesem Davisem i rumuńskim jazzem z lat 70. i dzisiaj pytany, jaką muzykę mu włączyć z radością wykrzykuje 'Jazzik!’.

    A ja na to jak na lato

    Gdy kilka dni temu szukałam czegoś, co pasowałoby na upalny letni dzień, automatycznie nasunęły mi się trzy pozycje, które przenoszą ogromny ładunek emocjonalny.

    1. Santana – 'Abraxas’ – ze słynnym ’Oye como va’, które zawsze będę kojarzyć z koloniami w Międzywodziu i barem Blue Note na przyplażowej skarpie. Siedzimy grupą dzieciaków wieczorem, słońce zaczyna zachodzić, pijemy zimną oranżadę, a z głośników wydobywają się charakterystyczne dźwięki gitary. Niezawodnie mnie relaksuje każdego lata, a zimą przywołuje wspomnienia gorących nadmorskich wieczorów.

    2. Kamp – 'Kamp!’ – album, który pokochałam od pierwszego przesłuchania, jest moim sztandarowym elementem letnich podróży. Droga pokonywana w rytmie Cairo czy Heats przesuwa się niczym magiczna nić, drzewa śmigają na prawo i lewo, chmury lekko przykrywają zachodzące słońce, a na mojej twarzy pojawia się uśmiech.

    3. 15 minut projekt – ciekawe, czy ktoś pamięta tę produkcję Kayaxu z 2003 roku? Album wyprodukowany przez Jana Młynarskiego (perkusja) i Michała Króla (klawisze) pachnie późnowieczornym lekko schłodzonym powietrzem o słodkim aromacie balkonowych surfinii. Do tego lampka zimnego białego chardonnay i tworzy się wieczór idealny. Może Soca? Bo to miłości jest czas…

    Tylko 3 albumy i wybrane 3 utwory na to lato. A moja miłość do muzyki mam nadzieję, że znowu znajdzie swój czas po odkopaniu się z pieluch i butelek. Przepraszam. I obiecuję poprawę.

    A Ty pamiętaj, że z muzyką warto się ograniczać tylko do tej najlepszej, a kiepską traktować jako ciekawy z socjologicznego punktu widzenia folklor. Niech tak pozostanie.

    Może też masz swoje muzyczne inspiracje na lato? Chętnie posłucham 🙂

    Książki

    Inspirująca sztuka prostoty

    Już miesiąc temu pożyczyłam „Sztukę prostoty” Dominique Loreau i delektuję się jej powolnym czytaniem. Jest to książka niezwykle inspirująca, prawdopodobnie jedna z biblii minimalistów, z której wywodzi się wiele życiowych prawd o dobrym, prostym, spokojnym i szczęśliwym życiu.

    Nie będę tu recenzować całej pozycji, bo jestem jeszcze w trakcie czytania, ale wymienię 5 rzeczy, które może i Ciebie zainspirują na najbliższy tydzień, a może spodobają się Tobie tak bardzo, że staną się częścią Twojego stylu życia.

    Tym razem nie będą to rady o materialistycznym ograniczaniu się, ale o naszej cielesności, dobrych nawykach, które pomogą nam żyć zdrowiej.

    1. Jedz posiłki wielkości swojej zaciśniętej pięści. Nasz żołądek jest takiego właśnie rozmiaru i każdy większy posiłek jest dla niego zbędnym obciążeniem. Nie męcz go.

    2. Jedz mięso raz – dwa razy w tygodniu. Okazuje się, że białko z mięsa jest dla nas ciężkostrawne. Zużywamy na strawienie go zbyt dużo energii, którą moglibyśmy wykorzystać na inne czynności prowadzące do zwiększenia naszej życiowej witalności. Mięso zastąp sycącymi jarzynami, owocami, ryżem.

    3. Pij co najmniej 15 minut po posiłku. Napoje pite w trakcie posiłków prowadzą do dezorientacji żołądka. Rozrzedzają soki trawienne, przez co spożywane przez nas jedzenie nie zostanie do końca strawione. Pij dużo, ale miedzy posiłkami.

    4. Unikaj produktów przetworzonych. Im bardziej przetworzone jedzenie, tym mniej wartości odżywczych posiada. Staraj się kupować produkty w swej pierwotnej formie i obrabiaj je w jak najmniejszym stopniu. Wówczas spożyjesz witaminy i minerały w najlepiej przyswajalnej postaci.

