Sprawdź teraz

Zapisz się do Klubu

    Książki Ubrania

    Szybka moda i jej ofiary – „Życie na miarę” Marek Rabij

    98 kurtek i płaszczy, 255 kardiganów i swetrów, 400 koszulek, 272 sukienki i 194 pary spodni. Jest w czym wybierać! A to tylko modele ubrań dostępne w ramach jednej marki na obecny sezon. Nic tylko wsiąknąć na kilka dni w centrum handlowe i buszować po wieszakach jak mysz w spiżarni. Czy aby coś dla siebie znajdziesz? Czy szybka moda ma dla Ciebie ofertę? Marek Rabij, autor książki „Życie na miarę” pokazuje, jaka jest prawdziwa twarz szybkiej mody.

    Szybka, szybsza, katastrofa

    Tradycyjnie rozumiane sezony ustalone przez dyktatorów mody trwają od wiosny do lata i od jesieni do zimy. Zmieniają się jeden po drugim nie potrzebując przerwy. Co sezon wydana na świat zostaje nowa kolekcja ubrań szytych na miarę projektanta znanej marki. Następnie charakterystyczne elementy pojawiają się w kolekcjach odzieżowych sieciówek, po to by za kolejnych kilka miesięcy zagościły na każdym bazarku. Z tą tylko różnicą, że w ostatnich latach cykl życia odzieży dramatycznie się skrócił. Zamiast dwóch sezonów wielkie koncerny odzieżowe planują ich kilka do kilkunastu na rok. Co za tym idzie, uszycie kolekcji musi następować bardzo szybko, często ze szkodą dla jakości ubrań, nie wspominając o komforcie pracy w szwalniach. Ryzyko, że coś po drodze między projektem a wykonaniem nie wyjdzie jest dość wysokie, szczególnie, jeśli delegujemy wykonanie zamówienia do kraju oddalonego o kilka tysięcy kilometrów.

    Jaka jest cena t-shirtu?

    Co piąte ubranie na świecie pochodzi z Bangladeszu. 5,5 mln t-shirtów dziennie sprzedają sklepy na całym świecie. Oznacza to, że co 10 człowiek powinien codziennie kupić jedną sztukę, żeby wyczyścić magazyny. Szybko zmieniające się sezony w modzie tworzą presję na zakładach szwalniczych i ich pracownikach w Bangladeszu. Żeby wykonać zamówienie dla znanej marki odzieżowej, musi nastąpić szereg zdarzeń, które w efekcie złożą się na dostarczenie zamówienia do magazynów w Europie czy Stanach.

    Po pierwsze, znane marki dbają o to, żeby mieć na miejscu swojego reprezentanta trzymającego rękę na pulsie jeśli chodzi o status wykonania zamówienia. Są to najczęściej pracownicy pośredników zwanych ‘buying houses’, czyli domów kupieckich, które zatrudniają osoby dbające o terminowość, kontrolę jakości, odpowiedni transport i rozliczenie się z wykonawcami. To dodatkowy koszt przy produkcji odzieży, ale pewność dla wielkich koncernów, że nic nie stanie na drodze przy wprowadzeniu nowej kolekcji na czas.

    Drugim i najważniejszym ogniwem łańcucha produkcji są szwalnie. Często błędnie rozumiemy je jako parterowe zakłady z kilkudziesięcioma lub kilkuset pracownikami przy maszynach. Otóż bangladeskie szwalnie to budynki przypominające połączenie biurowców z fabrykami. Mają po kilka, często 6-7 pięter, a na każdym z nich pracuje ok. 200-500 osób. A potem jest jeszcze szereg podwykonawców, którym wielkie szwalnie zlecają wykańczanie całych partii ubrań. Wszywanie guzików, obrabianie dziurek czy sandblasting spodni to zadania dla klepiących biedę małych zakładów na prowincjach Bangladeszu.

    Życie na miarę

    Marek Rabij, autor książki „Życie na miarę”, zaobserwował ciekawą formę planowania wielkich zakładów odzieżowych. Na parterze są zawsze ulokowane magazyny na gotową odzież, którą łatwo można załadować i wysłać. Na wyższych piętrach umieszczone są szwalnie z często za ciężkimi maszynami i przeludnionymi halami. Przepisy bezpieczeństwa i przeciwpożarowe traktowane są jako czysta formalność, której niestety się nie przestrzega. Stąd największym zagrożeniem dla ubierających nas zakładów są zawalenia budynków i pożary.

    Marek Rabij zycie na miare nozyce szycie ksiazka co czytac

    „Życie na miarę” Marek Rabij

    W budynku Rana Plaza, w którym szył polski koncern odzieżowy LPP (właściciel marek Reserved i Cropp) gdy wybuchł ogień – najprawdopodobniej z przyczyny przeciążenia sieci elektrycznej –  potrzebował kilku godzin, by strawić cały budynek wraz z jego pracownikami. Ewakuacja zawiodła, a pracownicy do ostatnich chwil trzymani byli w niepewności, co tak naprawdę się dzieje. Gdy było za późno, skakali z okien i w większości ginęli na miejscu przez zderzenie z ziemią. Dostawy odzieży z części na parterze można było wywieźć bezpiecznie.
     
    Rana Plaza to tylko jeden przykład. Niestety jest ich więcej i stanowią mocno ukrywany wyrzut sumienia wielkich koncernów odzieżowych. Akcje CSR, które mają odwrócić uwagę od warunków pracy w szwalniach, są niczym różowy puder na pryszczatej twarzy. Chwilowo zdają egzamin, bo jaki konsument zada sobie trud, żeby pojechać do Bangladeszu i zajrzeć do szwalni, czy choćby  raport organizacji Clean Clothes?

    Czym jest dobra cena

    Pewna norweska organizacja pozarządowa wysłała do Kambodży autorki blogów modowych, by zobaczyły, w jakich warunkach szyte są noszone przez nich ubrania. Szafiarki zszokowane były problemami, z którymi pracownice borykają się na co dzień, bardzo przejęły się ich losem i koniecznie chciały go zmienić. Nie rozumiały, dlaczego szwaczki muszą pracować za głodowe pensje – czyli przysłowiowy 1 dolar dziennie – i bezpłatnie wykonywać nadgodziny, często nie mając czasu na załatwienie podstawowych potrzeb. Po pewnym czasie do głosu doszła kwestia zarobków odzieżowych koncernów – jak wielkie muszą być ich zyski, skoro produkcja jest aż tak tania. Kolejny logicznym wnioskiem było: jak tania mogłaby być odzież, gdyby ominąć wielkie koncerny.
    Dla nas Rana Plaza mogłaby płonąć co tydzień, gdybyśmy mogli za ubrania płacić 10 razy mniej.
    Czy pazerność gatunku ludzkiego nie zna granic? Czy teza, którą stawia Marek Rabij może być prawdziwa?

    Kto jest ofiarą szybkiej mody?

