Sprawdź teraz

Zapisz się do Klubu

    Ekologia

    Jak daleko jesteś od natury?

    „Prawdziwe, w szklanym słoiku! To niesamowite!”
    „Ale śmieszne kształty, i ta ziemia aż pachnie.”
    „Poważnie, to jest to o czym myślę? Prosto z pola? To sadzicie? Wspaniale!”

    Takie okrzyki zachwytu słyszę ostatnio coraz częściej w odwiedzanych przez siebie miejscach.

    Wszystkie dotyczą organicznego jedzenia, o ciekawych kształtach, niespotykanych dawno zapachach i kolorach. Warzywa obtoczone jeszcze ziemią dają świadectwo swojej naturalności i świeżości. Owoce nie błyszczą nienaturalnie, lecz pachną nieziemsko, a smakują jeszcze lepiej.

    Dla nowych członków kooperatywy spożywczej jest to ta autentyczność, której własnie szukali. Mleko prosto od krowy zamknięte w słoiku pobudza ślinianki i daje nadzieję zdrowego śniadania. Marchew o kulfoniastych kształtach jest obietnicą zupełnie innego smaku od tego, do którego zostaliśmy przyzwyczajeni przez niemal przezroczyste warzywo uprawiane na wacie.

    Odwiedzający Zielony Targ na Placu Bernardyńskim w Poznaniu uśmiechają się szczerząc zęby, gdy widzą warzywa, których w supermarkecie nie uświadczą. Pęczek świeżej, polskiej rukoli, biało-fioletowa pikantna rzepa czy dawno zapomniana żółta odmiana marchwi lądują w koszykach świadomych konsumentów, zmęczonych papierowym smakiem potraw.

    Jak bardzo odzwyczailiśmy się od prawdziwych smaków jedzenia? Jak daleko żyjemy od natury na co dzień?

    ograniczam się, kooperatywa
    Raj.

    Nasza codzienność koncentruje się na kilku rzeczach. Zaspokajamy życiowe potrzeby przy okazji chodzenia do pracy, czytania książki czy oglądania filmu. Jedzenie jest dla wielu czymś kupowanym w wielobranżowym, wielkopowierzchniowym sklepie. Niska cena jest na pierwszym miejscu wśród czynników decydujących o naszych wyborach. Dopiero potem sprawdzamy jakość produktu, który wkładamy do koszyka.

    Są jednak tacy, którym idąca za niską ceną równie niska jakość nie wystarcza. Uświadomiwszy sobie szkody, jakie sztuczne dodatki i nawozy wywołują na zdrowiu, zaczynamy szukać nowych, alternatywnych źródeł pożywienia, co dla mieszkańców miasta może przypominać powrót do jaskini i wyruszenie na polowanie. Bo o zdrową, naturalną żywność wcale nie jest łatwo.

    Życie w zgodzie z naturą

    Owszem, na rynku jest całkiem sporo sklepów z ekologicznym asortymentem, odstraszają one jednak wygórowanymi cenami i niestety wątpliwą świeżością produktów.

    Nie wszystkim udaje się dotrzeć do kooperatywy spożywczej, nie wszyscy są też świadomi istnienia tego typu zrzeszeń. Ci jednak, którym się uda, są zachwyceni wartością tego, co znaleźli. Nie dość, że ceny wcale nie są wysokie, to jeszcze jakość, którą dostajemy w zamówionej paczce przekracza nasze oczekiwania.

    Przykłady z mojego życia: zamawiam pęczek pietruszki, a dostaję cały bukiet bogactwa w naturalną witaminę C! To samo z bazylią i innymi ziołami – pęczki ledwo można objąć jedną dłonią. Cukinia i dynia mają sprawiedliwe rozmiary, a buraki z jednej ze starszych polskich odmian zachwycają słodyczą i intensywnością smaku. Wszystko dzięki temu, że gospodarze, którzy uprawiają ziemię, nie myślą w kategoriach „produkowania” żywności i zwiększania wydajności, lecz szerzej zakrojonego naturalnego uprawiania ziemi w zgodzie z naturą i samym sobą, w ramach filozofii permakultury (ang. permanent agriculture), w którą wpisuje się powszechnie przez nas kojarzona ekologia, płodozmian czy poplon.

    Podczas naszej wizyty u nich, pan Zbigniew wypowiedział ważne słowa mówiące wiele o filozofii swojego gospodarstwa:

    Zgłosił się do mnie ostatnio jeden taki, który wypytywał: Co mam zrobić, żeby to lepiej rosło? A jak uprawiasz to, żeby mieć tego więcej? Ja mu mówię: w ogóle nie myśl o tych rzeczach. Zasiej to, co masz zasiać, podlewaj i dbaj o to, usiądź sobie z boku i patrz, jak to rośnie. Patrz, jak ziemia dojrzewa, a ty wraz z tą ziemią. I to wystarcza.

    Słuchając, jak opowiada o życiu z dala od pędu miasta, w zgodzie z naturą i rytmem pór roku, przenikał mnie wyjątkowy spokój i szczęście wynikające z poczucia harmonii z całym światem. Nawet, gdy pani Kasia wspomniała o tym, że ukradziono im sześć kóz i kury, mimo goryczy całego zdarzenia miała uśmiech na twarzy i bił od niej spokój człowieka mądrego życiowo.

    Jeśli nie masz na coś wpływu, porzuć nerwy i idź dalej.

    ograniczam się, kooperatywa
    Spokój. Cisza. Wieś.



    Potargujmy się

    Podobnie jest z Zielonym Targiem, na którym nie dość, że masz dostęp do ekologicznych płodów ziemi, to jeszcze możesz porozmawiać z rolnikiem, popytać o warunki uprawy, zażartować i wymienić się poglądami na rzeczywistość.

    Taka swojska, targowa konwersacja dawno została zapomniana w codzienności anonimowych, masowych zakupów. Nie dość, że sprzedawca w sklepie sam sprzedawanych produktów nie wytworzył, to jeszcze często nie ma pojęcia o ich prawdziwym pochodzeniu. A i nam brak czasu na pytanie, sprawdzanie i zgłębianie tematu jedzenia, które jest przecież tak zwykłe i powszednie. Tak oczywiste, jak to, że mamy męża, obok którego się co dzień budzimy. Jak to, że jesienią dzień jest już krótszy. I to, że nasze dzieci dorastają.

    Jedz powoli

    Gdy na chwilę zwolnisz i się dobrze zastanowisz, to własnie te proste, banalne rzeczy kształtują naszą tożsamość. Jakkolwiek zwykłe by one nie były, to o ich jakość warto dbać najbardziej.

    Czy jesteś zadowolona, kiedy Twój mąż traktuje Cię jak powietrze? Czy wolisz, kiedy dostrzega nową fryzurę, uśmiech na twarzy i kwiaty na stole?

    Czy chcesz się obudzić za kilka lat i zdziwiona biegiem czasu nie poznać swoich dzieci, które tak wyrosły? Czy wolisz przeżywać świadomie każdy dzień z nimi, zauważając zmianę i rozwój?

    Czy chcesz jeść szybko, byle się czymś najeść? Czy wolisz, żeby na Twoim talerzu leżała marchew, która widziała ziemię i piła naturalne nawozy? Jeśli jesz mięso – czy nie jest dla Ciebie ważne, żeby pochodziło od szczęśliwego zwierzęcia?

    Warto poświęcić więcej czasu i uwagi temu, co mamy na co dzień. Ta zwyczajność jest ważną częścią składową naszego życia. Spróbuj jej nadać wysoką jakość i odpowiednią wagę, a Twoje świadome życie również dzięki temu zyska. Zdobądź odwagę, by czasem się trochę bardziej postarać. I obserwuj, jak ziemia wokół Ciebie dojrzewa, a Ty wraz z nią.

    Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Podziel się ze mną w komentarzu lub wyślij maila.

    ***

    Jeśli spodobał Ci się ten wpis, podziel się nim z innymi. Będzie mi niezmiernie miło 🙂

    Ekologia Jedzenie

    Ile jedzenia marnują uczniowie?

    Nie obchodzimy tego święta tak jak Bożego Narodzenia. Nie jest to też dzień wolny od pracy. Ba! Nawet założę się, że nie wiesz, że jutro jest Światowy Dzień Żywności.

    Ustanowiony on został przez FAO w 1979 roku w rocznicę swojego pierwszego zgromadzenia, które miało miejsce 16 października 1945 roku w kanadyjskim Quebec, zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Co roku nadawany jest temu dniu nowy temat, i tak przez lata były to m. in. Prawo do żywności (2007), Bezpieczeństwo żywnościowe w czasach kryzysu (2009), Rolnictwo i dialog międzykulturowy (2005).

    Błędne koło

    W tym roku FAO wzywa, by zastanowić się nad Bezpieczeństwem socjalnym w rolnictwie (Social protection and agriculture), czyli jak przerwać błędne koło biedy w środowiskach wiejskich.

    ograniczam się
    Światowy Dzień Żywności 2015 wg FAO

    Okazuje się, że spośród grup społecznych na całym świecie to na terenach wiejskich najtrudniej jest o bezpieczeństwo socjalne. Państwa regulują kwestie prawne związane z zapewnieniem bytu głównie tym, którzy pracują w przemysłowych zakładach pracy oraz w sektorze usług, natomiast regularnie pomijają sferę rolnictwa, wykluczając tym samym całe warstwy społeczne z godnego uczestniczenia w ich życiu. I pomimo że to wieś i rolnictwo, którym jej mieszkańcy się parają, jest czynnikiem pozwalającym na zmniejszenie głodu na świecie i lepszą dystrybucję żywności, nadal ci, którzy ją produkują narażeni są na pogłębiającą się biedę i wykluczenie.

    Według badań przeprowadzonych przez FAO, wsparcie finansowe wsi, czyli grup zajmujących się rolnictwem, w krajach, w których brak zabezpieczenia socjalnego (np. kraje Afryki czy Azji Pd-Wsch) znacząco poprawia ich stan życia. Dzieje się to według następującej logiki:

    Po 1. osoby zajmujące się uprawą roli i hodowlą zwierząt mogą sobie dzięki temu pozwolić na spokojniejsze życie pokrywając straty wynikające z klęsk żywiołowych.

    Po 2. Dzięki środkom finansowym chętniej inwestują w rozwój gospodarstwa, nowy sprzęt czy pracowników, dzięki czemu…

    po 3. zwiększa się ich rozmiar produkcji, a więc…

    po 4. zwiększa się również ich realny dochód, oraz…

    po 5. – co bardzo ważne – ryzyko wystąpienia głodu, głównie wśród najmłodszych drastycznie się zmniejsza, co też wpływa na zmniejszenie się ilości chorób i długość życia.

    W samym 2013 roku, programy wsparcia socjalnego dla obszarów wiejskich uratowały ponad 150 milionów (!!!) ludzi od ekstremalnej biedy, pozwalając im wyjść z błędnego koła biedy i głodu.

    60 proc. Polaków marnuje jedzenie

    W Polsce na polu wyżywienia aktywnie działają Banki Żywności, o których wspominałam kilka tygodni temu. Z okazji Światowego Dnia Żywności przygotowują one szereg wykładów, warsztatów i dyskusji mających na celu zastanowienie się nad tematem lepszej dystrybucji jedzenia, tak by sukcesywnie zmniejszać liczbę głodujących. W tym roku tematem przewodnim, jaki Banki przyjęły, jest wyrzucanie jedzenia przez uczniów szkolnych pod hasłem „Marnowanie jedzenia to śmierdząca sprawa”.

    ograniczam się, Dzień Żywności
    Śmierdząca sprawa, która nas wszystkich dotyczy

    Wg raportu opublikowanego przez Banki Żywności, 60% Polaków przyznaje się do marnowania jedzenia w gospodarstwach domowych.
    Wśród uczniów do kosza najczęściej trafiają kanapki (58%!), surówki (42%), kasza lub ryż (33%), warzywa (30%), owoce (29%).