    5. Regularnie uprawiaj ruch. Ćwicz, spaceruj, biegaj, pływaj, uprawiaj jogę lub inną ulubioną przez Ciebie formę ruchu. Spraw, by był on w harmonii z Twoim rytmem dnia. Nie wykonuj ćwiczeń ponad swoje siły, ważne, by wyrobić w sobie dobry nawyk. Na początek spróbuj od regularnych spacerów i ćwiczenia mięśni brzucha. Wykonuj ćwiczenia przez najbliższych 21 dni tak, by weszły Ci one w krew. Słuchaj przy tym ulubionej muzyki, a gwarantuję, że tak spędzony czas sprawi Ci wiele przyjemności, odpręży Cię i doda sił witalnych.

    ograniczam się

    Te 5 zasad będzie mi przyświecało przez najbliższy tydzień. Postaram się lepiej odżywiać i uprawiać regularnie lekkie ćwiczenia.

    A jakie są Twoje ulubione formy ruchu? Może masz sprawdzone zasady zdrowego odżywiania, które uważasz za esencję swojego stylu życia?

    Styl życia

    Wolna niedziela

    Cześć, jak się masz w tę piękną lipcową sobotę? Piszę do Ciebie wbrew swojej woli, bo obiecałam sobie, że coraz więcej weekendów będę spędzała offline. Siedziałam na wygodnej kanapie z książką w ręku wsłuchując się w świerszcze grające w ogrodzie, aż zaczęła mnie męczyć myśl, co słychać w sieci pod moją nieobecność.

    Gonię

    Łapię się na tym, że chcę gonić za wszystkim, co online, udzielać się w mediach społecznościowych, na maile odpowiadać natychmiast po ich otrzymaniu, podobnie z komentarzami do bloga. Sprawia to, że nie mam chwili na dokończenie lektury, o której w końcu chcę napisać! Dwoję się i troję bawiąc z dziećmi, jednocześnie rozmawiając z mężem, podczas gdy jednym okiem łypię na smartfona, by przeklikać wszystkie nowe notyfikacje. Męczy mnie takie rozdwojenie jaźni pomiędzy światem wirtualnym i realnym. Postanowiłam więc blogowi i internetowi poświęcić określony czas w tygodniu, stonować moje bycie online po to, by więcej przeżywać w świecie rzeczywistymi.

    Jeden dzień offline

    Do jednego dnia offline wzywałam Was już jakiś czas temu na moim blogu. Pojawiały się komentarze, że jest to dla Was zbyt trudne, ponieważ internet jest dla wielu jedynym kontaktem ze znajomymi lub rodziną, która jest daleko. Ponieważ prowadzicie własny biznes w sieci, a dzień bez dbania o klientów działa na Waszą niekorzyść. Powodów może być mnóstwo, każdy ma swój własny. Ja jednak jestem zdania, że dzień lub cały weekend offline może być oczyszczającym wydarzeniem w Waszym życiu, a z czasem nawet zdrowym rytuałem.

    Metafora?

    Tydzień temu oglądaliśmy rodzinnie film animowany „Wall-e”. Pewnie większość z Was go widziała jak tylko ukazał się pierwszy raz w kinach. Ja dopiero teraz nadrobiłam zaległości i poznałam sympatycznego robota i jego miłość, Evę. Na opustoszałej ziemi Wall-e zajmował się porządkowaniem ton śmieci pozostawionymi wieki temu przez ludzi, którzy ostatecznie opuścili planetę, by dryfować w przestworzach na gigantycznym statku kosmicznym wyposażonym niczym karaibski wycieczkowiec. Moją uwagę przykuła scena, w której otyła – jak wszyscy inni zresztą – kobieta jedzie hipernowoczesną kolejką nie przestając rozmawiać z kimś przez hologramowy ekran. Nie zwraca uwagi na to, co się dzieje przed nią, na ludzi, którzy wokół niej siedzą, na to, gdzie się znajduje i co ją otacza. Ekran i to, co na nim się dzieje, wszelkie wiadomości i reklamy skupiają całą jej uwagę. Dopiero Wall-e, który wyłącza hologram, po to by przeprosić i przejść do Evy, wywołuje u kobiety szok i zdziwienie otaczającym ją światem. Dostrzega uczucie łączące dwa roboty,  dźwięki i obrazy dookoła, innych ludzi. Dotyk zaczyna w niej wzbudzać emocje, o których posiadaniu zapomniała żyjąc w kompletnie zdigitalizowanym świecie, pozbawionym jakiejkolwiek refleksji.