    W Bangladeszu nikt nie życzy własnym dzieciom pracy w szwalni. Stawki są głodowe, a ryzyko urazów przy starej maszynie, kalectwa przy sandblastingu wycieranych jeansów czy śmierci w trakcie pożaru zbyt wysokie. Awans społeczny, którym miało być porzucenie uprawy roli i przejście do fabryk, odbija się czkawką na całym wyzyskiwanym przez nas, bogaty Zachód, społeczeństwie. Przeciętnego pracownika fabryki nie stać jest na kupienie jednego wyprodukowanego przez siebie t-shirtu, co jest dobrze obrazującym ironię sytuacji paradoksem.
    Spójrzmy jednak na siebie. Wysyłanie produkcji za ocean sprawiło, że rezygnujemy z własnych szwalni. Sami również tracimy umiejętność szycia i dbania o ubrania. Nie znamy się na materiałach, rzadko kiedy czytamy metki i rozumiemy, co jest na nich napisane. Do krawcowej czy szewca chodzimy tylko po drobne przeróbki. Zwiększamy płacę minimalną u nas, a przymykamy oko na tych, którzy kroją i szyją nasze ubrania w Azji.
    Szybka moda to jest nasz problem, z którym powinniśmy nauczyć się radzić.
     
    Bangladesz niebezpieczenstwo kto szyje ubrania szwalnie
    Kampania Clean Clothes: Bangladeskie szwalnie w niebezpieczeństwie

    Co możesz zrobić?

    Świadomość to pierwszy krok do dobrej konsumpcji. Może nie potrzeba nam 400 koszulek na sezon, żeby wybrać tę jedną, odpowiednią. Może warto zbudować swoją szafę na ponadczasowych kolorach i krojach, tkaninach dobrej jakości zszytych w etycznie godnych warunkach, które przetrwają zmieniające się naście razy w roku sezony. Może warto pójść czasem do krawcowej i uszyć swój strój w całości, na wymiar. Może warto zwolnić i pomyśleć, czy potrzebujemy tego aż tyle. Oby nasze dzieci miały to szczęście i poznały kiedyś, jak wygląda igła i nitka i do czego może służyć.
     
    Promujmy dobre wzorce, rozmawiajmy o świadomej modzie i mądrej konsumpcji. Dzielmy się własnym doświadczeniem, jeśli chodzi o ubrania dobrej jakości szyte sprawiedliwie. Wszyscy powinniśmy na tym skorzystać.
     
    Post Scriptum
    Dawno nie kupowałam już ubrań dla siebie. Odkąd prowadzę bloga, sporadycznie wymieniam garderobę na nową, w zasadzie tylko wtedy, kiedy coś się zniszczy. Po przeczytaniu „Życia na miarę”, ale również „Slow fashion” mam jednak dylemat, gdzie kupować, gdy zajdzie taka potrzeba. Jeśli znacie dobre marki, piszcie w komentarzach i polecajcie. Stwórzmy bazę dla innych, by wiedzieli, gdzie warto się ubierać.
    Jedzenie

    Fleksitarianizm, czyli jak często jeść mięso

    Soczewica, fasola, ciecierzyca – te kilka rodzajów roślin strączkowych może zmienić Twoje myślenie. Dzięki nim przeszłam na fleksitarianizm, jeśli tak mogę nazwać dietę, która panuje teraz w moim domu.

    Fleksi-co? Po co nazywać dietę, która nie jest niczym konkretnym. Przecież to tylko ograniczenie ilości mięsa spożywanego w trakcie tygodnia w stosunku do posiłków składających się z roślin. Dlaczego powstała ta jakże dziwna dieta? I co więcej, dlaczego się na nią zdecydowałam? Postaram się pokrótce z tego wytłumaczyć.

    Continue Reading

    Soczewica, fasola, ciecierzyca – te kilka rodzajów roślin strączkowych może zmienić Twoje myślenie. Dzięki nim przeszłam na fleksitarianizm, jeśli tak mogę nazwać dietę, która panuje teraz w moim domu.

    Fleksi-co? Po co nazywać dietę, która nie jest niczym konkretnym. Przecież to tylko ograniczenie ilości mięsa spożywanego w trakcie tygodnia w stosunku do posiłków składających się z roślin. Dlaczego powstała ta jakże dziwna dieta? I co więcej, dlaczego się na nią zdecydowałam? Postaram się pokrótce z tego wytłumaczyć.

    Continue Reading

    Trzy po trzy

    Trzy po trzy, czyli co polecam kobietom na Dzień Kobiet

    Książki, blogi i kosmetyki – to są rzeczy, które lubimy najbardziej. Postanowiłam stworzyć krótki ranking tych zasługujących na wyróżnienie z okazji Dnia Kobiet. Kierowałam się kryterium świadomej konsumpcji stworzonej pod kobiece gusta, ze szczególnym uwzględnieniem atrakcyjnej formy i wysokiej jakości. Mam nadzieję, że moje trójki przypadną Wam do gustu!

    Trzy książki, które warto przeczytać w Dzień Kobiet

    1. „Slow fashion” Joanny Glogazy – o modzie świadomej, kontrolowaniu własnej szafy, właściwym doborze ubrań i ich jakości. Pisałam już o niej na blogu, ale jeśli jeszcze nie mieliście okazji, to koniecznie zajrzyjcie.

    Continue Reading

    Książki Styl życia

    15 sposobów na celebrowanie kobiecości

    Kobieto, jutro Twoje święto! Nie czekaj, aż ktoś się pierwszy zorientuje, zrób to sama i weź szczęście w swoje ręce.

    Pewnie dostaniesz od swojej drugiej połówki oczekiwany prezent, może tulipana, a koledzy z pracy zrobią Ci niespodziankę i upieką gruszkową tartę. Może się też zdarzyć, że żadna z tych rzeczy się nie pojawi, bo ile kobiet tyle sytuacji życiowych, a my oczekując na wypełnienie kobiecego dnia tradycyjną treścią będziemy czekać do 23:59 na odpowiedni gest z zewnątrz.

    Po co? Po co to sobie robimy? Po co męczymy się psychicznie i jednocześnie nękamy innych? Po co nam kolejny prezent, skoro przecież… ograniczamy się?

    Mam dla Ciebie szereg propozycji, które możesz zrobić własnym sumptem, by uczcić płeć daną Ci przez los/ matkę naturę/ rodziców/ Boga/ geny (niepotrzebne skreślić). W ten dzień możesz być egoistką i skupić się tylko na swoich przyjemnościach – oczywiście na tyle, na ile pozwoli Ci regularny tryb zwykłego jak każdy inny dnia.

    15 sposobów na uczczenie Dnia Kobiet

    1. Obudź się rano z uśmiechem na ustach – daj sobie chwilę na powolne rozbudzenie, rozkoszuj się nowo zaczynającym się dniem o poranku. Jeśli nie mieszkasz w Polsce, pewnie dotkną twej twarzy nawet promienie słońca.