    Jak nauczyć szacunku do jedzenia?

    Banki Żywności proponują, by stosować się do wypracowanych przez nich zasady 4P, czyli:

    1. Pakuj starannie posiłek – tak by nie ulegał zepsuciu
    2. Poproś o mniejsze porcje – po to, by nie marnować niepotrzebnie resztek, które zostają po spożywaniu posiłku przez dziecko – stosuje się to zarówno do szkolnych stołówek, jak i do restauracji, do których zabieramy dzieci
    3. Podziel się z innymi – napoczętym jedzeniem, jeśli jeszcze dobre, możemy podzielić się z koleżanką lub kolegą, a w rodzinie – z mamą, tatą lub rodzeństwem
    4. Pięć posiłków dziennie – należy tak zaplanować rodzinne (i dziecięce) posiłki, by jeść mniej, a częściej, co skutecznie zapobiega marnowaniu.
    ograniczam się, Banki Żywności, nie marnuj, ile jedzenia marnuja uczniowie
    Pakuj, poproś, podziel się, pięć posiłków – zasada 4P

    Mikrozmiana, czyli zacznij od siebie

    Sama staram się zachęcać mojego 3-letniego synka do aktywnego uczestniczenia w przygotowaniu posiłku, podawaniu do stołu i sprzątaniu, również po to, by czuł się współodpowiedzialny za jedzenie, które wspólnie spożywamy.

    Jeśli wybrzydza i nie chce jeść, co też się często zdarza, tłumaczę mu, na co pozytywnie wpływa dany posiłek, co nawet potrafi go przekonać do zjedzenia niektórych warzyw. Racjonalne argumenty sprawdzają się świetnie, nawet jeśli dziecko nie do końca rozumie, co to są witaminy, żołądek czy szkorbut.

    Zdarza mi się też opowiadać Jankowi historie o – no właśnie – głodzie na świecie i miejscach, w których ludzie walczą o to, żeby zdobyć jakiekolwiek jedzenie. Brzmi to dla niego, ba! nawet dla nas, dorosłych, dość abstrakcyjnie, ale w przypadku, kiedy już widać, że posiłek ma wylądować w śmieciach, warto sobie uświadamiać trudną sytuację niektórych grup społecznych z biednych zakątków świata. I zanim wyrzucisz coś z talerza, zastanów się, co inaczej powinieneś/powinnaś zrobić, by temu w przyszłości zapobiec.

    Może inaczej planować posiłki?
    Może nie podjadać przed obiadem?
    Może rozsądniej prowadzić kuchnię?

    Nie wyrzucaj! Jedz, planuj lub oddawaj to, czego nie potrzebujesz. Na przykład tu. Ograniczam się w marnowaniu jedzenia. A Ty?

    Jak będziesz obchodzić Dzień Żywności? Masz swoje skuteczne metody zapobiegające marnowaniu w rodzinie i u dzieci?

    Rodzina

    Hands free mama, czyli jak być dobrym rodzicem

    Z natury jestem dość ambitną osobą. Jeśli coś sobie postanowię, konsekwentnie staram się realizować mój cel. Nie pozwalam sobie na niedociągnięcia. Źle czuję się, jeśli to, co robię, jest nieidealne, ponieważ coś stanęło mi na przeszkodzie do osiągnięcia 100-procentowej satysfakcji z wyniku. Może jestem typowym koziorożcem, może po prostu perfekcjonistką (choć daleko mi do Perfekcyjnej Pani Domu). Ostatnio jednak, a w zasadzie od dobrych kilku miesięcy, życie daje mi dość mocną lekcję pokory.

    Jak być dobrą mamą, oddaną żoną, niezawodną blogerką i godnym zaufania pracownikiem? Czy to wszystko da się w ogóle ze sobą pogodzić?

    Hands Free Mama – jak walczyć z rozpraszaczami

    W poszukiwaniu odpowiedzi na lepszą organizację swojego czasu, natrafiłam na ciekawą książkę, a w zasadzie jednego z moich dosłownie kilku ebooków. „Hands free mama”  Rachel Macy Stafford dała mi wiele do myślenia od momentu, gdy ujrzałam okładkę i zerknęłam na bloga autorki.

    Hands Free Mama – mój jeden z niewielu ebooków
    Od razu pomyślałam – ale jak to „Hands free”? Z pustymi rękami? Bez telefonu? Bez klawiatury? Bez pilota? Przecież dopiero co kupiłam ebooka i mam zamiar go przeczytać na mojej komórce.

    Od czego zacząć walkę o własną uwagę

    ograniczam się, hands free
    „Życie z uwolnionymi rękami oznacza świadomą decyzję tymczasowego odepchnięcia codziennych rozpraszaczy po to, by poświęcić swoją niepodzielną uwagę komuś lub czemuś najważniejszemu w Twoim życiu.”*

    Rachel, jak sama pisze, prowadziła spokojne i udane życie. Urodziła dwie córki, była przykładną żoną swojej licealnej miłości, świetnie godziła pracę z domu z zajmowaniem się rodziną. Była szczęśliwa, a przynajmniej tak jej się wydawało. Przyszła chwila, kiedy zdała sobie sprawę, że dzień z grafikiem wypełnionym po brzegi i angażowanie się w dziesiątki inicjatyw w przeciągu tygodnia nie są dla niej niczym więcej jak zbędnymi rozpraszaczami. A to, co jest dla niej naprawdę ważne, to rodzina, która do tej pory dostawała od niej tylko ochłapy wolnego czasu.

    Od tego momentu postanowiła przewartościować swoje dotychczasowe życie tak, by aktywnie uczestniczyć w dniu tych, którzy są dla mniej najważniejsi. Postanowiła uprawiać codzienną uważność po to, by niczego istotnego nie przegapić, a jednocześnie nie zapomnieć o okazywaniu im uczuć, dzięki którym wiemy, że druga osoba nas kocha i docenia.

    Ważne pytania

    Jest kilka pytań, które warto sobie zadać, jeśli chcesz wprowadzić zmianę. Czy na prośby dzieci o wspólne spędzenie czasu zdarza Ci się myśleć lub mówić – „Nie teraz, jeszcze tylko…” albo „Już, tylko skończę…”? Czym są u Ciebie te trzy kropki? Zastanów się przez chwilę.

    To uświadomienie sobie naszych rozpraszaczy jest niezbędnym krokiem na drodze do rewolucji uwolnienia własnych rąk.

    Może zaczynasz dzień od przejrzenia maili, a może odpowiadasz od rana na sms-y i przeglądasz media społecznościowe? Może jak tylko wstaniesz wstawiasz pranie lub poświęcasz się szybkim (lub nie) domowym zadaniom?

    W czasie, kiedy Ty jesteś obok, życie Twojej rodziny toczy się swoim rytmem. Dzieci jedzą śniadanie, wygłupiają się, starają się zwrócić Twoją uwagę, ale Ty nawet nie patrzysz. Masz inne zadania, swoje ważne, dorosłe życie.

    Tylko czy to inne życie jest ważniejsze od tego, co się właśnie teraz dzieje? Czy odebranie telefonu natychmiast, w momencie, gdy Twoja córka lub syn zadaje kolejne pytanie „A dlaczego..?” jest tego warte?

    ograniczam się, hands free
    „Danie sobie szansy zauważenia szczegółów, które czynią życie wartym przeżycia, jest dobrze spędzonym czasem.”

    Uświadomienie sobie po pierwsze tego, co dla Ciebie jest naprawdę ważne, a po drugie rzeczy, które Ci przeszkadzają w pełnym uczestniczeniu w życiu naprawdę otwierają oczy i dają do myślenia.

    Jak pisze Rachel,

     
    Zacznij od zidentyfikowania sabotujących czynników, które zatrzymują Cię przed zaangażowaniem się w to, co naprawdę ważne.
     

    To, co może nas rozpraszać, to na przykład:

    • telefon
    • komputer (media społecznościowe, blogi)
    • telewizja
    • e-czytnik
    • listy zadań
    • nadmierne zaangażowanie się
    • nadmierne zamartwianie się, poczucie winy, niewłaściwości, perfekcji lub zwątpienia w siebie
    • presja na zachowywanie się lub wyglądanie w określony sposób.

    Gdy zaczęłam czytać „Hands free mama” zdałam sobie sprawę, że pomimo regularnego bycia offline, gdy jestem w domu z rodziną, pomimo trzymania na wodzach mojej wirtualnej obecności w mediach społecznościowych, nadal z mych ust pada często „Nie teraz, muszę jeszcze…”. Moimi rozpraszaczami są prace domowe, choćby robienie obiadu, sprzątanie czy zakupy. Często łapię się też na zabawie z synem podczas słuchania radia – no właśnie, nawet sam sposób, w jaki to napisałam wskazuje na fakt większego zaangażowania w nadawaną audycję niż koncentrację na dziecięcej zabawie. Podgłaśniam odbiornik, podczas gdy powinnam go ściszyć i wsłuchać się w moje dziecko zabiegające o moją uwagę.

    Pomyślisz, że nie ma co przesadzać, bo każdy powinien mieć czas dla siebie, a dzieci muszą nauczyć się samodzielności.

    Z jednej strony się zgodzę, a Rachel podpowie, że możesz wyznaczyć sobie czas dla siebie i jasno o tym zakomunikować rodzinie, by nikt nie był rozczarowany, że nie poświęcasz im uwagi.

    Z drugiej strony kluczowe jest uświadomienie sobie, że chwile z Twoimi dziećmi nigdy się nie powtórzą i ani się obejrzysz, a staną się one niewymagającymi Twoich mądrych odpowiedzi nastolatkami, zagłębionymi we własnym, wczesnodorosłym świecie. Wtedy Ty będziesz próbować nawiązać z nimi kontakt i możesz się zdziwić, dlaczego to Wam już nie wychodzi i jak bardzo minęłaś lub minąłeś się z życiem, jak wiele czasu zostało stracone na marne, jak wiele ważnych wydarzeń przegapionych.

    Nie muszę być perfekcyjna. Ostatecznie mogę odpuścić i jeden lub dwa dni w tygodniu pójść z rodziną do restauracji lub kupić coś gotowego zamiast spędzać kilku godzin w kuchni po to, by wszystkim jak najlepiej smakowało.

    Mogę też nagrać ulubiony program lub audycję i posłuchać jej w późniejszym czasie, a w zamian za to autentycznie cieszyć się zabawą z moimi dziećmi.

     
    ***
    Czy już wiesz, czemu chcesz poświęcić swoją niepodzielną uwagę? Jakie są Twoje codzienne rozpraszacze, które stoją Ci na drodze? Masz pomysł, jak sobie z nimi poradzić?
     
     
    ***
     
    Ten wpis jest pierwszym z serii zainspirowanej książką „Hands free mama”.* Tłumaczenia są moje własne, nie pochodzą od autora ani wydawcy ebooka.

    Książkę możesz już kupić w Polsce za pośrednictwem sklepu internetowego.

    Ubrania

    Co kobieta ma w swojej torebce?

    Jakiś czas temu (długi czas temu!), zaproponowałam Wam na facebooku wyzwanie. Pokaż, co nosisz przy sobie, czyli „Prześwietlam damskie torebki”. Powodowana ciekawością, co ze sobą nosicie, ale również chęcią wywołania rewolucji w postaci porządkowania damskiej torebki, chciałam zobaczyć prawdę o Was, a w zasadzie o Nas wszystkich – kobietach.

