Ekologia Kuchnia

5 dziwnych rzeczy o kooperatywie spożywczej

Temat jest cały czas nowy. Poznając ludzi na warsztatach, konferencjach, u znajomych – gdy wspominam, że kooperatywa spożywcza to miejsce, w którym zaopatruję się w świeże warzywa i owoce, widzę wpatrzone we mnie, wytrzeszczone oczy. Zdziwienie tematem jest tak wielkie, że postanowiłam pisać o tym dość regularnie i zachęcać Was do wstępowania do tego typu spółdzielni w Waszej okolicy. Jakich jest 5 najdziwniejszych rzeczy o kooperatywie spożywczej?


1. Płody rolne są prosto od rolnika i nie trzeba po nie samemu jechać. 


Ale jak to? To w jaki sposób do nas trafiają? Komu by się OPŁACAŁO przywozić ziemniaki ze wsi do miasta, dla tych kilku złotych?

Otóż wyobraźcie sobie, że osoby prowadzące gospodarstwo SAME dostarczają nam płody swojego pola w wyznaczony dzień o ustalonej porze, na stałe od lat miejsce. Nie ma tu żadnych pośredników, nikt nie pobiera i nie ustala wygórowanej marży. Wszystko sprzedawane jest po ustalonej wspólnie z rolnikiem cenie, tak by jej wysokość odpowiadała obu stronom.

Ktoś by pomyślał, że w systemie kapitalistycznym, w gospodarce wolnorynkowej czynnik zysku będzie kluczowy, a wysoka marża naturalnym składnikiem ceny. Otóż jeśli nie ma dodatkowych kosztów (poza może paliwem zużytym na dowóz do miasta), nie ma czynszu za wynajem lokalu, można wypracować dobrą i sprawiedliwą dla wszystkich cenę.


2. Rolnik produkuje ekologicznie, ale sprzedaje nam tanio.


Przecież większość z nas wie, ile kosztują warzywa w sklepie ekologicznym, więc to musi być jakieś nieporozumienie. A jednak! W przypadku gospodarstw z certyfikatem ekologicznym, samo jego wykupienie, czyli możliwość używania nazwy „żywność certyfikowana (i tu nazwa i numer certyfikatu)” jest dość kosztowne. Naturalnie wpływa to na wysokość ceny produkowanych płodów rolnych. Wówczas marchew będzie kosztować nie 4, a 7 złotych za kilogram, a mleko nie 2,50, a 12 złotych.

Jeśli mamy do czynienia z gospodarstwem, które stosuje wszystkie metody ekologicznej hodowli warzyw i owoców, żyje według zasad permakultury i nie używa pestycydów w produkcji, wówczas mamy zdrowe płody rolne po niższych cenach. I takie warzywa są dostępne w kooperatywie.


3. Nie mamy sprzedawców, tylko koordynatorów, którzy SAMI zgłaszają się, by pomóc.


Zakupami koordynują osoby z kooperatywy, z założenia co tydzień jest to ktoś inny. Dwójki osób – koordynator i pomocnik – odbierają towar od rolnika, układają go w miejscu spotkań i wydają popakowane zakupy osobom kupującym. Nie robią tego całkowicie za darmo, do każdego zamówienia doliczana mała kwota dla koordynatora. Ale robią to zupełnie nieprzymusowo. To prawda, bywają problemy ze stopniem zaangażowania osób w koordynację, jednak koniec końców zawsze znajdzie się ktoś, kto jest gotów pomóc.


4. Czasem nie przyjeżdża całe zamówienie. 


Tak, zdarza się, że koza da mniej mleka albo pomidorów zamówi więcej osób niż zwykle, wobec czego rolnik dowozi mniejszą ilość niż wynosi zamówienie. Może się też zdarzyć klęska nieurodzaju, w czym my jako członkowie kooperatywy też uczestniczymy i rozumiemy takie wyjątkowe i niekorzystne dla gospodarstwa sytuacje. I nikt na to nie narzeka. Zasada solidarności z gospodarzami jest ogólnie przyjęta i zrozumiała.


5. Nie ma formy prawnej, a jednak to działa.


No właśnie – grupa ludzi zebrała się oddolnie, wokół wspólnego celu i jest w stanie trwać w tej formie już od 2012 roku. Co tydzień składane są zamówienia, koordynatorzy przyjmują i wydają towar od kilku dostawców – i się nie zniechęcają. Bo cel jest nadrzędny wobec nakładów (własnego wysiłku, poświęcanego czasu), jakie trzeba ponieść.

Dziwi Cię coś jeszcze? A może znasz i polecasz, inne ciekawe formy pozyskiwania zdrowego jedzenia? Pisz śmiało. 

ograniczam się, kooperatywa
A, i jeszcze marchew bywa ubrudzona
Previous Post Next Post

Przeczytaj jeszcze