    2. Pomyśl o trzech rzeczach, które w sobie lubisz – ćwiczenie wdzięczności warto w ogóle uczynić codziennym nawykiem. W tym wydaniu robimy to poprzez autoafirmację, przyznając przed samą sobą, że są rzeczy, w których jesteśmy super i nikt nas nie przebije. Możesz zapisać te rzeczy na kartce i wrócić do niej wieczorową porą.

    3. Przygotuj królewskie śniadanie – najlepiej kreatywnie wykorzystując to, co masz już w swojej lodówce, a może zainspirujesz się do użycia tylko 5 składników, by zjeść coś minimalistycznego? Ważne jednak, żeby Ci smakowało, było ciepłe, pożywne, a wygląd i zapach karmił zmysły.

    4. Zrób sobie szybką, ale przemiłą pielęgnację. Jeśli już masz krem idealny, delektuj się rozsmarowywaniem go po każdym elemencie swojej twarzy, odczuwając ją jako spójną i rozpieszczaną własnie całość. Możesz do tego użyć ulubionego schnącego oleju – z pestek moreli spełni to zadanie. Weź balsam do ciała, olej migdałowy lub inną maź i rozetrzyj od stóp do głów. Potrzyj nadgarstki i zgięcia w łokciach ulubionym olejkiem eterycznym, by wąchać przez cały dzień.

    5. Wyluzuj, nie spiesz się! Skup się na chwili obecnej, nie trwa i niech będzie taka, jaka jest. Nie spiesz się, by od niej uciec. Zrób kilka rzeczy wolniej niż zwykle, może odnajdziesz w nich nieznaną wcześniej przyjemność.

    6. Włącz ulubioną o poranku muzykę, nawet jeśli gnasz na autobus albo walczysz z ubraniem swojego przedszkolaka, zrób to z klasą, wybierz płytę i z uśmiechem na ustach zmierz się z codzienną poranną rutyną.

    7. Doceń kobiecość odpowiednim ubiorem. Nie musisz wyciągać wyjściowej sukni z tafty, w której obskakujesz każde wesele. Wystarczy mały dodatek, by poczuć się wyjątkowo. Może apaszka z kwiecistym wzorem, zabawny t-shirt czy ulubiony, lecz rzadko zakładany łańcuszek. Detale tworzą całość i mogą zmienić Twoje samopoczucie na cały ciężki dzień.

    8. Nie oczekuj komplementów, komplementuj sama. Zauważ piękno otaczających Cię osób, spraw, by poczuły się przez Ciebie docenione. Miłe słowo, o ile wypowiedziane zupełnie szczerze i bezinteresownie, może odmienić kompletnie cały czyjś dzień. Nie sil się na sztucznie brzmiące pochwały, postaraj się dojrzeć prawdziwą wartość Twoich: współpracowników, przyjaciół, a nawet sąsiadów czy osób na ulicy. Zwykły uśmiech, którym obdzielisz przechodniów, może wnieść wiele do ich życia.

    Dzień Kobiet rozkosz relaks romantyczny ograniczam się zadbaj szczęście

    9. W wolnej chwili zajrzyj na profil Marty Frej, na pewno narysowała coś, co wypływa również z Twojego wnętrza. Tym bardziej w Dzień Kobiet warto odnieść się do jej wersji kobiecości, by z przymrużeniem oka potraktować siebie.

    10. Po pracy (lub innych obowiązkach) znajdź czas na wyciszenie się przy kilku minutach jogi. Jeśli wolisz, możesz to zrobić bezpośrednio przed snem, by oderwać się od szumu myśli krążących po głowie, rozluźnić mięśnie i rozciagnąć stawy.

    11. Bądź dla siebie romantyczna. Przygotuj ulubioną przez Ciebie słodkość, zapal świece i zrób sobie wieczorną, acz skromną ucztę. Może to być zwykła owsianka z syropem klonowym serwowana jak pudding, możesz ugotować sobie gorącą czekoladę z kakao i mlekiem (wymiata!). Może to być szereg rzeczy, o których akurat myślisz. Wiem, że kieliszek wina również wprowadza magiczny nastrój. Celebrowanie chwili do niezwykle kobieca sprawa.

    12. Znajdź chwilę na ulubioną książkę. Gdybym radziła sama sobie, napisałabym: przeczytaj coś dla przyjemności, niezobowiązującego, najlepiej literacką fikcję lub pozycję typowo babską. Na co dzień „zadręczam się” reportażami przyprawiającymi o narastający Weltschmerz. Tym razem warto więc wybrać coś, co przypomni, że jest też świat wyobraźni i wymyślonych postaci, u których wszystko jest w najlepszym porządku. Macie coś godnego polecenia?

    13. Jeśli wolisz, możesz spędzić ten czas oglądając jeden z wymienionych filmów: „Sufrażystka”, „Mamma mia”, „Godziny”, „To skomplikowane”, „Dwoje do poprawki”, „Drive”, „Była sobie dziewczyna”, „Jej wysokość Afrodyta” czy jakikolwiek film z Meryl Streep, Carrie Mulligan czy Heleną Bohnam Carter. Polecam.

    14. Zrób kąpiel pełną rozkoszy. Możesz celebrować kobiecość w wannie. Użyj soli i olejków eterycznych, albo wybierz płatki owsiane, odżywczy olej i płatki róży czy skruszoną lawendę. Rozejrzyj się wokół i zauważ te niepozorne rzeczy, z których możesz zrobić wyjątkową relaksującą kąpiel. Małe, domowe spa relaksuje i pozwala skupić się na rozpieszczaniu samej siebie, nawet jeśli masz tylko godzinę po położeniu dzieci spać.

    15. Wieczorem zadbaj o właściwą atmosferę dla relaksu i zmysłów: włącz ulubione płyty jazzowe, z muzyką klasyczną czy czymkolwiem, co wprawia Cię w rozkoszny nastrój. Dla mnie to zawsze Miles Davis „Kind of Blue”, do której znam wszystkie solówki trąbki i saksofonu, i Erykah Badu – „Baduizm Live”. Rozpływam się już przy jej pierwszych dźwiękach! A dla Ciebie?

    Widzisz sama, jak wiele możesz zrobić dla siebie. Nie oczekuj od innych, że będą Ci nadskakiwać. Weź sprawy w swoje ręce i zaplanuj dzień idealny już teraz. Bez zbędnych kosztów, bez robienia sobie nadziei. Jesteś silna, piękna i masz „to coś”, a przynajmniej może się o tym dowiesz już jutro. Od samej siebie. Do dzieła!

    ***

     

    Podpowiedz mi inne elementy, które może zawierać idealny Dzień Kobiet. Co na jutro planujesz?
    Jedzenie Książki

    Czy chorujesz na ortoreksję? Recenzja „Zamień chemię na jedzenie”

    Najlepsza książka, jaką ostatnio czytałam. Bez wątpienia motywacyjny kopniak, żeby zmienić swoje życie o 180 stopni. Szokuje, miesza z błotem Twoje dotychczasowe przekonania, wbija w fotel. Bo jak ma adrenalina nie podskoczyć, kiedy chodzi o Twoje własne, ukochane życie?