    Spodziewałam się bałaganu, niespodzianek w stylu zasuszony motyl czy kłopotliwych przedmiotów, z których nie będziecie potrafiły się wytłumaczyć. Wiem dobrze, że kobiety potrafią włożyć do torebki praktycznie wszystko, a im większa torba, tym na dłużej o tym zapominają. To, co wiem, to nie stereotypy, które o damskiej torebce krążą, ale moje własne doświadczenie związane z noszeniem przy sobie wszystkiego, co może się przydać. Obserwuję też kobiety, które akurat czegoś szukając znajdują wszystko inne, po kolei wykładając na stół, po to, by poszukiwaną rzecz znaleźć na samym końcu, w najmniej spodziewanym zakamarku.

    Po dłuższym czasie zbierania Waszych zdjęć i czytania opowieści doszłam jednak do zupełnie zaskakujących dla mnie wniosków. Mężczyźni – uwaga – czytajcie i uczcie się, kobiety i ich torebki uległy znakomitej przemianie!

    1. Torebki są uporządkowane.
    2. Nie pakujecie do nich zbędnych bibelotów.
    3. Stawiacie na praktyczne, przydatne przedmioty.

    Wydaje się więc, że torebkowe zamieszanie nieco się uspokoiło, a Wy coraz częściej robicie w nich porządki. Potwierdza się to w ostatnio przeprowadzonych badaniach –  ponad połowa posiadaczek torebek sprząta w nich regularnie, a 20 procent nie wkłada do niej niepotrzebnych rzeczy. Nadal jednak jest te spore 80 procent, które nosi ze sobą cały majdan żyjąc przekonaniem, że wszystko jest niezbędne.

    Pokaż kotku, co masz w środku


    A teraz efekty torebkowego wyzwania. Oto Wasze wnętrza oraz najciekawsze historie z nimi związane.

    Ania nosi kosmetyki i notesy. O swojej torebce pisze:


    „(Na zdjęciu) brakuje tylko telefonu, którym robię zdjęcie (i paczki daktyli, którą też noszę. Lubię daktyle i jem kilka przed bieganiem, ale jak je w domu trzymam, to chłop je wszystkie zjada). Nie umiem wytłumaczyć tych wszystkich błyszczyków- chyba po to je noszę, żeby je w końcu zużyć, bo usta rzadko maluję, a szkoda wyrzucić. No I nie wiem, po co mi dwa notesy…”

    damska torebka, ograniczam się
    Torebka Ani

    Dobromira, aktualnie mama miesięcznej Matyldy, gdy robiła swoje zdjęcie była jeszcze w ciąży:


    „Często zmieniam torebki, dlatego nie mam szansy zrobić w nich bałaganu. Jak jadę do pracy, to wiozę mnóstwo materiałów na zajęcia, a jak wracam, to zdarza mi się nosić pędzelki do wyczyszczenia w rozpuszczalniku. Poniżej zestaw pt. wyjście do lekarza: w roli głównej dokumentacja medyczna i portfel. A reszta to standard.”


    Standard – w domyśle: portfel, chusteczki, krem, klucze, woda i okulary przeciwsłoneczne.

    damska torebka, ograniczam się
    Torba Dobromiry



    Olga
    również wydaje się mieć dość minimalistyczne podejście:

    „Oto i zawartość mojej torebki: portfel, telefon (na zdjęciu reprezentowany przez etui), dokumenty do auta, składana torba na zakupy, chusteczki higieniczne, pomadka, długopis i klucze do mieszkania. I tyle. „


    Pomyślelibyście, że to torebka mamy dwójki dzieci?

    damska torebka, ograniczam się
    Torebka Olgi



    Bogna
    jest ze sobą i nami wszystkimi szczera.

    „Nie no dziewczyny, bez jaj. Nie wierzę, może dlatego, że jestem autorką hasła to nie burdel to damska torebka, a może dlatego, że mój pierwszy chłopak opowiedział mi jak tato włożył mamie cegłę do torebki (zorientowała się po tygodniu). Dziś wiem, że byłabym dla niego idealną żoną (wg zasady najlepsza żona to mama 2.0). 


    Osobiście posiadam trzy torebki dość znacznych rozmiarów. Przesiadam się między nimi 2-3 razy do roku, gdy ewidentnie zmienia się pora roku lub gdy zawartość woła już o wylinkę. Wylinka polega na tym, że na początek przekładam tylko klucze, portmonetkę i – a jakże – komóreczkę, a przez kolejne dni dorzucam to co okazuje się jednak konieczne (po latach nauczyłam się zestaw: listek painkillerów, podpaska, tubka płynu odkażającego i długopis przydadzą się w każdej torebce). Po kilku tygodniach mogę spokojnie wyrzucić to co wciąż w pierwszej torebce zalega. 


    Na usprawiedliwienie mogę dodać tylko, że zwykle jest to ok pół kilo ulotek, najważniejszych-na-świecie ofert przysłanych mi na skrzynkę pocztową, paragonów i tym podobnych dupereli, których nie mam siły i odwagi wyrzucać na bieżąco.
    Aha no i w każdej torebce mam jakąś pamiąteczkę, której znaczenie znane jest tylko mi tylko tak długo jak nie spłowieje cała zawartość.”



    damska torebka, ograniczam się
    Torebka Bogny

    Zaraz jednak dokłada nam wersję „lajt”, którą bierze na szybkie wyjścia.

    damska torebka, ograniczam się
    Bogna „lajt”

    I Ewa, Polka mieszkająca we Francji. Szyje ubrania dla siebie i dzieci, projektuje strony internetowe i dziecięce pokoje. Jest autorką pięknego bloga o swoim życiu we Francji, francuskiej kuchni i rodzicielstwie bliskości.

    „Uwielbiam torebki, jarają mnie bardziej niż ciuchy. Mam słabość do tych z wyższej półki. Ale od kilku lat zadowalam się jedną, czarną klasyczną Michael’a Korsa. Latem tradycyjnie zamieniam torebkę na koszyk wiklinowy. Mam ich całe mnóstwo. Praktycznie co wakacje kupuję dwa lub trzy. W tym roku jeszcze nie znalazłam nic, co by mnie nie powaliło na kolana ale przyznać muszę, że mało z domu wychodzę, to nie odczuwam jakieś ogromnej potrzeby nowego nabytku. 


    W torebce/koszyku zawsze mam najbardziej potrzebne rzeczy. Oraz te, które mogą się przydać niespodziewanie, czyli zabawka dla mojego syna oraz kredki. Ostatnio zaprojektowałam mu serię kart do gry Memory, o wielkości połowy wizytówki.
    Mało miejsca zajmuje i przydaje się jak czekamy u lekarza albo w restauracji. 



    Do niezbędników należy portfel, iPad – nigdy nie wiadomo, kiedy nadarzy się okazja, żeby zaprezentować swoje kreacje. Paszport, krem przeciwsłoneczny, moleskine – w razie jakby natchnęło mnie na rysowanie albo pisanie. 


    Regularnie wykładam z torebki to, czego nie potrzebuję w danym dniu
    A ile mam rzeczy, to naprawdę zależy co mam w planach na dany dzień.
    Kiedy idę z mężem na randkę, biorę ze sobą tylko malutką pochette.
    Karta kredytowa, dokument tożsamości, zdjęcie rodzinne i karta z grupą krwi. Acha, w torebce noszę zawsze moją ulubioną książkę „Bonjour tristesse” Françoise Sagane. I plastry na odciski.



    damska torebka, zawartość, ograniczam się
    Torebka Ewy
    damska torebka, ograniczam się
    Koszyk Ewy


    ***


    Wasze opowieści mogłabym czytać i czytać. To niesamowite, ile o człowieku potrafi powiedzieć jego (a w zasadzie jej) torebka. Ile przedmiotów, tyle historii. A im mniejsza zawartość, tym większe świadectwo Waszego życiowego minimalizmu, czego Wam wszystkim gratuluję.

    Podoba mi się szczere stwierdzenie Bogny „to nie burdel, to damska torebka”, jednocześnie cieszy mnie, że macie do siebie dystans i kiedy trzeba potraficie zredukować swój mały bałagan do niezbędnej esencji.

    A na koniec przedstawiam 13 najważniejszych rzeczy, które najprawdopodobniej znajdziesz w damskiej torebce.

    Zawartość można podzielić na kilka grup.

    I. Rzeczy praktyczne
    1. Portfel
    2. Klucze
    3. Dokument tożsamości
    4. Telefon
    5. Notes
    6. Długopis

    II. Kosmetyki i środki higieny
    7. Chusteczki higieniczne
    8. Pomadka
    9. Flakonik perfum

    III. Torebkowa apteczka
    10. Tabletki przeciwbólowe
    11. Plastry na odciski

    IV. „Posiłki”
    12. Butelka wody
    13. Zdrowa przekąska

    ***

    Jestem ciekawa, jakie Ty masz podejście do swojej torebki. Nosisz dużą czy małą? A może wszystko mieścisz w kieszeni od kurtki? 


    Jaka jest najdziwniejsza rzecz, którą możesz znaleźć w swojej torebce?


    Jeśli masz ochotę, podziel się ze mną swoją opowieścią.

    Rodzina

    Moje nie-minimalistyczne poranki

    Budzę się rano nawet ze sobą nie walcząc. Robię to automatycznie w odpowiedzi na płacz, albo na frywolne piski przy włączonej pozytywce. Kolejny nie-minimalistyczny poranek.

    Karmię (piersią). Potem zostawiam małą przy Tacie, a sama idę się szybko umyć, by skorzystać z chwili, kiedy Z. jest jeszcze w domu. Prysznic. Lekki domowy makijaż, bez którego nie potrafię spojrzeć sobie w twarz. Dezodorant w kulce. Wygodna i (sprawdzam) niebrudna, domowa odzież. Kapcie – tak, już czas na ciepłe kapcie z rana zamiast odkrytych swawolnie letnich japonek. I maszeruję do kuchni zrobić śniadanie sobie i J.

    Mała posadzona w kuchni na wysokim foteliku czuje się jak królowa świata. No może księżna, bo futrzasta królowa siedzi na jeszcze wyżej zawieszonych kuchennych szafkach, i kontroluje, czy nie wkrawam za dużo banana do płatków.

    Śniadanie jest proste i zazwyczaj składa się z muesli, mieszanki płatków i owoców albo domowej granoli z mlekiem. Na kawę jeszcze nie czas, bo cała moja uwaga skupia się na J., niewylewaniu mleka z miseczki i rozkręcających dzień rozmowach.

    W międzyczasie Z. się umył i spędza z nami czas robiąc kanapki do pracy. Królowa patrzy i widzi, że zamiast jednego położył dwa plasterki szynki, a przecież jeden spokojnie mógł wylądować w jej świecącej pustką i czekającej na mokrą karmę misce.
    -10 do punktacji Pana Domu na dziś.
    -20 za zganianie królowej z blatów.
    +30 za czułe podrapanie po główce i za uszami i wszystko wraca do normy.

    Harmonia w królestwie zapanowała.

    Na chwilę zasypiam na jawie marząc o gorącej kawie z mlekiem, gdy nagle J. wylewa to wymarzone białe na stół i podłogę, po czym biega po całym mieszkaniu uciekając przed znanym obowiązkiem mycia zębów i ubrania się do wyjścia.

    W użycie wchodzą wachlarz umiejętności negocjacyjnych, motywacyjnych i sprawność fizyczna, by w końcu dorwać małego i pobawić się w szczotka-pasta-kubek-ciepła-woda. Potem J. negocjuje, kto ma mu ubrać buty, a kto kurtkę, i dlaczego nie zrobi tego sam (bo nie!), a spytany o posiadanie dwóch rąk nagle ukrywa ten fakt za swoimi plecami.