    Wall-e to wielka metafora, ale i futurystyczna przepowiednia tego, co może się z nami stać, jeśli całe życie spędzimy na wpatrywaniu się w nasze ekrany. A otacza nas ich coraz większa ilość.

    Wyłącz wtyczkę

    Zachęcam więc Was, przeżyjmy coś naprawdę. Wyłączmy w niedzielę wtyczki i spędzajmy czas w ulubiony sposób, byle z dala od telefonu i komputera. W poniedziałek możecie się ze mną podzielić wrażeniami na temat tego, co przeżyliście. Może niedziela offline spodoba się Wam tak bardzo, że zechcecie uczynić z tego cotygodniowy zwyczaj.

    Is it too much to ask for?


    Podejmuję #WyzwanieMinimalistki z Simplicite.pl. A Ty?

    Książki Porządki

    9 sposobów jak wyrzucać gazety

    Jak wyrzucać gazety
    Moja przygoda z minimalizmem, życiem z mniejszą ilością rzeczy trwa już dobrych kilka miesięcy. Przez ten czas mój światopogląd ulegał stopniowej, acz stanowczej zmianie. Z osoby kupującej zbyt dużo i często stałam się zwolenniczką oszczędzania i oczyszczania mojej przestrzeni ze zbędnych przedmiotów.
    Nie chcę być niewolnikiem tego, co posiadam. Chcę, żeby przestrzeń, w której żyję dawała mi radość i wolność. Żebym mogła w niej swobodnie oddychać, a rozglądając się wokół nie czuć irytacji za każdym razem, kiedy zobaczę…

    Stosy gazet

    No własnie, co? Jest jeszcze kilka rzeczy i miejsc w moim domu, z którymi nadal się borykam. Kiedy tylko rozglądam się po salonie, w różnych jego miejscach spostrzegam gazety. Magazyny z błyszczącymi okładkami jeszcze ponoć 'ubierają wnętrze’, jak to usłyszałam w telewizyjnym programie o stylizacji mieszkań, choć gromadzenie ich dla ozdoby wydaje mi się próżnością. Matowe wydania dzienników już go nie ubierają, lecz potęgują wrażenie nieładu, gdy występują w nadmiarze. A u nas występują. Przyznaję się, jestem zbieraczem gazet.

    Weekendowy rytuał

    Co sobotę kupujemy Gazetę Wyborczą, wydanie weekendowe z Wysokimi Obcasami. Tak jak parówki na śniadanie (wiem, że niezdrowe, ale każdy ma swoje małe grzeszki), a do nich keczup i musztarda, tak Gazeta jest dla nas znakiem, że zaczął się weekend. Nie ma soboty bez porannej lektury papierowego wydania. Dobra gorąca kawa, szelest przewracanych stron i intensywny zapach druku to znak, że jestem w domu. Nie ważne, czy rzeczywiście w moim poznańskim, ważne, że mój rytuał jest zachowany.
    Tygodni w roku jest 52, w tym mieszkaniu jesteśmy już trzy lata. W prostym rozrachunku daje to plus minus 156 przeczytanych numerów, które zalegają w różnych kątach i zakamarkach.

    Dlaczego kocham Wysokie Obcasy

    Jakkolwiek z głównym wydaniem Gazety rozstajemy się zwykle bez sentymentów (choć i tak z kilku- lub kilkunastotygodniowym opóźnieniem), tak los Wysokich Obcasów jest zupełnie inny. Do każdego numeru mam stosunek nader emocjonalny. Dla mnie ta gazeta jest jedną z niewielu na rynku, która kosztując tak niewiele daje nam – kobietom i mężczyznom – tak wiele. Małżeńskie porady, wychowywanie dzieci, problemy społeczne, literatura, trendy, ale też tematy niewygodne, kontrowersyjne, równościowe, nieszablonowe – o tym wszystkim dyskutujemy podczas śniadania lub wieczornego nicnierobienia. To nas zastanawia, rozwija, często inicjując wewnętrzną zmianę.

    Tam po raz pierwszy przeczytałam o minimalizmie w artykule „Zminimalizowani. Mało przedmiotów dużo swobody?„, czy choćby w kolejnym „Miej mniej, gdy chcesz więcej”. Ale inspiracji w WO jest o wiele, wiele więcej! Każda sekcja mnie zachwyca i pobudza do rozwoju samej siebie.