    To już 3 lata, odkąd książka ta edukuje Polaków w zakresie zdrowego odżywiania. Mowa o „Zamień chemię na jedzenie” autorstwa Julity Bator. To z niej dowiedziałam się, dlaczego właściwie nawozy sztuczne są szkodliwe. To ona uświadomiła mi negatywny wpływ pszenicy na kondycję mojego zdrowia. To dzięki niej znów pokochałam kiszonki i własne przetwory. To ona pokazała mi, jak ekologia może zagościć w moim życiu. Ta książka wprowadziła w moim domu rewolucję ostrą jak mój kuchenny tasak i nie zawaham się jej użyć.

    Jakieś 6 lat temu Julita Bator zaczęła szczegółowo analizować, dlaczego jej dzieci tak często chorują, skąd się biorą ich alergie i jak leczyć inaczej niż farmaceutycznie. Doznała szoku, gdy podczas wakacji na Krecie popuściła dzieciom cugli w sprawach żywieniowych i ku swemu zdziwieniu nie stwierdziła u nich żadnych uczuleń. Dzieci jadły to, na co zazwyczaj reagowały wysypką czy kaszlem. Analiza przypadku skłoniła ją do następujących wniosków:

    • jedzenie karmione rolniczą chemią wywołuje alergie pokarmowe,
    • sztuczne składniki prowadzą do wielu niespodziewanych chorób,
    • jedzenie wysoko przetworzone wpędza nas w przypadłości cywilizacyjne.

    Czytając to od razu miałam przed oczami mojego J., który po pryskanych pomidorach sam wygląda jak po oprysku. Przypomniał mi się jego suchotniczy kaszel, gdy żywiliśmy się „zwykłym” sklepowym jedzeniem („Przedszkolak, musi swoje przejść”). I odpukując w niemalowane muszę stwierdzić wyraźną poprawę naszego stanu zdrowia odkąd zaczęliśmy kupować w kooperatywie spożywczej i bezpośrednio od rolników.

    Zamień chemię na jedzenie Julita Bator ograniczam się

    Zamień chemię na jedzenie

    „Zamień chemię na jedzenie”

    10 rzeczy, które uświadomiła mi książka „Zamień chemię na jedzenie”

    1. Nie choruję na ortokresję, czyli obsesję na punkcie spożywanego pokarmu, ale jego jakość jest dla mnie niezmiernie ważna.

    2. Zdrowe, proste jedzenie jest w dzisiejszych czasach towarem luksusowym. Jest to paradoks naszego pokolenia, gdyż te zwykłe – by się mogło wydawać – składniki zastępowane są przez tańsze, gorsze, bo sztuczne zamienniki. Teraz drożdżówka z cukrem stoi na wyżynach piramidy zdrowego żywienia, dziękując za brak dodatku syropu glukozowo-fruktozowego czy bezkalorycznego aspartamu.

    Nowe pokolenie dzieci jako pierwsze we współczesnych dziejach jest w gorszej kondycji zdrowotnej niż pokolenie rodziców.

    3. Sztuczne składniki są dozwolone w określonych dawkach w produktach spożywczych. Gdyby nie to, producenci najzwyczajniej w świecie by ich nie stosowali (bo są mądrzy i odpowiedzialni?). Szkodliwym dla zdrowia nie jest sam fakt zjedzenia chipsów z metryczką E w składzie. Chodzi o regularne spożywanie jedzenia zawierającego sztuczne dodatki, składniki modyfikowane genetycznie, karmione chemią i podsypane konserwantami. To ilość ma bowiem decydujący wpływ na stan naszego układu hormonalnego.

    Aby gatunek ludzki mógł się dalej rozmnażać i rozwijać, potrzebuje zdrowego i sprawnego układu hormonalnego.

    Krótko: zaburzenia hormonalne mogą prowadzić do przedwczesnych porodów, ADHD, schorzeń tarczycy, astmy, autyzmu, białaczki, raka mózgu (żeby wymienić kilka).

    4. Są dobre, złe i neutralne sztuczne dodatki do żywności. Warto czytać etykiety, sprawdzać skład kupowanych przez siebie produktów i potraw względem szkodliwości substancji w nich zawartych. W „Zamień chemię na jedzenie” znajdziemy mnóstwo analiz poszczególnych produktów pod kątem składu, z wyróżnieniem elementów szkodliwych względem tych w porządku.

    Najgorsze z nich to: benzoesan sodu (E211), glutaminian sodu (E 621), siarczyny i pochodne (E 221, E 226), azotyny (E 249 i E 250), tartrazyna (E 102), dwutlenek siarki (E 220) i kwas sorbowy (E 200).

    Większość z nich jest odpowiedzialna za astmę, choroby oskrzeli, wysypki, migreny czy nawet depresję.

    5. Pszenica jest gorsza niż cukier. 100 g przetworzonej pszenicy (np. mąki pszennej) podwyższa indeks glikemiczny bardziej niż 100 g cukru! Co oznacza, że bardziej niż słodzenia wystrzegajmy się białego pieczywa, w dodatku pieczonego nie na zakwasie, lecz na drożdżach. Zastąpienie białej mąki pszennej razową nie daje wiele, bo współczesne ziarno pszenicy jest tak zmodyfikowane genetycznie, że wywołuje wiele alergii i chorób.

    Jakie zboża warto jeść? Kaszę jaglaną, orkisz, kaszę gryczaną, czyli to, co jadało się dawniej.

    6. W młynku do kawy można mielić zboże. W życiu bym nie pomyślała, żeby w domu uruchomić własny młyn. Julita Bator jednak śmiało do tego zachęca. Na własny, niewielki (zaznaczam) użytek można zmielić wspomnianą jaglankę czy brązowy ryż, by z niego zrobić domowe wypieki. Oczywiście jeśli pieczemy dużo i często, warto mieć sprawdzone źródło zdrowej, grubo mielonej mąki z niepryskanych upraw. W młynku można też zmielić migdały, zestawy przypraw czy zrobić cukier waniliowy!

    Zamień chemię na jedzenie Julita Bator recenzja książki

    Zamień chemię na jedzenie

    7. Mleko najlepsze prosto od krowy. To jasne, ale kto z nas ma w dzisiejszych czasach do takiego mleka dostęp (oprócz tego, że ja, w kooperatywie)? Jeśli nie mamy okazji pić nieprzetworzonego mleka, wybierajmy to pasteryzowane w niższej temperaturze. Dobrze na mleko działa również mikrofiltracja. Unikajmy mleka UHT, które może jedynie służyć do …wywabiania uporczywych plam.

    8. Pijmy wodę z kranu. Zimna woda z kranu w większości polskich miast nadaje się do picia bez przegotowania, ponieważ jest kontrolowana pod kątem zanieczyszczeń i bakterii więcej niż raz dziennie.

    Autorka chwali szczególnie krakowską wodę, bo z nią ma na co dzień do czynienia. Muszę więc zbadać temat w Poznaniu. Ciekawe, czy macie jakieś dane na temat wody w innych miastach Polski?