    Z kuchni dobiegają pokrzykiwania Młodszej, która zawiedziona porzuceniem jej w samotności na kilka chwil nie może obserwować, jak „duże dzieci” same się ubierają. Albo raczej kwestionują funkcjonowanie takich pojęć jak samodzielność i umiejętność. Przyniesienie jej bliżej wpływa jednak motywująco i nagle bystrość umysłu i sprawność 3-letnich rączek wraca jak bumerang rzucony w dal.

    Buziaki są rozdzielane każdemu i przez każdego. Jeszcze tylko echo klatki schodowej poniesie „Miłego dnia chłopaki!” i „Miłego dnia dziewczyny!” i winda zawiezie męską część rodziny do garażu.

    A żeńska strona zajmie się ogarnianiem całego pozostawionego po wieczorze i poranku ambarasu, fikaniu w łóżeczku, parzeniu kawy i wysłuchiwaniu „Salonu politycznego Trójki”.

    Choć i tak po tym, co działo się wczoraj na urodzinowym kinderbalu, nasz zwykły poranek wydaje się oazą spokoju i strefą zen, w której pojedynczy krzyk brzmi niczym spokojna mantra mruczana podczas medytacji.

    ograniczam się, urodziny, papuga, minimalizm, poranki
    Piracka chwila spokoju

    Czy Twój początek dnia różni się od mojego? Ile masz w nim czasu dla siebie?

    Jedzenie Zero Waste

    Gotuj to, co masz, czyli 3 sposoby na szybki obiad

    Miesiąc temu zapoczątkowałam cykl związany z oszczędnym gotowaniem. Gotuj to, co masz to przemyślana i kreatywna kuchnia domowa, taka, w której wykorzystujesz do potrawy te składniki, które akurat masz w domu.

    Od tego czasu staram się gotować w ten sposób kilka razy w tygodniu. Oczywiście nie stronię od zakupów spożywczych zupełnie. Po prostu chcę uniknąć wyrzucania jedzenia tylko dlatego, że przez jakiś czas leżało leniwie w lodówce i nie pasowało do żadnej potrawy.

    Dwa tygodnie temu podałam Wam kilka sposobów na proste i zdrowe śniadania.
     
    Tym razem wezmę pod nóż obiad. 
     
    ograniczam się, gotuj to co masz, dynia
    Od kilku lat, w zasadzie odkąd pojawił się na świecie mój Pierworodny, odkryłam w sobie fascynację gotowaniem. Nie było dnia, w którym nie obejrzałabym choć jednego programu z kuchennej telewizji. Moja głowa napełniała się pomysłami, przy czym uzupełniałam swoja szafkę naczyniami, których mi brakowało. Moździerz, blender, patelnia do grillowania, kuchenne noże, obieraczka – dzięki nim mogę czasem zrobić coś ciekawego ze zwykłego warzywa lub mięsa. Zapałałam też pasją do uzupełniania niektórych dań winem i specyficznymi przyprawami typu wędzona papryka lub kumin. Dlatego dla mnie jeśli mówię o gotowaniu z tego, co mam, jest to o tyle łatwiejsze, że najczęściej mam w już w domu tego typu dodatki.

    Przepisy na szybki obiad

    Podam Wam teraz moje ulubione przykłady dań obiadowych, które można przyrządzić szybko i z praktycznie każdym składnikiem.

    Zapiekanka z mięsem i warzywami

    W tym przepisie obojętnie co trafi do brytfanki – potrawa praktycznie zawsze się uda. Wystarczy pamiętać o kilku zasadach:

    • spód formy wysmaruj tłuszczem, żeby chronić przed przywieraniem
    • jeśli przyrządzasz mięso, warto je wcześniej obtoczyć w przygotowanej w moździerzu marynacie – moja ulubiona to: 2 ząbki czosnku, sól, zioła prowansalskie rozgniatamy na miazgę, dolewamy 2 łyżki oleju (wtedy już nie smaruj formy), łyżeczkę miodu i tyle samo musztardy. Łączymy ze sobą składniki, a powstałą masą smarujemy mięso. Warto zostawić je w tej postaci na godzinę w lodówce, by przeszło przyprawami. A potem do brytfanki, obłożyć warzywami – marchew i ziemniaki to najprostsza opcja – i piec przez ok. godziny w 180 stopniach Celsiusza.

    U mnie to gwarancja udanego obiadu!

    Makaron z kapustą

    Prawie każdy ma w domu jakieś kluski. Polacy są wielkimi fanami włoskiej kuchni, dostosowując ją co dzień do własnych zwyczajów, tworząc swego rodzaju włosko-polskie fusion. 

    Kilka lat temu nauczyłam się prostego przepisu na makaron z …kapustą! W oryginale jest to tagliatelle z włoską kapustą, pancettą, orzeszkami pini i parmezanem. Ja wykonałam ostatnio nieco spolszczoną wersję, zastępując kapustę włoską tą zwykłą, która została mi z robienia gołąbków tydzień temu, a zamiast pancetty wykorzystałam w sumie mało polską, ale obecną w lodówce szynkę szwarcwaldzką (może być zwykły wędzony boczek). Orzeszki pini zastąpiłam… prażonym słonecznikiem. Wszystko podsmażyłam na patelni i dodałam do makaronu, oprószając lekko znalezionym żółtym serem. Idealnie według przepisu sprawdza się twardy, dojrzały parmezan, ale tak naprawdę każdy inny będzie dobry.

    Risotto z dynią

    Tak naprawdę risotto możesz zrobić, z czym sobie tylko życzysz. Umiejętność robienia risotto i oczywiście obecność ryżu arborio w szafce przydaje się w przygotowywaniu szybkich i oszczędnych obiadów.

    Mojej wersji risotto nauczył mnie pewien Włoch, który pichcił dla mnie, jednocześnie wisząc na telefonie ze swoją mamą. „Mamo, a ile tego bulionu? A jak długo gotować? Co jeszcze powinienem dodać?” Mamma mia! Włoska kuchnia jest ciepłym, rodzinnym doświadczeniem, nawet jeśli jej członkowie mieszkają w różnych krajach.

    Składniki mojego risotto to:
    • pół opakowania ryżu arborio (ok. szklanki)
    • bulion z poprzedniego dnia
    • jedna średnia cebula
    • „trochę” dyni pokrojonej w kostkę (na oko spora miska wypełniona pomarańczowym przysmakiem)
    • ser
    • pół szklaneczki białego wina
    • sól
    • szczypta gałki muszkatołowej
    • masło i/lub olej do smażenia
    ograniczam się, risotto, dynia, gotuj to co masz
    Risotto z dyni idealnie na jesień
    Moje wskazówki:
    • na maśle podsmaż cebulę i dynię (zamiast niej możesz wykorzystać niemal każde warzywo – marchew, cukinię, kalarepkę); możesz użyć oleju, ale masło dodaje potrawie wyjątkowego smaku,
    • dorzuć ryż  i zeszklij,
    • zalej chochelką bulionu i poczekaj aż ryż go wpije, lekko przy tym mieszając
    • dolej trochę białego wina i podobnie jak z rosołem – czekaj, aż ryż je wpije
    • powtarzaj czynność z bulionem i winem kilka razy
    • cały proces robienia risotto trwa zazwyczaj ok. 20 minut
    • jeśli nie masz wina lub unikasz alkoholu – zastąp je po prostu wodą. Co prawda wino daje niepowtarzalny smak, a alkohol wyparowuje, ale wielokrotnie wykonywałam ten przepis tylko z wodą (bardziej oszczędnie). Moje wino było półsłodkie, co świetnie skomponowało się z dynią, która lubi delikatne towarzystwo cukru.
    • Na końcu dodaj ser i wymieszaj do roztopienia. Już możesz podawać!
    Sposobów na szybkie obiady z wykorzystaniem tego, co akurat masz, jest mnóstwo. Wiem, że jednym z Waszych ulubionych, są tzw. eintopfy, czyli garnek pełen tego, co akurat masz. Też często z niego korzystam, szczególnie, kiedy na głowie mam dwójkę dzieci i niewiele czasu.
    Co jeszcze lubicie gotować na szybki i oszczędny obiad? Podzielcie się ze mną i innymi swoimi sposobami.
    Rodzina

    Jak ograniczać złe emocje? 5 sposobów

    Dziś jestem padnięta. Energia na poziomie bliskim zeru, druga kawa powoli otwiera moje oczy. Kto powiedział, że mając dzieci będę się wysypiać?

    Tym bardziej w trakcie treningu czystości i pustoszącego przedszkole zapalenia gardła jest to trudne. W takich momentach nawet najbardziej różowe i puchate myślenie uważnościowe w stosunku do własnej rodziny zostaje wystawione na próbę. W kryzysowej sytuacji robię wszystko automatycznie i po najmniejszej linii oporu.

    Walka z ubieraniem się, walka z jedzeniem śniadania, walka, żeby zrobił siku, a jednocześnie odstawianie młodszej córki jak najdalej, żeby możliwie najdłużej uchronić ją przed zarazkami. W takich momentach cierpliwość jest tym czymś, czego mi brak, co chciałabym wyjąć z paczki i założyć na siebie niczym magiczną pelerynę.

    Każdy z nas ma swoje lepsze i gorsze momenty. Nawet Matka Polka (czy Ojciec Polak), ostoja spokoju i opanowania, ma chwile kryzysu. Nie oszukujmy się, nikt nie jest idealny. Każdy kiedyś przepełniony emocjami wybucha i rozlewa swoją żółć na najbliższe otoczenie. Toksyczne sytuacje potęgują poziom skażenia wokół. Jak sobie z nimi radzić? Jak ograniczać się w emanowaniu złymi emocjami i pielęgnować te dobre? Jeśli też miewasz podobne problemy, mam dla Ciebie kilka rad, które warto zastosować, gdy się wreszcie przełamiesz i postanowisz poskromić siebie.

    Pięć sposobów na złe emocje

    1. Zobiektywizuj swoje emocje, postaraj się odciąć od całej sytuacji i spojrzeć na to, co się dzieje patrząc z boku – jest to podejście polecane przez trenerów uważności, które pozwala zaobserwować jak się zachowujesz i dlaczego, a obiektywizacja pomaga w opanowaniu i zrozumieniu siebie.

    Jak pisze Pani Poczytalna, to

    próba zapanowania nad gonitwą myśli i zrozumienia rządzących nami emocji, nieustająco interpretujących rzeczywistość, którą widzimy

    Od niedawna staram się ćwiczyć uważny sposób bycia i zauważyłam, że dodaje mi to osobistej dojrzałości, z której jestem niezmiernie dumna.

    2. Policz do 10 i oddychaj głęboko – proste, ale w kryzysowej sytuacji warte, by zastosować. Dotlenienie organizmu oczyści i rozjaśni nasze myśli. Liczenie skupi je na chwilę w innym miejscu po to, by zyskać spokój i dystans.

    3. Znajdź chwilę na medytację, odetnij się od otaczającego Cię huraganu złości i znajdź kawałek podłogi na krótkie wyciszenie się.

    4. Pogłaszcz kota lub innego zwierzaka – udowodniono, że kontakt ze zwierzętami odstresowuje i wprowadza nas w przyjemny nastrój. Jeśli tylko masz w domu jakiegoś futrzaka, weź go na ręce i przytul. Działa?