    To dlatego wiele razy siłą wyrywałam stare numery z rąk męża, który (może i słusznie) myślał już o ich wyrzuceniu. Nie wiem, co by mnie mogło zmusić do pożegnania się z nimi. Chyba szantaż o życie mojego dziecka albo… zmiana mojego światopoglądu, która właśnie nastąpiła. Myśl minimalizmu i czyszczenia przestrzeni padła na żyzny grunt, ziarenko wykiełkowało, dojrzało po to, by stawić czoło gromadzonym papierom zbierającym kurz. Bo koniec końców to, co przeczytałam, już mnie ukształtowało i we mnie zostanie. Skorupkę w postaci tysięcy zadrukowanych stron można oddać na makulaturę, a do ulubionych artykułów mogę wrócić online.

     

    Stojak z gazetami ukrywał przeróżne wydania gazet, w tym radosną twórczość mojego synka

    Jak wyrzucać gazety?

     

    1. Do wyrzucania gazet zabierz się raz, a dobrze. Zaplanuj sobie jeden dzień, w
      którym się tym zajmiesz. Nie przeciągaj, nie odkładaj na później.
    2. Zidentyfikuj wszystkie miejsca w domu, w których gazety zalegają. U mnie to
      stolik i stojak w salonie oraz stojak w sypialni.
    3. Zbierz je w jedno miejsce, by zobaczyć, ile ich jest
    4. Posegreguj według tytułów lub kategorii
    5. Zastanów się, czy którąś z nich z wyjątkowych powodów chcesz zostawić
    6. Nie chcesz! Żartuję 🙂 Jeśli chcesz, odłóż ją na bok. W przypadku, gdyby takich numerów znalazło się zbyt dużo, przejrzyj je jeszcze raz krytycznym okiem i zredukuj stosik lub wytnij ulubione artykuły i zachowaj w specjalnie do tego przeznaczonej teczce.
    7. Przyszykuj mocne torby do spakowania ładunku.
    8. Pomachaj, powiedz kilka miłych słów za radą Marie Kondo – w końcu trochę u Ciebie mieszkały
    9. Wynieś gazety na makulaturę!

    Do wyrzucania gazet najlepiej podejść krytycznie i bez sentymentów, podobnie jak przy pozbywaniu się ubrań z szafy. Im dłużej będziesz się zastanawiać, tym bardziej gazeta będzie chciała u Ciebie zostać na dłużej. Podejmuj stanowcze
    decyzje, a dzięki temu Twój dom zyska dodatkową przestrzeń i porządek, na który miło się patrzy.

    Czy Ty też masz problem ze stosami gazet w mieszkaniu? A może są inne rzeczy, których ciężko jest Ci się pozbyć?
    Styl życia

    W wakacje zwolnij

    zwolnij slow life wakacje

    Follow my blog with Bloglovin

    Zabrzmiał ostatni dzwonek. Wielka radość dla niektórych, dla innych wielka niewiadoma.

    Zaczęły się masowe wyjazdy nad polskie i nie-polskie morze, autostrady się korkują, a ciała już skwierczą na plaży. Cały rok czekamy na ten czas – czas usprawiedliwionego byczenia się, szaleństwa i lenistwa. W końcu po 10 miesiącach intensywnej nauki lub ciężkiej pracy za biurkiem należy nam się czas zupełnego odreagowania w postaci rozkosznej bezczynności. Przynajmniej tak myślą niektórzy.

    Bezczynność?

    Ja twierdzę inaczej. Bez wątpienia wakacje przypadają na najlepszy czas w roku – lato, które sprzyja wyjazdom, spędzaniu czasu na świeżym powietrzu, nawiązywaniu nowych znajomości, a może graniu w gry, działkowaniu, leżeniu na kanapie. Cokolwiek robisz, cokolwiek planujesz, wiedz, że bezczynność* jest największym wrogiem każdego człowieka. Nawet jeśli nigdzie nie wyjeżdżasz, a jeszcze nie pracujesz, bo jesteś za młody/-a, spróbuj znaleźć dla siebie wartościowe zajęcie, tak by te 2 miesiące stały się dla Ciebie czasem zbierania wartościowego doświadczenia.