    9. Leki i suplementy mogą szkodzić. Nie tylko antybiotyki są na cenzurowanym. Skład syropów czy kolorowych tabletek ma w sobie barwniki, słodziki i konserwanty, które używane często mogą wywoływać reakcje alergiczne. To tak jak z kaszlem mojego synka – nie wiem, czy to jeszcze gardło, czy już wysuszone błony śluzowe od sztucznego dodatku.

    10. Jedz kiszonki i nie marudź. Zamiast stosować leki, wzmacniaj odporność naturalnymi metodami, jak kiszenie warzyw, robienie przetworów na zimę, w tym soków w malin czy aronii. Postaw na naturalne składniki i jakość, a ciało Ci to wynagrodzi.

    Obniżenie wartości odżywczej produktów jest wprost proporcjonalne do wzrostu ich toksyczności. Wygrywa ten, który wyprodukuje taniej, szybciej, więcej. (…) Wpadliśmy w pułapkę stylu 50 % gratis. Gratis dostajemy nowotwór, rozchwiany układ hormonalny i ciągle chore dzieci.

    „Zamień chemię…” jest dla mnie ostatnio skarbnicą wiedzy, ale też inspiracją do wymyślania prostych, zdrowych przepisów. Wystarczy zastąpić tradycyjnie używane mniej zdrowe składniki na te, które przyniosą nam większą wartość. Kształtowanie zdrowych nawyków żywieniowych może się okazać prostsze, niż Ci się wydaje.

    Książkę możesz kupić w tym miejscu lub w dobrych księgarniach stacjonarnych.

     ***

    Jestem ciekawa, jakie proste metody stosujesz w swojej kuchni dla zdrowia siebie i swoich bliskich. A może nie wiesz, jak z czegoś zrezygnować? 

    Kosmetyki

    Krem idealny? Testuję Resibo

    Smaruję się, wcieram, stosuję same smakołyki. Jak miło jest pielęgnować skórę z myślą, że jej to smakuje. Bo jak może nie smakować, skoro w składzie same ekstrakty z roślin, które chętnie by się zjadło albo przynajmniej nieustannie wąchało. Wyciąg z liści winogron, rabarbar, ekstrakt z limonki czy lawenda łaskoczą w nos i przyjemnie stymulują już od rana. Czy są jednak jakieś składniki, które nam nie służą?

    Już 2 miesiące sprawdzam różne smarowidła na swojej twarzy poszukując tego najlepszego, wymarzonego.

    Jaki jest dla mnie krem idealny?

    1. Nie może podrażniać mojej wrażliwej skóry

    2. Musi nawilżać i odżywiać w odpowiednio zrównoważony sposób

    3. Powinien mieć krótki i naturalny skład z kontrolowanych upraw, najlepiej ekologicznych

    4. Nie powinien być testowany na zwierzętach

    5. Musi być w przystępnej cenie, bym nie zbankrutowała kupując go co miesiąc lub dwa. Continue Reading

    Styl życia

    Mój oskarowy faworyt

    Jeśli ci wszyscy królowie kauczuku są ludźmi, to ja jestem wężem.
    Mój faworyt na najlepszy film obcojęzyczny nie został nagrodzony. Jest mi niezmiernie przykro, choć jednocześnie cieszę się, że mogłam go obejrzeć w jednym z moich ulubionych kin studyjnych, co zresztą wszystkim polecam.

    Continue Reading

    Styl życia

    Jak okiełznać informacyjny chaos

    Czytam, wertuję kartki, przerzucam strony. Nowy rok niewątpliwie upływa mi pod znakiem słowa czytanego. Dawno nie miałam tyle czasu, chęci i zawzięcia, żeby porządnie wziąć się wreszcie za to, co mnie naprawdę interesuje i kręci – poszerzanie wiedzy z zakresu świadomego życia oraz …zwykłej wieczornej przyjemności.

    Skąd mam czas?

    Cóż, odkąd w grudniu zrobiłam sobie tydzień bez telewizji, oraz odkąd telewizja zaczęła mnie jeszcze bardziej denerwować niż wcześniej, samoistnie ograniczyłam czas spędzany przed odbiornikiem. Niczego sobie nie narzucam, nie robię wyzwań czy maratonów. Po prostu nie muszę – wieczorem wolę spędzić czas inaczej.
     
    meme, internet
    Źródło

    Jeśli nie telewizja to co?

     

    Nie, nie zastępuję czasu przed telewizorem otwieraniem 100 zakładek, żeby dowiedzieć się, co nowego na świecie. I nie, nie kupuję codziennie gazet, żeby się tego dowiedzieć. I wiecie co, zupełnie mi z tym dobrze! Kiedyś czułabym się winna, że jestem człowiekiem nieodpowiedzialnym, bo żeby wiedzieć trzeba się nieustannie dowiadywać. Pudelek donosi codziennie, a skoro donosi, widocznie coś się dzieje, a ja muszę wiedzieć. Onet, WP czy Gazeta nadal żyją i mają się świetnie, nie wyobrażam sobie dnia, w którym informacje miałyby się dla nich skończyć. Po prostu bez informacji, które są dla mnie zbędne, jest mi zupełnie dobrze!

     

    Bycie na bieżąco to powszechny nawyk, czasem wręcz uzależnienie. Uważamy, że jeśli przez jeden dzień nie przejrzymy internetów, świat się zawali, nasz kraj stanie w rebelii i z pewnością zesłane zostaną na nas wszystkie możliwe plagi, w tym spadające z nieba żaby (a my w dodatku się o tym nie dowiemy, bo nie czytamy internetu). Dzieje się jednak coś zupełnie odwrotnego. Życie toczy się własnym, dotychczasowym rytmem. Po dniu nastaje noc, a po nocy dzień. Dzieci nadal płaczą, gdy są głodne. Nożyce się odzywają, gdy uderzysz w stół. Może tylko ptaki wracają trochę wcześniej z ciepłych krajów, bo pory roku się jakby rozjechały. Ale żeby to wiedzieć, nie musisz sprawdzać w appce, wystarczy wyjrzeć za okno.