    5. Wyjdź na balkon lub na dwór – pooddychaj świeżym powietrzem, znajdź się na chwilę w innym otoczeniu, poza miejscem, w którym nastąpiła kumulacja emocji. Pomoże to nabrać dystansu do stresu, który przeżywasz i zatrzymać wylew gniewu.

    Pamiętaj, że Twoje złe emocje będą zarażać innych. Wybuchając nic dobrego nie zyskasz, a dodatkowo zezwalasz swojemu dziecku na podobne zachowanie w przyszłości. Pamiętaj, że mały potomek to świetny obserwator, uczy się od Ciebie w każdej chwili swojego życia. Jeśli pokażesz mu, jak opanowywać emocje, w przyszłości sam postara się działać podobnie. Daj mu więc dobry przykład i powstrzymaj się przed krzykiem. Promieniej spokojem i opanowaniem, a Twoje dziecko prędzej czy później zarazi się pozytywnym nastrojem, który wprowadzasz.

    Nawet jeśli jesteś zmęczony/-a, a wokół wali się i pali pamiętaj, że tylko spokój może Cię uratować. 

    złe emocje, uważność, medytacja

     

    Podróże Styl życia

    Czy Berlin potrzebuje Twojej pomocy?

    berlin help pomoc vostel wolontariat

    Berlin od zawsze był moim miastem-marzeniem. Wychowałam się dokładnie w pół drogi między Poznaniem a stolicą naszych zachodnich sąsiadów.

    Już w liceum odkryłam, że najlepsze przeceny są jednak za Odrą, a miasto, pomimo że ogromne, jest niezwykle przyjazne – nie tylko jego mieszkańcom, ale i nowym przybyszom. Komunikacja miejska jest świetnie rozwinięta i intuicyjna, a jeśli się zgubisz, nawet nie znając niemieckiego łatwo odnajdziesz drogę, bo Berlińczycy są niezwykle uprzejmi i pomocni.

    Co ciekawe i – jak dla mnie – niezwykle ekscytujące – nie jest ważne, jakim językiem się posługujesz i z jakiego kraju jesteś. Ważna jest Twoja chęć pomocy innym i gotowość do zaangażowania się w konkretnym projekcie. A jest w czym wybierać! Możesz sortować jedzenie pochodzące ze zbiórek żywności, opiekować się ptakami w ptasim domu starości (takie rzeczy tylko w Berlinie:), pracować przy budowie buddyjskiej świątyni czy – co aktualnie jest bardzo na czasie –  pomóc w schronisku dla uchodźców, których jak wiemy w Niemczech jest chyba najwięcej.

    1/3 Niemców angażuje się non-profit

    O stopniu zaangażowania społecznego Niemców świadczy choćby sam fakt, że aż 1/3 z nich aktywnie uczestniczy w życiu organizacji non-profit. Z pozostałych z nich, aż 50 procent chętnie by wzięło udział w wolontariacie, ale nie mogą pozwolić sobie na stałe, długoterminowe zaangażowanie. Dla nich własnie powstał Vostel, czyli platforma internetowa zrzeszająca osoby prywatne pragnące angażować się społecznie, a z drugiej strony organizacje pozarządowe szukające wolontariuszy. Vostel stanowi też miejsce, przez które prywatne firmy mogą zorganizować akcje pomocowe z udziałem swoich pracowników albo przekazać wsparcie finansowe na aktualne potrzeby.

    Sam proces zapisywania się na wolontariat jest niezwykle prosty.

    1. Wybierasz daty, w których będziesz w Berlinie lub po prostu masz czas się zaangażować, jeśli już tam mieszkasz
    2. Przeglądasz dostępne sposoby zaangażowania i przedziały godzinowe
    3. Wybierasz swój sposób na wolontariat i zapoznajesz się z dalszymi szczegółami akcji – jakie języki będą szczególnie pomocne, w jakim miejscu Berlina odbywa się pomoc, jakie czynności będziesz wykonywać.
    4. Rejestrujesz się na platformie podając podstawowe dane o sobie i zapisujesz się na wybrany wolontariat.

    Przykładowo, gdy wybrałam daty od 1 do 3 października tego roku, pojawiła się następująca lista wyników:

    wolontariat, ograniczam się, Berlin
    Jak pomagać w Berlinie?

    Podoba się Wam? Mi bardzo. I szczerze żałuję, że w Polsce nie mamy tak dobrze rozwiniętej bazy wolontariatów dla osób, które chcą się zaangażować choćby na chwilę, z doskoku.

    Poza tym, co szczególnie sobie chwalą wolontariusze, to:

    • Możliwość poznania nowych, ciekawych osób, chętnych pomóc innym w potrzebie
    • Brak wymagania znajomości języka niemieckiego, co tym bardziej umożliwia zaangażowanie osobom z innych krajów
    • Alternatywny sposób spędzenia czasu w Berlinie – Twoje ręce też się mogą przydać!

    Już się nie mogę doczekać kolejnej wizyty w moim ulubionym mieście. Tym razem spróbuję je podejść od innej, bardziej społecznej strony.

    Podoba Wam się taka forma spędzania wolnego czasu?  

    Czy myślisz, że Polska też potrzebuje swojego Vostelu?

    Minimalizm Porządki Styl życia

    Jaki jest nasz stosunek do posiadania?

    przydasie minimalizm posiadanie

    Co jakiś czas stajemy przed klasycznym, odwiecznym dylematem: mieć czy być. Ostatnio wręcz dosyć często natrafiałam na podobne analizy na wielu polskich blogach. Nie wiem, czy to koniec lata działa sprzyjająco na poddawanie się tego typu filozoficznym refleksjom, czy też każdego z nas raz na jakiś czas dopada egzystencjalna rozkmina typu: kupić jeszcze jedną (bluzkę, książkę, cokolwiek-o-czym-akurat-myślę) czy wystarczy mi tyle, ile mam, z tym co mam jestem szczęśliwy?

    To, jakie decyzje zakupowe podejmujemy, zależy w dużej mierze od naszej życiowej postawy, którą przyjmujemy, oraz od naszego stosunku do posiadania materialnych przedmiotów. Temu ostatniemu postanowiłam przyjrzeć się bliżej i zaprezentować Wam na kilku przykładach, co myślimy o tym, co mamy, jak bardzo lubimy to mieć i co nami powoduje, gdy postanawiamy zbudować kolekcje.

    „Przydasie” i drugie życie

    Lidia, czyli autorka bloga Baba przemienia materię, zajmuje się przekształcaniem przedmiotów w inne, dawaniem im drugiego życia. O swoim stosunku do posiadania pisze:

    Zaliczam się do takich zbieraczy, którzy nie pozbywają się zachomikowanych skarbów, ale jeszcze więcej znoszą do domu. Mimo wszystko staram się mieć rzeczy, które najbardziej potrzebuję. Oczywiście zawsze znajdzie się gdzieś po kątach coś co przechowuję „bo może się przydać”. Założyłam swojego bloga, żeby pokazać innym, że nie muszą kupować rzeczy nowych, prosto ze sklepu, żeby udekorować dom, ale żeby poszukali w domu takich przedmiotów, które można przerobić i stworzyć z nich coś nowego. I takich właśnie przedmiotów posiadam sporo, które czekają na przemianę/metamorfozę.

    Kolekcjonerzy

    Jedni tworzą „coś z niczego”, inni stawiają na zbieranie rzeczy, którym nadają wartość sentymentalną. Elżbieta kolekcjonuje magnesy, które przywozi z odwiedzanych przez siebie miejsc. Zapytana, co by się stało, gdyby miała się ich pozbyć, pisze:

    Nie widzę powodu, żeby się ich pozbywać. Mają dużą wartość sentymentalną, przenoszą wspomnienia tego, gdzie byłam, skąd mam moje 'zbiory’. Poza tym są ładnie wyeksponowane i tworzą elementy dekoracyjne.

    Marcin mieszka wraz ze swoją rodziną w Niemczech i kolekcjonuje. Odkąd go znam, zawsze sklejał modele, to była jego pasja. Sam o swoim stosunku do posiadania mówi:

    Jeśli chodzi o duperele, którymi przez lata obrosłem (płyty, modele takie i owakie) to rzekłbym, że w normalnych okolicznościach przyrody cenię je sobie i lubię je mieć. 

    Robiłem już kilka podejść do redukcji mojej kolekcji modeli i za każdym razem odpuszczałem, dochodząc do wniosku, że lubię je po prostu mieć, nawet jeśli życia mi nie starczy, żeby je kiedyś wszystkie poskładać. Po prostu nie mam w tej chwili nagłej potrzeby finansowej, a one same jeść nie wołają, ani na spacer wyprowadzane być nie muszą, więc niech sobie leżą. Od czasu do czasu pootwieram pudełka, pooglądam zawartość, nacieszę się nimi… 

    Każdy ma jakąś słabość i swój prywatny świat, w którym łapie oddech i ten jest mój. Gdybym, pędzony jakąś nagłą, wyższą koniecznością (choroba, wojna, uchodźcy z Syrii ;), musiał się ich pozbyć – no cóż, żal by było, ale bym się ich pozbył i tyle.

    (po chwili)
    Poza tym od pół roku nie kupowałem już modeli bo (sic!) ograniczyłem się. A tak po prawdzie, to nie mam już ich gdzie upychać, a i przesiadka na zdalniaki (samochody zdalnie sterowane – przyp.aut.) trochę się do tego przyczyniła. Dużo szybciej się je składa, a i potem jest z nimi sporo frajdy.

    Natomiast kolekcji nie mam zamiaru likwidować, bo wciąż się łudzę, że przyjdzie taki czas, gdy będę miał czas się znów zająć dłubaniem w polistyrenie.

    Marcin pokazał mi miejsce, w którym trzyma swoje modele. Ma na nie specjalne pomieszczenie, które nazywa z niemieckiego absztelraumem. Reszta jest w piwnicy i …u teściów na strychu.

    To był moment przełomowy – wywiezienie części do rodziców, wtedy pomyślałem sobie, że już chyba wystarczy. Tak naprawdę te wywiezione miałem sprzedać na portalu aukcyjnym, ale nie mogę się do tego zabrać, bo jest z tym sporo roboty. Sprzedałem już parę na Ebayu i doszedłem do wniosku, że za dużo z tym zachodu dla tych kilku Euro. 

    Spytany, czy nie sprzedaje ich z lenistwa, czy z powodu uciążliwości samego procesu sprzedaży, mówi: 

    Lenistwo to jedna sprawa, poziom uciążliwości aukcji niweluje zysk ze sprzedaży.


    Inna sprawa to taka, że kupując model mam w głowie pewną wizję jego prezentacji. Teraz, ile razy biorę pudełko do ręki, mam to znów przed oczami i myślę sobie „cholera, fajny pomysł, jeszcze go kiedyś zrealizuję”. I pudełko wraca do magazynu. Może to głupie i bez sensu, ale pozbywanie się tego to trochę jak pozbycie się marzeń. Jasne, że są ważniejsze rzeczy na świecie – dzieciaki chociażby. I przywiązywanie takiej wagi do kilku ramek z polistyrenu jest raczej głupotą. Ale dla mnie to trochę taki azyl, gdzie raz na jakiś czas mam czas tylko dla siebie. Jakaś forma medytacji. Specyficznej, w oparach farb cyjanocelulozowych o kleju. Może to kwestia tych oparów właśnie. 
    O zbieractwie jako takim mówi coś, co chyba odnosi się do większości z nas:

    Do niedawna upychałem wszystkie „przydasie” jak leci w piwnicy, ale zauważyłem, że i tak nie pamiętam, co tam mam i jak coś jest potrzebne, to idę kupić.