    Dlaczego praca

    Piszę o tym, bo po 1. cenię sobie ludzi, którzy nie narzekają na nudę i brak pracy, lecz sami biorą sprawy we własne ręce i szukają zajęcia, które ich wzbogaci. Nawet prosta praca w restauracji, barze czy sklepie może być wzbogacającym  doświadczeniem dla aspirującego studenta lub ucznia liceum. Jeśli nie zależy Ci na pieniądzach, które wakacyjna praca może Ci przynieść, zapisz się na wolontariat. Ja sama podczas studiów przez 1,5 miesiąca pomagałam w jednej z organizacji non-profit i muszę przyznać, że taka praca jest niekiedy bardziej wartościowa od stażu w dziale administracyjnym firmy przy kserowaniu notatek prezesa. Rozejrzyj się po okolicy i sprawdź, czy któraś z organizacji potrzebuje wolontariuszy na okres wakacyjny, a gwarantuję Ci, że nie tylko Twoje wnętrze się wzbogaci o nowy wymiar doświadczenia, ale i znajdzie się na nie miejsce na Twoim CV, gdy już będziesz szukać pracy na pełen etat.
    Drugim powodem, dla którego o tym piszę jest moja może banalna obserwacja, że uczymy się przez całe życie. Wszystkie nasze przeżycia, przeczytane książki, obejrzane programy, poznani ludzie, przekopane ogródki, dostarczone pizze, złamane serca, błędne wybory – sumują się i tworzą całość markowaną naszym imieniem i nazwiskiem.

    Zwolnij i pomyśl

    Zastanów się, czy jesteś zadowolony z tego, co dotychczas zebrałeś. Jeśli nie – nie martw się, życie to droga, na której w każdym momencie można zmienić kierunek. Pomyśl, co Cię uszczęśliwia i idź w tą stronę. Czasem trzeba zwolnić, by zauważyć właściwy zjazd.
    Jeśli jesteś zadowolony – gratulacje. Uważasz, że dokonujesz właściwych wyborów. Pamiętaj jednak, by nie stać w miejscu i stale się rozwijać. Nie ma nic smutniejszego niż zaprzepaszczone szanse i zmarnowane talenty. Nie łap wszystkich srok na ogon, wybierz coś, co Ci sprawia największą radość, skup się na tym i uczyń z tego swoją największą zaletę. Czas i energia, którą zainwestujesz w swój wybór przyniosą Ci ogromną satysfakcję.

    Nauka czy dojrzewanie?

    Nauka języków obcych zawsze sprawiała mi radość. Nauka tańca również. Z nauki w ogóle czerpałam wielką satysfakcję. Skończyłam oficjalną ścieżkę edukacji i nie przestawałam się uczyć. Robiłam kursy, szkolenia, wypełniałam się nową wiedzą, której czasem nie miałam nawet gdzie zastosować. Po czym przyszedł czas na zwolnienie tempa związane z ciążą i narodzinami dziecka.
    Z początku frustrował mnie brak czasu dla siebie i wolności wyborów, które przynoszą dzieci. Z czasem jednak nauczyłam się (!) tak gospodarować swoim czasem, by znaleźć chwilę dla siebie. Pisałam pamiętnik, by nie zwariować, ale też by PAMIĘTAĆ o tych jakże ulotnych chwilach z życia mojego i dziecka, czytałam poradniki, uczyłam się gotować, zgłębiałam wiedzę minimalizmu, którego nadal się uczę, wreszcie dotarłam do idei mindfullness, która zachwyca w swej prostocie, a tak naprawdę uczy cieszenia się każdą chwilą. Dzięki temu wszystkiego zdobyłam umiejętność (!) wyciskania z życia tego, co najważniejsze, koncentrowania się na jego esencji. Przestałam tracić czas na bezwartościowe znajomości i zachowania, które wysysały ze mnie energię. Skupiłam się na sobie, własnym rozwoju, na rozwoju moich dzieci.

    Inspiracja

    Chciałabym Was zainspirować, byście tego lata nie marnowali czasu na to, co Was niszczy i frustruje, ale zatrzymali się na chwilę i docenili to, co macie lub zwrócili się w takim kierunku, który przyniesie Wam mnóstwo radości i satysfakcji. Jeden odważny krok potrafi dać więcej niż zachowawcze stanie w miejscu.
    Jeśli jeszcze Was nie przekonałam, może Kimi Werner się uda. Okazuje się, że w momentach, kiedy odczuwamy niepokój, mamy ochotę przyspieszyć, może uciekać, a tak naprawdę… powinniśmy zwolnić.