     
    Źródło

    1,77

     
    Chaos informacyjny dopada nas zewsząd. Nawet na moich ulubionych grupach na facebooku zdarza się tyle czczych dyskusji, że z chęcią bym tupnęła wirtualną nogą i z nich na raz wystąpiła. Ale tego nie robię, bo …jeszcze nie mam odwagi być tak jak Mo . Jako jedna ze statystycznych obywatelek świata spędzam w social media 1,77 godzin dziennie*. To tyle, ile można poświęcić na wykonanie sporego zadania w pracy, np. potrzebnej wszystkim prezentacji w power poincie. W tyle czasu upieczesz też pieczeń z 1,5 kilogramowego baraniego udźca, lub, jeśli wolisz, z fasoli i ciecierzycy. 1,77 godzin możesz się bawić w berka, chowanego i rolnik-sam-w-dolinie (powszechnie znane jako rolnik-w-sandolinie) i nie mieć dość. 1,77 jednak przeznaczasz na utrzymywanie kontaktów ze znajomymi (sic!).
     
    web, internet
    Global Web Index 2015
     

    Na zdrowie

    Skoro mamy tylu znajomych, a sława o nas się niesie wraz z kolejnym zamieszczonym w sieci zdjęciem, skąd tyle osób samotnych, ogarniętych depresją i brakiem sensu życia? Okazuje się, że jedno to być poinformowanym, co w sieci piszczy, by nie czuć się pomiętym. Drugie to przeżywać coś wraz z innymi w kontakcie bezpośrednim, by czuć się włączonym w ich życie (ang. feel included). Tylko ten drugi sposób spędzania z innymi czasu daje nam coś więcej niż tylko informację.
     
    facebook, statistics, statystyka, internet
    Nie lubimy facebooka, bo są tam już nasi rodzice.
     
     

    Łączność bez kabla to zmniejszone ryzyko zachorowań na raka, lepsza kondycja psychofizyczna, wyższy poziom endorfin we krwi, a co za tym wszystkim idzie – wyższy poziom zadowolenia z życia. Szczęście jest mierzalne tym, ile dobrego jakościowo czasu spędzasz z innymi, w szczególności z najbliższymi. Ponoć codziennie spożywanie posiłku z rodziną znacznie redukuje ryzyko zawału serca i innych ciężkich chorób, bardziej niż zdrowe odżywianie się i regularne uprawianie sportu (!).

    Na dzisiaj kończę

     
    Idę wziąć męża na spytki, jak minął mu dzień. Powiem mu, za co ja jestem mu wdzięczna, idąc za radą Kasi. Zdam mu relację z ważniejszych punktów moich ostatnich 12 godzin. Może się pośmiejemy, może się pokłócimy, ale będzie to nasz czas we wzajemnej interakcji. A potem wracam do książek. Szelestu drukowanych kartek nigdy za wiele. Nie mam na to danych, ale na pewno redukuje ryzyko imbecilis neurologica**.
     
    Źródło
     
     
     * Dane przedstawione w artykule pochodzą z raportu Global Web Index za 2015 rok
    ** Choroba wspomniana w artykule wynika z niedoczytywania książek lub chronicznego braku kontaktu ze słowem pisanym i tak naprawdę nie istnieje (ale WHO powinno rozważyć wpisanie jej w indeks chorób).
     
    Zdjęcie tytułowe – Edubirdie

    Blog

    To już rok

    Dokładnie rok temu pojawił się na blogu pierwszy wpis. Rok temu rozpoczęłam moją przygodę z tworzeniem własnej przestrzeni w internecie. Rok temu zaczęłam też proces wewnętrznej zmiany, która odcisnęła się we mnie w dość znaczący sposób. Rok temu były łatwe trudnego początki.

    Na początku miał to być blog, który pomoże mi wytrwać we własnych postanowieniach, w dokonaniu zaplanowanej przemiany. Temat ograniczania się utkwił we mnie na dobre i nie chciał mi dać spokoju, nawet jak już mogłam odpuścić, bo byłam zadowolona z tego, co sobie wypracowałam. Ograniczanie się uzależnia. Każdy dzień, każda przeczytana książka, każda rozmowa mogła wywołać iskrę twórczą, by potem ją przekuć na nowy wpis.

    Ten, kto bloguje lub uprawia zawód dziennikarza, zna to doskonale. Nie możesz się obrócić, a już masz 5 kolejnych pomysłów do wykorzystania na blogu lub w artykule. Gdyby jednak nie Wy, kochani Czytelnicy, pewnie nie miałabym tyle siły i samozaparcia, żeby nadal pisać. Dlatego też Wam przede wszystkim dziękuję – za to, że zaglądacie regularnie, pozostawiacie po sobie ślad w postaci komentarza, nawiązujecie kontakt, chcecie się bliżej poznać. Wam również zawdzięczam fakt, że wiem, w którym kierunku iść, co Wam się u mnie podoba, a gdzie zaglądacie rzadziej.

    Częstujcie się!
     Ankieta, którą mieliście okazję wypełnić, pokazuje mi kciuk w górę, bo w skali od 0-10 oceniliście mojego bloga na 7,64. Oceny kształtowały się między 5 a 10, z czego najwięcej było ósemek (31 proc.), co mnie naprawdę cieszy. To, że 8 proc. z Was dało mi piątkę daje mi sygnał, by nie przestawać w doskonaleniu się, co mam nadzieję będzie się stopniowo działo.

    Największa część z Was czyta mojego bloga kilka razy w tygodniu (46 proc.), czyli domyślam się, że wtedy, kiedy pojawiają się nowe wpisy. 3 procent z Was szuka tu treści codziennie, natomiast ja nie nadążam z tak częstym publikowaniem ze względu na moje życie rodzinne i zawodowe. Mam nadzieję, że mi to wybaczacie.

    Jeśli chodzi o motywację do czytania bloga, większość z Was trafia tu ze względu na zainteresowanie tematyką (77 proc.), opis stylu życia, który podziela (40 proc.) lub przez polecenie na innym blogu (31 proc.).

    Poprosiłam Was o dość szczegółową ocenę poszczególnych elementów bloga i ich jakości. W skali 1-5 większość z Was oceniała je na 4-4,5, co mnie również cieszy. Uważacie, że blog jest pisany spójnie, zgodnie z przesłaniem, podany w atrakcyjnej formie dla odbiorcy.

    Wśród kategorii najwyżej plasuje się minimalizm (4,69), najrzadziej czytacie o wymieniankach (3,83).

    Podaliście mi kilka ciekawych uwag odnośnie niektórych z nich.

    W minimalizmie chętnie poczytacie o inspiracjach do tego stylu życia, o minimalizmie innym niż odzieżowy, o wartościowych relacjach międzyludzkich. Chcecie też więcej praktycznej wiedzy, know-how, przykładów odgruzowywania mieszkania, porad dotyczących „szarej rzeczywistości”.

    W kategorii odżywiam się szukacie większej ilości praktycznych, zdrowych przepisów, chcecie tematu dotyczącego generowania jak najmniejszej ilości odpadów, diety bez mleka i jajek. Dostałam też negatywny komentarz, że spożywam mięso, a piszę o tematyce 'zero waste’. Nie ukrywam, że nie jestem wegetarianką, staram się kupować zdrowe, niefaszerowane chemią mięso od zwierząt, które chodziły po trawie i ją spożywały. Wiem, że dla wielu jest to i tak niedopuszczalne zachowanie. To prawda, że skłaniam się bardziej ku fleksitarianizmowi (czyli ograniczaniu mięsa w diecie do minimum), ale nie chcę też, byście mnie negatywnie oceniali ze względu na dietę, która mi odpowiada. Nie będę zakłamywać rzeczywistości.