    Kończąc, Marcinowi się przypomniało o jeszcze jednej kolekcji: „Jeśli chodzi o płyty mam pewną słabość – lubię mieć komplet danego wykonawcy. Choć tu już w sumie mało konsekwentnie, bo na razie jeszcze żadnego z moich ulubionych nie zebrałem.”

     

    Kiedy zakupy to za wiele


    O ile kolekcjonowanie może być dla nas elementem pasji, naszego hobby, o tyle kompulsywne zakupy nie należą do radosnej części naszego życia.

    Jakiś czas temu Anna miała pewien problem.

    U mnie gromadzenie rzeczy zaczęło się, gdy zauważyłam, że zakupy, nawet takie małe, są w stanie przynieść mi odrobinę szczęścia. W wieku 20 lat, otworzyłam firmę, która niestety nie wypaliła, pakując mnie w spore długi.
    Musiałam spłacać je kolejne lata, więc nie było możliwości inwestowania w „siebie”. Jedyną przyjemnością były małe zakupy. Za parę złotych kupowanie drobiazgów, żeby przez chwilę poczuć się lepiej.
    Minęło 8 lat, a ja nawet dziś zaglądam w różne miejsca, a tam rzeczy, których nie pamiętam. Ubrania z metkami, gadżety…
    Od jakiegoś czasu staram się ich pozbyć rzeczy. Zaczęłam od sprzedaży kosmetyków i perfum… Idzie mi to mozolnie, ale do przodu.

    Szczerze trzymam za Anię kciuki i mam nadzieję, że świadomość siebie i własnych potrzeb, również tych konsumenckich, pozwoli jej powrócić do normalnego życia, bez nadmiaru niepotrzebnych rzeczy wokół.

    Kolekcjonowanie pragmatyczne

    Na koniec Teresa, która wraz z mężem prowadzi gospodarstwo pszczelarskie Miody Bartkowiaka, podzieliła się ze mną swoją historią, z którą mam wrażenie wielu z nas może się identyfikować.

    Pochodzę z rodziny, gdzie zbieranie było na porządku dziennym. Moje dzieciństwo przypadało na lata kryzysu, wspaniałe lata 80, kiedy kartonik po zachodnim soku pomarańczowym był nieziemskim skarbem. Ojciec dużo jeździł i jeździ rowerem do pracy na uczelni i przy okazji zbierał różne znaleziska „bo mogą się przydać”. Fakt, potrafił je później wykorzystać. Śruby, nakrętki, części samochodowe, narzędzia, czasem nawet gałązkę oleandra, którą ukorzenił i wyrosła w piękną, dużą i obficie kwitnącą roślinę. Ta umiejętność to czysta magia. Coś się psuje w domu i ojciec to naprawia. Naprawia samochód, rower. To czarodziej. Taki polski MacGyver. Stąd też mam do zbieractwa stosunek pragmatyczny. 

    Moje dziecięce i młodzieńcze zbieractwo polegało na zbieraniu „aby mieć więcej”, ale dość szybko zorientowałam się, że kolekcja może i rośnie, ale równocześnie zabiera miejsce i się kurzy. I właściwie, nic z tą kolekcją nie robię. Dlatego wyrzuciłam większość moich kamieni, muszli, albumów przyrodniczych, puszek, monet, ścinków materiałów. Przeprowadzka do mojego chłopaka, z którym teraz jesteśmy małżeństwem i konieczność porzucenia (całkowicie bez żalu) części mojego księgozbioru uświadomiła mi, że bez nich można żyć. 

    Zatrzymując przedmiot w swoim domu zawsze zastanawiam się kiedy z niego skorzystam i czy aby chęć zatrzymania nie jest sentymentalną tęsknotą za czymś.

     

    Czy nadal mam kolekcje? Tak, ale teraz są użytkowe. Nie lubię pierdółek na półkach. Nie mam takich. Jedynie prezenty od mamy, szklany wąż i miska po babci. 

    Chyba jestem dziwną kobietą, bo kobiety przeważnie uwielbiają figurki, sztuczne kwiaty lub suche bukiety, ozdabianie i upiększanie. Wolę przestrzeń, przez co moje mieszkanie może wydać się trochę ascetyczne. 

    ograniczam się





    Zbieractwo innych ludzi? Każdy ma jakiegoś bzika. Bzik jest nieodłącznym etapem rozwoju psychiki. Niektórzy z tego wyrastają, wrastając w coś nowego. Niektórym on pozostaje w większym lub mniejszym stopniu. Obserwuję różne kolekcje. Niestety, etap gromadzenia ma to do siebie, że trochę łatwo jest przesadzić. Nie ogarnia się wtedy dorobku. Może zajmować ogromną ilość miejsca, czasami utrudniając poruszanie się. Wtedy taka kolekcja szkodzi, zajmuje przestrzeń do życia, zbiera kurz, zabiera światło


    Natomiast przy kolekcjach posegregowanych jest nieco łatwiej. W takim przypadku, pomimo dużej ilości elementów, przy przeglądaniu można świadomie zdecydować „Zostaje czy nie zostaje?”. Wydaje mi się, że jest to dobra podpowiedź dla zbieraczy. Segregacja i pytanie „co mi daje mój zbiór” oraz „co mój zbiór daje światu?”. Są zbiory, które mogą mieć charakter edukacyjny i przez to są wartościowe, wraz z opowieścią dla młodych pokoleń, przez poszerzanie horyzontów. Widzisz, wszędzie widzę aspekt utylitarny. Nawet w czymś tak statycznym jak kolekcja. Jeśli ją wprawisz w ruch, pokażesz ją, opowiesz ludziom, to wnosi inną wartość dla świata.”

    A Ty z którą postawą w stosunku do posiadania najbardziej się identyfikujesz? Z pewnością masz własne, unikalne podejście, którym może zechcesz się ze mną podzielić.
    Jeśli tak, napisz na adres mailowy: ograniczamsie@gmail.com lub – jeśli masz ochotę – zostaw komentarz pod tym wpisem.
    Rozpocznijmy dyskusję o istocie posiadania.

    Jedzenie Zero Waste

    Gotuj to, co masz, czyli 5 przepisów na proste śniadanie

    Zainspirowana oszczędnym gotowaniem, niemarnowaniem resztek jedzenia i – koniec końców – duchem minimalizmu w kuchni, tydzień temu zainicjowałam akcję Gotuj to, co masz.

    Każdy z nas w pewnym momencie staje przed obliczem lodówki z pytaniem: nada się to jeszcze czy już wyrzucić?

    Zadając Wam pytanie na facebook’owym fanpage’u byłam zaskoczona, jak wielu z Was ma swoje ulubione, już wyrobione sposoby na wykorzystywanie końcówek jedzenia, które ma w domu. Pojawiło się kilka propozycji, do których na dorzucę garść swoich, tak byście mogli łatwiej skomponować sensowne menu na dany dzień. Dziś pod lupę wezmę śniadanie.

    ograniczam się, gotuj to co masz

    Proste przepisy na śniadanie

    Mając do dyspozycji niewiele produktów, ale wyrobiony sposób działania, wiem, które dania sprawdzają się najlepiej. Wypróbuj choć jedno z nich, które odpowiada Ci najbardziej.

    Naleśniki

    To nic innego jak mąka, mleko i jajko w odpowiednich, nie za gęstych i nie za rzadkich proporcjach. Jeśli dodasz pół łyżeczki sody oczyszczonej, możesz mieć amerykańskie pancake’i, które sama smażyłam w sobotę, gdy zabrakło parówek. Polecam też dolać do ciasta odrobinę oleju, a nie lać go na patelnię – wówczas nie spali się on i patelnia pozostanie czysta na kolejne porcje naleśnikowego ciasta.
    A do naleśników? U mnie sprawdza się serek homogenizowany, jogurt z miodem, dżem domowej roboty, albo frużelina z mrożonych owoców, których końcówkę znajdziesz w zamrażalce.
    Co jeśli nie masz jajek? Według Marty Dymek z Jadłonomii, możesz użyć zmielonego siemienia lnianego, zmielonych płatków owsianych lub ryżowych. Nawet jeśli nie jesteś weganinem lub weganką, ta kuchnia może Ci bardzo pomóc, gdy w domu brak tradycyjnych składników potraw.

    Kanapki

    Mają to do siebie, że można je zrobić praktycznie z wszystkim. No tak, łatwizna, o ile masz w domu chleb. Co jednak zrobić, gdy chleba w domu brak? Zakładam obecność mąki i proponuję…

    Podpłomyk

    Jest to proste i smaczne jedzenie, które możesz zrobić z takimi dodatkami, jakie masz właśnie w lodówce. Ciasto wykonuje się bardzo łatwo, wystarczy mąka, oliwa, sól i woda, trochę ugniatania sprawnymi dłońmi, wałek do rozpłaszczenia i voila! Teraz tylko ułóż na wierzchu to, na co masz ochotę i włóż do piekarnika rozgrzanego do 250 stopni Celsiusza na 10 minut. W propozycji Marty Greber jest to śmietana, ser pleśniowy, kapusta i gruszka. Ty możesz wykorzystać ser żółty, jabłko i kalarepę i też może być smaczne. Wystarczy rozejrzeć się po kuchni i skomponować własne dodatki.

    Myślisz – no dobra, ale z rana się spieszę do pracy i nie ma mowy o ugniataniu i pieczeniu. Co wtedy zjeść? Wtedy się kłania…

    Chrupiąca granola

    Wczoraj zrobiłam świeżą porcję swojej i pachniało nią w całym domu! Przypomniały mi się świąteczne wypieki, bo do swojej granoli dodaję dużo cynamonu i szczyptę gałki muszkatołowej. A tak naprawdę możesz wybrać takie przyprawy (byle korzenne) i takie składniki sypkie, jakie właśnie masz w szafce. Ja użyłam:

    • płatki owsiane błyskawiczne
    • pestki dyni
    • pestki słonecznika (wszystkie łuskane!)
    • wiórki kokosowe
    • suszone morele krojone w kosteczkę
    • płatki migdałowe

    Wszystko wsypujesz do miski i mieszasz, po czym zalewasz płynem zrobionym z pół szklanki miodu (lub innego słodzidła, którego używasz) z dwoma łyżkami soku jabłkowego i dodatkiem wcześniej wspomnianych przypraw. Wyrób wszystko łyżką albo ręcznie, tak by słodki płyn obtoczył wszystkie płatki, po czym rozłóż płasko na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Włóż do piekarnika rozgrzanego do 160 stopni Celsiusza (z termoobiegiem) lub 180 stopni (bez termoobiegu) i praż przez 40 minut, co jakiś czas mieszając, by równo się zarumieniły.

    W trakcie pieczenia roznosi się magiczny aromat, który zostaje na dłuższy czas. Po wystygnięciu, przesyp granolę do pojemnika i używaj, kiedy tylko masz ochotę. Jest to na pewno zdrowszy sposób na pełnowartościowe śniadanie niż gotowe muesli słodzone syropem glukozowo-fruktozowym, cukrem i dotłuszczane olejem palmowym.
    Wystarczy wieczór wcześniej wszystko przygotować, by na kolejny poranek mieć smaczne i pożywne chrupki, które możesz zajadać z jogurtem lub mlekiem. Ja zawsze dodaję jeszcze świeżych owoców, które akurat mam w domu.

    ograniczam się, granola, pieczona, sniadanie, przepisy
    Do śniadania warto się wcześniej przygotować

    Korzystam z przepisu Sophie Dahl z jej książki „Apetyczna Panna Dahl”, ale za każdym razem lekko go modyfikuję w zależności od tego, jakie mam akurat składniki. Zamiast płatków owsianych doskonale się sprawdzą orkiszowe czy pszenne. Suszone morele można z powodzeniem zastąpić wędzoną śliwką lub daktylami. Świetnie będą się komponowały wszelkiego rodzaju pokruszone orzechy.