    A Wy jaki macie pomysł na spędzenie tego lata? Przyspieszacie czy zwalniacie tempo?
    *Bezczynność jako lenistwo jest marnowaniem czasu i potencjału. Odróżnijmy ją od bezczynności spędzanej na spowolnieniu biegu, zatrzymaniu się i wsłuchaniu we własne myśli. Taka bezczynność jest rozwijająca, pozwala nam na zrozumienie siebie i otaczającego nas świata, co prowadzi do pogłębienia harmonii pomiędzy tymi dwoma.
    Podróże

    Trudne powroty

    Nichts ist schwerer zu ertragen als eine Reihe von guten Tagen.
    Brzmi w mych uszach niemieckie przysłowie wraz ze stukotem kół na progach zwalniających mojego osiedla. Nie ma nic trudniejszego do zniesienia niż kilka dni wolnego, myśli Johan. Myślę i ja za każdym razem, gdy wracam z urlopu.
    Czuję bolesny sens tych słów patrząc na walizki czekające na dokładne rozpakowanie, na stosy brudnych ubrań do posegregowania, na pralkę czekającą na załadowanie, na buty do wytrzepania z piasku i naczynia w zmywarce, które stojąc w niej ponad tydzień lekko zarosły pleśnią. Stres powakacyjny potęguje świadomość, że następnego dnia już nie obudzisz się w nadbałtyckim kurorcie o stalowym morzu i niebie, ale musisz ulec budzikowi i wcześnie wstać, umyć się, zrobić kanapki i pojechać do pracy.

    polskie morze latem
    50 odcieni szarości, czyli polskie morze latem

    Mimo wszystko nic nie cieszy tak jak powrót do własnego domu. Pomimo sterty gratów do poukładania w szafach, męczącej podróży i stóp spalonych jednodniowym (!) opalaniem, dom jest tym miejscem, w którym czuję się u siebie. Każda roślinka na balkonie jest moja i wita mnie żółcią zeschniętych liści i brązem podwiędłych kwiatów. Woła: Gdzieś ty była! Żądam picia, obcięcia suchych części i przesadzenia do większej doniczki! Każdy kurz jest tu mój, choć nie przeze mnie zgromadzony. Rysy na ścianach przypominają dzieciom, że tu się rysowało i poniewczasie, że nie było wolno. Telewizyjna ramówka dnia pozwala wrócić do normalności, choć jakiejś innej, bo wakacyjnej.

    Przydałaby mi się teraz wizyta Marie Kondo z jej utopijną zasadą: posprzątaj raz, a dobrze. Marie, nie można posprzątać raz, a dobrze, bo powrót z urlopu obraca wniwecz cały osiągnięty wcześniej porządek i trzeba sięgnąć po ‘metody’, ‘sposoby’ lub po prostu ścierę. Magia sprzątania sprowadza się do magii własnych rąk zmoczonych wodą, płynem i proszkiem.

    Magiczna ścierka do wycierania mieszkania.
    Zaczarowana pralka i trzy wirowania.
    Nożyczki do suchych badyli obcinania.
    Konewka do zwiędłych ziółek podlewania.
    Wpis na bloga do
    napisania.
    Stres stresem, ale co by nie mówić: wyjazdy wakacyjne są nam potrzebne jak kwiatkom balkonowym woda. Dają nam czas na odpoczynek fizyczny i psychiczną regenerację. Odcięcie się od codzienności i spojrzenie na własne życie z innej, oddalonej o przejechane kilometry perspektywy. Rzesza podróżujących z dziećmi podnosi w oburzeniu ręce: Jaki, do jasnej ciasnej, odpoczynek?
    Przecież to harówa od rana do wieczora! Ganianie za jednym, uspokajanie
    drugiego, mycie, sprzątanie jak w domu, a jeszcze telefonami z pracy męczą.

    Niby jesteśmy daleko, ale dogania nas rzeczywistość, którą zostawiliśmy w domu.
    Zatrzymajmy się na chwilę. Dajmy telefonom ucichnąć, a naszym myślom odciąć się od tego, co zazwyczaj. Doceńmy czas z rodziną i znajomymi. Róbmy zdjęcia, ale nie za wiele. Zapamiętajmy chwile naszymi oczami. Skoncentrujmy się na byciu ‘tu i teraz’, a gwarantuję, że odpoczynek będzie efektywniejszy, powrót przyjemniejszy, a stres powakacyjny zredukowany.

    A Wy jaki macie sposób na udane wakacyjne wyjazdy
    i bezstresowe powroty?