    O czytaniu chcecie dużo i nawet niekoniecznie w temacie bloga. Padła propozycja, bym polecała wszystko, co czytam. W to mi graj! Choć ostatnio brak mi lektur typowo rozrywkowych (od zawsze lubiłam stąpać mocno po ziemi pochłaniając reportaże z Czarnego i nie tylko), jak tylko jednak dorwę coś wartego polecenia, nie zawaham się o tym napisać. Proponujecie też współpracę z biblioteką – chętnie się dowiem więcej o tym pomyśle, żebym go właściwie zrozumiała. Gwoli wyjaśnienia, co miesiąc pojawiam się w mojej filii i wypożyczam. Książki, które kupuję, chętnie potem odsprzedaję albo mogę się wymienić na inne. Gdybyście byli zainteresowani piszcie na ograniczamsie@gmail.com (niektórzy wolą w wiadomości na facebooku).

    Rzadziej czytacie kategorię bywam offline, ale okazuje się, że taki styl życia jest dla niektórych nieosiągalny lub niepraktyczny. Z jednej strony lubicie być online. Z drugiej mam kilka sygnałów, że część z Was żyje bez telewizji od kilku lub kilkunastu lat. Nie mniej jednak, nadal zamierzam praktykować odłączania kabla lub sieci wi-fi, przynajmniej raz na jakiś czas.

    W temacie wymienianek chętnie dowiecie się, jak rozszerzyć akcję na inne dzielnice lub miasta, chcecie być na bieżąco o tego typu akcjach w całej Polsce. Daje mi to do myślenia, może uda mi się kompilować tego typu wydarzenia i je Wam co jakiś czas przekazywać. Liczę na Wasz wkład!

    Są jeszcze inne tematy, które według Was powinnam poruszać – między innymi freeganizm, tematy związane z dziećmi czy recyclingiem tkanin. Dziękuję za ten jakże cenny wkład! Są to rzeczy mi bliskie, więc prędzej czy później myślę, że też pojawią się na blogu, jeśli już nie są obecne w okrojonej formie.

    Zapytałam Was też o to, jak oceniacie newsletter, który wysyłam do osób zapisanych na listę odbiorców. Ci z Was, którzy go otrzymują, twierdzą, że newsletter to „jedna z najlepszych części bloga, jest spersonalizowany, sympatyczny i zachęca do lektury wpisów„. Cieszy mnie to niezmiernie, bo do tego właśnie ma służyć newsletter – wywoływać uśmiech, zmuszać do myślenia, a jednocześnie przypominać o lekturze tego, co ostatnio napisałam.

    Fanpage na facebooku również oceniliście bardzo wysoko (jakość wpisów 4,59!), więc cieszę się, że akurat na tym portalu jest mnie najwięcej (choć działa to pewnie w obie strony – im mnie więcej na facebooku, tym lepszy fanpage). Niemniej jednak są dni, kiedy jestem offline i wtedy do Was nie piszę. Ale chyba to zrozumiałe, prawda?

    Elementy stałe na stronie bloga, czyli zapisy na newslettera, udostępnianie w mediach społecznościowych, archiwum bloga, popularne wpisy oraz tagi oceniacie jakie przydatne, każdy ma mocno powyżej czwórki (w skali 1-5). Musiałam o nie zapytać, bo myślę o lekkiej zmianie wizualnej bloga, może nawet całej platformy i chcę wiedzieć, co powinnam zostawić, a z czego mogłabym zrezygnować, by mieć minimum niezbędnych rzeczy, które są Wam (i mi) potrzebne.

    Na koniec kilka luźnych wypowiedzi, które się pojawiły:

    Bardzo ciekawy, dobrze osadzony w polskiej rzeczywistości blog. Chętnie przeczytam więcej wpisów dot. finansów. A dzięki newsletterowi mogę zawsze udaje mi się przeczytać najnowsze wpisy.

    Pozostań wierna sobie. Jest dobrze.

    Blog jest odzwierciedleniem Twoich przekonań, przemyśleń, zachowań. To najpewniej cała Ty, więc nic nie musisz zmieniać 🙂

    Jestem zachwycona Twoim blogiem. (…) Ja dopiero dojrzewam do minimalizmu i Twój bardzo mi pomaga w drodze do minimalizmu 🙂

    Jeszcze raz dziękuję Wam za udział w ankiecie. Dzięki Wam wiem, na czym powinnam się skupić, co odpuścić i że warto pozostać wierną sobie i własnym przekonaniom. Jesteście wielcy!

    Blog

    Internetowe love

    Czytam ostatnio świetne blogi i koniecznie chcę się nimi z Wami podzielić. Bo czymże jest sieć, jeśli nie wzajemną relacją tych, którzy tu istnieją i mają swoje ciepłe miejsce po drugiej stronie ekranu? Nawet jeśli nie mają facebooka, nie jedzą mięsa czy nie używają w kosmetykach chemii? Tak, tak, internet jest pełen tego typu freaków. To znaczy świat. To znaczy internet=świat (sic!).
     
    blogi, weganizm, minimalizm
     
    Iza Kornet od października pięknie się fotografuje w wegańskich stylizacjach prosto w lumpeksów. I świetnie jej to wychodzi!
    Mortycja rozprawia się z istotą weganizmu i tym, czy ktoś, kto jest na wegańskiej dieciemoże się już uważać za weganina. Ciekawa konkluzja, także zajrzyjcie! Sama jem mięso, ale idea weganizmu jest mi bardzo bliska (czy to się kłóci?). Lubię wegańskie kosmetyki, nie lubię wyzyskiwania zwierząt przy produkcji czegokolwiek dla ludzkiej zachcianki. Mortycja wie za to, gdzie mogą się ukrywać zwierzęce dodatki i jak ich można uniknąć.
    Jak już mowa o kosmetykach, to kilka wegańskich marek wpadło mi ostatnio w oko. Są wyjątkowe, bo lokalne, polskie, nasze własne. Jedną z nich jest Resibo, których krem do twarzy teraz testuję, ale o tym jeszcze napiszę. Druga to Zielone Laboratorium, gdzie jedyny udział zwierząt to …inspiracja. Poczucie misji połączone ze świetnym pomysłem i humorem do mnie trafia.
    Będąc w kosmetykowym flow nie mogę nie wspomnieć o Oldze, która zastanawia się, czym się smarować w trakcie ciąży, żeby nie zwariować, a skóra pozostała gładka jak pupcia rosnącego w nas niemowlaka.
    Sama w trakcie pierwszej ciąży używałam oleju migdałowego i masła shea i skóra była pięknie nawilżona i napięta. W drugiej ciąży coś mnie podkusiło, by zastosować kosmetyki apteczne i bach! Zmiany na brzuchu były niestety dość widocznie. Teraz regeneruję się naturalnymi olejami, ćwiczę brzuchy, ograniczam słodycze i liczę na magiczne zniknięcie niechcianych zmian.
    Cream of the crop to dziwaczka prostoty, Mo. Żyje bez fejsbuka, bez kolorowej pościeli i bez plastikowychtoreb. Ale tę historię musicie przeczytać sami, bo śmiech Was zwali z tego, na czym właśnie siedzicie. Bardzo się cieszę, że Mo wróciła do blogowania, mimo że jej wcześniej nie znałam, bo …nigdy nie czytałam blogów. Teraz to mój obowiązkowy punkt tygodnia dowiedzieć się, co u Mo w trawie piszczy i co ciekawego wyciągnęła ze śmietnika.
    Ciekawe, co Was w tym tygodniu zachwyciło lub wręcz zwaliło z krzesła? 
    Podróże

    Jak się żyje za 1 dolar dziennie

    Ile potrzebujesz pieniędzy, żeby przeżyć? A ile potrzebujesz, żeby być szczęśliwym?