    Widzisz, że wystarczy kilka składników, by samemu coś zdrowego, smacznego i kreatywnego wykrzesać z resztkowej kuchni.

    Jajecznica lub omlet

    Jedyny warunek: mieć w domu jajka i tłuszcz do wysmarowania patelni. Śniadanie robi się szybko, a jako dodatki możesz wrzucić to, co masz akurat w domu (cebula, szczypior, pomidor, a gdy podsmażysz wcześniej ziemniaki – wyjdzie przepyszna hiszpańska tortilla!).

    Jestem pewna, że  Wy też macie swoje typy na oszczędne i pożywne śniadania, po których mało produktów ląduje w śmieciach, a więcej na Waszych talerzach. Jakkolwiek by to nie brzmiało, to jest własnie rozsądne i kreatywne podejście do gotowania, bo gotujesz to, co masz, a świat na tym nie cierpi.

    Jakie są Twoje propozycje? Pisz śmiało, nie mogę się doczekać i wypróbować czegoś nowego!

    Minimalizm Ubrania

    Bezgotówkowa wymiana? Jak najbardziej!

    Pierwsze osiedlowe wymienianki mam już za sobą, a już w Poznaniu szykują się kolejne wydarzenia, w których warto wziąć udział.

    Pierwsze w szczególności zwróciło moją uwagę, gdyż jest darmowe, czyli idealnie wpasowuje się w ideę bezkosztowej wymiany. Jest to Targ Różności organizowany 19 września przez Stowarzyszenie Lepszy Świat, a wpierany przez Radę Osiedla Stare Miasto. Do Ogrodu Jordanowskiego przy ul. Solnej można przynosić nie tylko ubrania, ale też książki, płyty, filmy i domowe jedzenie. Za każdą rzecz dostaje się kupon, który można wymienić na wybrany inny przedmiot. Kupony można tez zachowywać na kolejne edycje imprez, gdyż odbywają się one cyklicznie. Także jeśli nic nie wybierzesz dla siebie tym razem, masz jeszcze szansę podczas kolejnego Targu Różności, o ile wszystkie zebrane kupony zachowasz.

    Podoba mi się to, że nie jest dopuszczony obrót gotówkowy, a zatem rzeczywiście jesteś w stanie obejść konsumpcjonistyczne zapędy i zyskać coś ciekawego w ramach barterowej wymiany. 

    ograniczam się, wymiana, wymienianki, minimalizm, ubrania, poznan

    4 października Międzynarodowe Targi Poznańskie opanują kobiety i ich fatałaszki, ponieważ w ten dzień odbędzie się Babi Targ organizowany przez Ośrodek Rozwoju Osobistego Kobiet „Babiląd”. Frekwencja zazwyczaj dopisuje, także każdy, kto chce wziąć udział i wystawić swoje stoisko, powinien się wcześniej zapisać i wpłacić wpisowe 20 zł. Zasad jest kilka, między innymi:

    • 20 zł to cena za stoisko wielkości 1×1,5 metra kwadratowego,
    • wystawiający może przynieść tylko jedną torbę ubrań – za kolejną jest dopłata 5 zł, a maksymalnie można mieć dwie,
    • bilet wstępu dla odwiedzających (de facto kupujących) kosztuje 5 zł,
    • wieszaki niby są, ale w limitowanej ilości – także lepiej zaopatrzyć się w swój własny.
    ograniczam się, wymiana, wymienianki, szafa, ubrania, wieszak

    Z jednej strony brzmi ciekawie, a i odwiedzających jest zazwyczaj wielu, dlatego można na redukcji swojej szafy nieźle zarobić. Z drugiej – brakuje mi w Babim Targu kultywowania idei bezgotówkowej wymiany, tak jak robi to Lepszy Świat. Poza tym sam fakt płacenia za wstęp po to, by zaopatrzyć się w używane ubrania, jest lekkim nadwerężeniem.

    Sama zastanawiam się jeszcze, którą z tych imprez wybrać. Na Targu Różności mnie jeszcze nie było, więc może skieruję swe kroki w stronę nieodkrytego, by dać Wam znać, czy warto.

    A może ktoś z Was też się pojawi i powymieniamy się nawzajem?


    Czy w Waszych miastach też organizowane są podobne wydarzenia?

    Jedzenie

    Gotuj to, co masz, czyli Kreatywna Kuchnia Domowa

    Powiem wprost i bez zbędnych ogródek: marnujemy zbyt dużo jedzenia. Byłam w szoku, gdy dowiedziałam się, że Polscy konsumenci wyrzucają 2 miliony ton (!!!) jedzenia rocznie*. Oznacza to, że każdy z nas nie potrzebuje lub marnuje ponad 52 kg produktów rocznie, co daje nam kilogram na tydzień na 1 mieszkańca (wliczając dzieci, osoby starsze, pozostające pod czyjąś opieką).

    Dlaczego marnujemy jedzenie? 

    1. Kupujemy zbyt dużo, szczególnie, jeśli na zakupy wybieramy się głodni lub gdy jesteśmy podatni na sklepowe promocje.
    2. Źle planujemy nasze wydatki na żywność. Robimy zakupy bez listy, przez co nie zawsze kupujemy dokładnie to, co jest nam rzeczywiście potrzebne. Wychodzimy ze sklepu z wieloma torbami, w których wartościowych dla nas rzeczy jest ok. 50 – 70 procent, a cała reszta wyląduje prawdopodobnie w koszu.
    3. Nie zdążymy zjeść wszystkiego, co mamy w lodówce, a już wędrujemy po kolejne zakupy. Oznacza to, że nie dość, że trwonimy niepotrzebnie pieniądze na nadmiar jedzenia, ale w dodatku marnujemy coś, co dla kogoś może się okazać ratunkiem życia (nadal ok. pół miliona dzieci w Polsce głoduje).

    Jak rozwiązać ten palący problem?

    W makroskali naszego kraju działają 32 Banki Żywności. Są to niezależnie instytucje non-profit, które zajmują się zbieraniem jedzenia bliskiego zmarnowaniu (wadliwie opakowanego, z krótkim terminem przydatności do spożycia), głównie od supermarketów, producentów czy restauracji,  i przekazywaniu go organizacjom charytatywnym, działającym na rzecz dożywiania ludzi potrzebujących. Banki są ze sobą zrzeszone i wspólnie działają na rzecz uświadamiania społeczeństwa na rzecz niemarnowania jedzenia.

    W mikroskali możesz działać w grupie lub sam/-a.

    Grupa Jedzenie Ci dam, bo mam 🙂 jest oddolną inicjatywą działającą w Poznaniu i okolicach, w której możesz zaoferować swoje jedzenie innym. Główne zasady grupy to: oferowanie jedzenia dobrego do spożycia, niezepsutego, bez oczekiwania za nie zapłaty. Może masz go za dużo i wiesz, że sam go nie przejesz? Może jesteś rolnikiem lub znasz takiego, który chętnie podzieli się nadprogramową produkcją?A może kupiłeś coś nowego, co Ci nie smakuje, ale komuś innemu przypadnie do gustu? Wówczas ogłaszasz się ze swoim produktem na grupie i czekasz na zainteresowanych. Logika jest prosta: zanim coś wyrzucisz, zastanów się, czy ktoś jeszcze by z tego nie skorzystał. 

    Co możesz zrobić w swoim domu?

    Moja propozycja brzmi następująco: gotuj to, co masz!

    Postanowiłam, że co najmniej raz w tygodniu będę gotować tylko z produktów, które mam w domu. Mogą to być zachomikowane kasze, makarony, warzywa, mięsa, może też resztki potraw z lodówki, zioła z balkonu/parapetu i nie tylko. Generalnie będę używać wszystkiego, co znajdę na swej drodze do garnka, o ile jest jadalne, nie uległo zepsuciu i nie jest pokryte pleśnią.

    ograniczam się, gotuj to co masz

    Lubię gotować i poznawać nowe smaki poprzez łączenie pozornie niepasujących do siebie produktów, dlatego to wyzwanie wydaje się być niezwykle ciekawym. Kreatywna kuchnia domowa – tak bym je określiła, choć żadna ze mnie wielka kucharka. Mam za to głowę na karku i trybiki, które się w niej kręcą i napędzają nowe pomysły, które można wykorzystać chociażby w kuchni.

    Inspiracje do gotowania można standardowo czerpać z blogów i książek kulinarnych. Pomocna może się też okazać specjalna strona stworzona jako projekt Banków Żywności „Nie marnuję”, która ma nas zachęcić do inteligentnego korzystania z domowych zapasów, tak, by jak najmniej jedzenia lądowało w śmietniku.

    Wczoraj odbierałam cotygodniowe zakupy w kooperatywie spożywczej, przydało mi się więc czyszczenie lodówki z pozostałych warzyw i ugotowanie, a w zasadzie upieczenie z nich pizzy w stylu wegetariańskim (mięsa akurat brak). A to było tak.

    Składniki na ciasto:
    mąka
    drożdże instant
    mleko z wodą
    szczypta soli i cukruSkładniki na wierzch, czyli to, co znalazłam:
    brokuł
    pomidory
    czosnek
    mozzarella (leżała już kilka tygodni i czekała na swoją szansę)
    bazylia
    zioła prowansalskie
    jajka
    cebula

    Sposób wykonania:
    Ciasto robię „na oko” i zawsze wychodzi. Wsypuję mąkę do miski (mniej więcej 2 szklanki), dosypuję drożdży (ok. 1 małej łyżeczki), zalewam lekko podgrzanym mlekiem z wodą (ok. szklanki), doprawiam solą i szczyptą cukru (żeby drożdże miały pożywkę) i wyrabiam ciasto rękami.
    Zostawiam do wyrośnięcia na tyle, na ile mam czasu. Tym razem było to 1,5 godziny. 

    ograniczam się, gotuj to co masz, gotowanie, jedzenie, oszczędzanie, kuchnia

    Po wyrośnięciu można ciasto rozwałkować i wyłożyć nim formę/blachę. Ja podrzucałam je jak włoski kucharz i nawet się mocno nie porwało 😉

    Rozłożone ciasto smarujemy świeżo ugotowanym sosem pomidorowym z czosnkiem i ziołami – ważne, żeby był dobrze odparowany, bo inaczej zbytnio wsiąknie w ciasto albo rozleje się na boki.

    Na sosie układamy mozzarellę (lub w sumie każdy ser, jaki masz w domu, w końcu wykorzystujemy resztki), pokrojoną w piórka cebulę, brokuła i jajko. Pomocnicy mile widziani!

    Gotowe? To siup do piekarnika na 15-20 minut. Ja rozgrzewam do 230 stopni, na ostatnie 5-10 minut zmniejszając do 185 stopni.

    Ale tak naprawdę pewnie masz swoje ulubione sposoby na pieczenie pizzy, więc co ja Ci będę mówić.

    Jesteś ze mną i postarasz się wykorzystać tylko to, co masz w domu do ugotowania dzisiejszego obiadu? Czekam na Wasze resztkowe przepisy! 
    *za Forbes, dane z 2014 roku
    Minimalizm Ubrania

    Pierwsze koty za płoty, czyli osiedlowe wymienianki #1

    Nie lubię chodzić do lumpeksów. Niecierpliwię się przy przeszukiwaniu wieszaków, nigdy nie potrafię nic znaleźć.

    Jeśli już mam kupować używane ubrania, wolałabym wiedzieć do kogo należały, może go poznać i porozmawiać. Niestety w second handzie tego brak. Odzież pochodzi zewsząd, także z zagranicznych wystawek czy kontenerów na używane ciuchy. A ja wolę inaczej, bezpośrednio, świadomie.

    To, czego brak lumpeksom, mają wymienianki.

    Mamy już poniedziałek, czyli dwa dni po Marcelińskich Wymieniankach osiedlowych, zatem czas na kilka słów podsumowania.

    wymienianki odzieżowe, ograniczam się

    Dwa tygodnie przed

    Było to nasze pierwsze spotkanie tego typu, pierwsze działanie na wspólnej przestrzeni. Chciałam je od samego początku w miarę profesjonalnie przygotować. Zaprojektowałam plakaty, które porozwieszałam we wszystkich klatkach. Przygotowałam ulotki tłumaczące, w jaki sposób do wymienianek się przygotować, jakie są ich zalety i jak spotkanie będzie wyglądało. Tak, wiem, trochę śmieci się z tego zrobiło, sama nie lubię, jak mi reklamy na osiedlu przyklejają, ale na swoje wytłumaczenie mam fakt, że brak u nas wspólnego forum, na którym moglibyśmy ogłaszać tego typu wydarzenia. Stary, dobry papier jest nadal najlepszym medium przenoszącym informacje.

    Okres przed wymieniankami trwał ponad 2 tygodnie po to, żebyśmy wszyscy byli w stanie się do nich dobrze przygotować: przejrzeć dziecięce szafy, pudła z zabawkami i półki z książkami, wybrać te, z których już nie korzystamy i przygotować do wystawienia na wymianę lub sprzedaż.

    Marcelino, wymienianki odzieżowe, ograniczam się

    Tydzień przed

    Na tydzień przed wymieniankami pojawił się pomysł, by zrobić w ich trakcie „coś więcej”, nadać im wyższy cel. Postanowiłam skontaktować się z pobliskim Domem Dziecka, w którym okazało się, że potrzebują ubrań i zabawek edukacyjnych dla maluchów. Dołączyłam zatem do wymienianek małą akcję charytatywną, tak by każdy mógł bezpośrednio pomóc.

    Żeby jeszcze bardziej zachęcić lokalną społeczność do wyjścia z mieszkań i poznania się nawzajem, poprosiłam kawiarnię Marcelino Chleb i Wino o przygotowanie słodkich posiłków oraz fryzjera z Akademii Wierzbicki & Schmidt (tak, tak, tych od Ostrego Cięcia!) o kolorowanie dzieciom włosów specjalną kredą. Byli zachwyceni, że mogą nam pomóc i uczestniczyć w wydarzeniu tworzącym lokalną społeczność.

    Podwórkowy marketing

    Jako społeczeństwo konsumpcyjne małe mamy pojęcie o alternatywnych sposobach nabywania przedmiotów, innych od kupowania w sklepie, za pieniądze. W przypadku osiedlowej akcji pomocny okazywał się „podwórkowy marketing„, czyli indywidualne rozmowy przy piaskownicy, na klatce czy w garażu. Zainteresowanie inicjatywą wydawało się duże, każdy, z kim rozmawiałam był zainspirowany do szafowej domowej rewolucji i obiecywał się pojawić.

    wymienianki odzieżowe, ograniczam się

    Wymienianki czas start!

    W sam dzień eventu znacznie się ochłodziło i groziło opadami, ale na szczęście ciemne chmury przesuwały się szybkim tempem obok.

    Ostatecznie wystawców nie było wielu, za to ruch na patio był dość spory. Pomimo mocnego wiatru co chwilę ktoś przychodził, by obejrzeć, co rozłożyliśmy na naszych kocach, kupić ubranka lub książki, wypić kawę od Marcelino lub po prostu zobaczyć, jak wyglądają wymienianki. Sporo osób zjawiło się po to, by zostawić rzeczy dla Domu Dziecka, za co jestem im bardzo wdzięczna.

    ograniczam się, wymienianki odzieżowe

    Podsumowanie

    Jedyne, co bym zmieniła tego dnia, to pogoda, która nie zachęcała do wyściubienia z domu nosa. Poza tym jestem bardzo dumna, że wymienianki udało się zorganizować. „Pierwsze koty za płoty”, jak mówiła pani Kinga z Marcelino, która również ma ochotę na więcej. Czas więc szykować kolejne edycje, tym razem już dla szerszego grona.

    Akademia Wierzbicki & Schmidt, wymienianki

    Coś jeszcze? Jeśli jesteś w stanie mi pomóc i podrzucić kilka pomysłów na lepszą organizację, daj znać! Chętnie je wykorzystam.



    Minimalizm

    Magia wymieniania

    Pierwszy raz usłyszałam o nich pół roku temu. Swap parties, szafing, ciuchowisko. Wymienianki. Od razu przykuły moją uwagę, choćby z tego powodu, że do tej pory nie miałam pojęcia o ich istnieniu i w żadnych nie brałam udziału. Po tym, jak odwiedziłam Babi Targ i znalazłam kilka perełek dla mojej córki za kilka złotych, stwierdziłam, że to wprost genialna forma na zdobycie nowych ubrań czy czegokolwiek innego, czego potrzebujesz. Płacisz niewiele lub wcale, bo nie o zarobek tu chodzi, lecz o ofiarowanie rzeczom, których masz zbyt dużo, drugiego życia.

    Od razu zapragnęłam wciągnąć w to moją lokalną społeczność i sprawdzić, czy to wypali.

    Test odbędzie się w tę sobotę o godzinie 10:00 na naszym osiedlowym patio. Będą to wymienianki dziecięce, na których oprócz nabywania rzeczy dla siebie można będzie wesprzeć Dom Dziecka przy ul. Swoboda w Poznaniu.
    wymienianki odzieżowe, ograniczam się
    Wymieniaj się ubraniami, książkami i zabawkami, wspomagaj Dom Dziecka
    Zachęcam moich sąsiadów do przejrzenia szaf swoich dzieci, pudeł z zabawkami i półek z książkami w poszukiwaniu tego, czego już nie używają albo z czego wyrosły. Początek roku szkolnego wydaje się być ku temu idealną okazją. Może dzieciaki znajdą dla siebie coś, czego potrzebują, u innych dzieci? Może upatrzą książkę, która od tej pory będzie ich ulubioną? A może przekażą wartościowe rzeczy dzieciom z domu dziecka i sprawią innym radość?

    wymienianki odzieżowe, ograniczam się
    Po co są wymienianki? Jak się do nich przygotować? Wszystko znajduje się na ulotce.
    Znajoma twierdzi, że jej córeczka najchętniej bawi się miśkiem, który pożyczyła niedawno od kilka miesięcy starszego kolegi. Inne zabawki poszły w odstawkę, a ten jest czymś wyjątkowym, bo otrzymanym od kolegi, w zamian za własną – bodajże – lalkę.
    Coś rzeczywiście w tym jest. Ja sama przez pewien czas najchętniej nosiłam sukienkę w groszki i szarą bluzkę rozszerzaną ku dołowi, które dostałam od koleżanki. Pomimo, że była o rozmiar ode mnie mniejsza, te akurat ubrania pasowały na mnie jak ulał. Chodziłam w nich do pracy, na nieformalne wyjścia oraz formalne kolacje. Były (i nadal są!) idealne, czy to dlatego, że tak dobrze na mnie leżały, czy też z powodu kojarzenia ich z postacią koleżanki, która po jakimś czasie wyprowadziła się do innego miasta i kontakt nam się urwał.
    ***
    Przywiązujemy się do tego, co posiadamy. W końcu nasz materialny stan kreuje po części to, kim jesteśmy. A może jest na odwrót – to, kim jesteśmy, nasza osobowość i świadomość społeczna wpływają na nasz stan posiadania, na to, z jakiego źródła kupujemy rzeczy, czy o nie dbamy i w jaki sposób się z nimi rozstajemy, gdy ich już nie potrzebujemy.
    Zastanów się, może i Ty zorganizujesz u siebie wymienianki? Zintegrujesz lokalną społeczność i pozwolisz dziecku poznać inną formę nabywania rzeczy niż kupowanie w sklepie? 
    Ja spróbuję w weekend i dam Wam znać, jak wyszło! A wszystkich z Marcelina w Poznaniu zapraszam na patio! Będzie to istna magia wymieniania.
    Ekologia Jedzenie

    Moc kooperatywy

    Kilka tygodni temu chciałam się zapisać do kooperatywy spożywczej. Dopiero teraz spełniłam mój cel, skontaktowałam się z członkami spółdzielni, wpisałam się na listę dystrybucyjną i mogę korzystać z pełni praw kooperanta.

    W niedzielę zrobiłam moje pierwsze zamówienie, po to, by już we wtorek je odebrać. Hurra!
    Poznańska Kooperatywa Spożywcza ma ponad 100 członków. Produkty zamawia m.in. z gospodarstwa prowadzącego uprawy organiczne, znajdującego się w odległości ok. 50 km od centrum miasta, można powiedzieć, że z dala od cywilizacji. Wśród nich są warzywa i sezonowe owoce oraz mleko i sery, zarówno krowie, jak i kozie. Oprócz tego jest jeszcze szereg innych produktów pochodzących z różnych źródeł, w tym miód, zioła, herbatki ziołowe i przetwory. 
    kooperatywa spożywcza
    Moje zamówienie było całkiem spore. Najbardziej cieszyłam się z mleka prosto od krowy i kozy 🙂
    Osobiście jestem bardzo zadowolona z jakości tego, co zamówiłam. Marchewka jest niezwykle intensywna w smaku, podobnie pomidory i szczypior, prawdziwe, wyhodowane bez oprysków i zbędnej chemii. Tak, jest ubrudzone w ziemi, i tak, zdarza się dziurka lub robaczek, ale to tylko jest dowód na to, że rolnicy prowadzą gospodarstwo w sposób organiczny i całkowicie naturalny.
    Kooperatywa rządzi się według zasad demokracji bezpośredniej.

    Zamówienia są co tydzień koordynowane przez ochotników, którzy sami zapisują się na listę. Osoba u steru w danym tygodniu rozsyła maile, zbiera zapisy na produkty, informuje gospodarstwo o rodzaju zamówienia, potem wydaje zakupy, rozlicza się finansowo i sprząta pomieszczenie, w którym się wszyscy spotykają. W koordynacji przyświeca zasada rotacji i samodzielności – każdy nowy członek, w tym ja, powinien się przyuczyć do bycia koordynatorem na początku pomagając w wydawaniu zamówień, po to by po jakimś czasie samemu móc koordynować. 

    kooperatywa spożywcza
    Na miejscu koordynatorzy wydają zamówienia i panują nad finansami. A warzywa i zioła pachną aż ślinka cieknie!
    Jedyna rzecz, która mnie zastanawia, to fakt, że na ponad 100 członków kooperatywy tylko  15-20 % aktywnie zamawia i uczestniczy w jej życiu. 
    Czy w ponad półmilionowym mieście nie znajdzie się więcej osób chętnych żywić siebie i swoje rodziny jedzeniem organicznym prosto od rolnika? 
    Czy pomoc w organizowaniu dostaw i koordynowaniu zamówień jest zbyt wymagająca, by raz na jakiś czas się jej podjąć?
    Osobiście szczerze i z serca Was zachęcam: zapisujcie się pisząc na maila pokospokoo@gmail.com i przychodźcie na Libelta 22 w Poznaniu, by zapoznać się ze sposobem działania tej jakże szczytnej inicjatywy. Z członkostwa są same korzyści, w tym przede wszystkim Wasze zdrowie. 
    Poznaniacy (i nie tylko) – do kooperatywy!
    kooperatywa spożywcza
    Marchewka lekko przybrudzona, ale jakże smaczna!