    80 procent nastolatków marzy o tym, żeby w dorosłym życiu dużo zarabiać. Bogactwo ma im pozwolić na kupno najnowszych telefonów, sprzętu elektronicznego, ubrań, szybkich samochodów, pomóc w zrealizowaniu podróży dookoła świata. Takie marzenia mają nastolatki.
     
    ograniczam się, fair trade
    O czym marzą?
    Gdy ja byłam w  ich wieku… Cóż, może myślałam podobnie, ale moje życie niekoniecznie szło tymi torami, które miałyby mnie do bogactwa zbliżyć. Miałam w swojej głowie raczej zdobywanie ciekawych doświadczeń niż zarabianie kokosów. Wiedziałam, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze, ale mogłam to mówić z wygodnej pozycji osoby, której niczego w życiu nie brakowało. Mogłam spokojnie pójść na studia humanistyczne i nie zważać na już wtedy zmieniające się wymagania rynku pracy, który otwierał się na specjalizacje techniczne. Żyłam przekonaniem, że najważniejsze jest robić to, co się kocha, a wówczas znajdą się na to pieniądze. Teraz też tak myślę, ale w trakcie mojej już prawie 10- letniej kariery nauczyłam się, żeby żadną pracą nie gardzić. A jak nie ma pieniędzy, bo czekamy na idealne zlecenie, to nawet kasowanie za bułki w Macu jest wymarzonym zajęciem.
    Nie doświadczyłam skrajnej biedy – i obym nigdy nie musiała. Siedzę w ciepłym i jasnym mieszkaniu, bo stać  mnie na opłacenie prądu i ogrzewania. Żyję w kraju, gdzie średnia zarobków to 4000 zł, a najniższa krajowa to 1850 zł. Co ma jednak powiedzieć mieszkanka Nigeru czy Sierra Leone, gdzie około połowa społeczeństwa żyje za mniej niż 1,90 dolara dziennie?* Jakie ona ma marzenia? Co chciałaby w życiu osiągnąć? I czy w ogóle myśli tymi kategoriami?
    Mówiąc o krajach „trzeciego świata” i panującej tam biedzie nawet nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, przez co ich mieszkańcy muszą codziennie przechodzić. Jak bardzo brakuje im podstawowych dóbr do prowadzenia zwykłego – dla nas – życia, po to, by w ogóle zacząć myśleć o swojej przeszłości jako obiecującej perspektywie.  Do pogłębionego zrozumienia sytuacji najmniej zarabiających postanowili dojść młodzi studenci ze Stanów Zjednoczonych, a o swoich wnioskach nakręcić film „Living on one dollar”. Wybrali kraj, w którym panuje bieda, bardzo duża część społeczeństwa trudni się rolnictwem i żyje za poniżej granicy ubóstwa. Gwatemala.
    jak przeżyć za dolara
    Źródło
    Wybierają się do Peña Blanca, miejscowości, w której większość osób żyje bez dostępu do bieżącej wody, stabilnego dachu nad głową i gwarancji regularnych dochodów. Postanawiają sprawdzić na własnej skórze, z czym muszą się zmierzyć mieszkańcy tej wioski w swoim codziennym życiu i podejmują wyzwanie: przeżyć 56 dni za 1 dolar dziennie – tak zresztą jak 1.1 mld ludzi na świecie. Jak sami twierdzą, studiując ekonomię nie wszystko można zrozumieć, jeśli jedynym źródłem wiedzy są podręczniki. Dlatego wyjeżdżają na całe wakacje, wynajmują chatę, w której będą mieszkać w kilka osób oraz dzierżawią kawałek poletka, na którym mają zamiar uprawiać warzywa, by zrozumieć również sposób zarabiania na życie większości Gwatemalczyków.

    Pożywienie

    Każdego dnia losują, ile pieniędzy będą mieli na przeżycie . Tak jak mieszkańcy tamtych krajów mają nieregularne zarobki uzależnione od sprzedaży płodów rolnych, tak i oni raz będą mieli dolara, innym razem aż 9 do własnej dyspozycji.
    W trakcie trwania eksperymentu przechodzą przez trudne chwile, kiedy kilka dni z rzędu losują tylko po 1-2 dolary. Wówczas zaczynają przymierać głodem, są apatyczni i nie mają siły na uprawianie pola. W kolejnych dniach cieszą się, gdy stać ich na pożywną strawę, inną niż ugotowane na ogniu badyle. Zaczynają dostrzegać proste
    radości, doceniać zwykłe rzeczy, które ich spotykają na co dzień. Jednocześnie podpatrują, jak z trudną sytuacją radzą sobie mieszkańcy Peña Blanca. Uczą się od nich współpracy, wzajemnej pomocy w potrzebie. Widzą, że wielu z nich ma swoje marzenia, myśli o wyrwaniu się z błędnego koła ubóstwa, ale nie ma na to bezpieczeństwa finansowego, żeby móc podjąć ryzyko rozpoczęcia nowego zawodu czy edukacji w wybranym kierunku.

    Mikrofinanse

    Badając mechanizmy finansowe dostępne dla takich mieszkańców okazuje się, że wcale nie dla nich są one przeznaczone. Żeby wziąć kredyt, trzeba mieć stałe zatrudnienie, ubezpieczenie i wiele innych czynników, których ubodzy rolnicy nie są w stanie spełnić.
    Okazuje się jednak, że potrzeba jest matką wynalazku. I tak jak Muhammad Yunus w Bangladeszu wymyślił mikropożyczki dla mieszkańców zbyt biednych na tradycyjny kredyt (za co w 2006 roku otrzymał nagrodę Nobla), tak i w Gwatemali mieszkańcy Peña Blanca zaczęli się sami organizować w samopomocowe spółdzielnie i wspierać się finansowo. Ktoś, kto miał dni z większym przypływem gotówki odkładał to do wspólnej kasy, tak by ktoś inny z tej kasy mógł sobie sfinansować kupno pieca do gotowania albo nowego sprzętu do uprawy roli.
    Pomimo dotkliwej biedy i bardzo trudnych warunków do życia, Amerykanom trudno było się rozstać z mieszkańcami wioski, z którymi zdążyli zawrzeć szczere i bezinteresowne przyjaźnie.  W  obliczu problemów ludzie się integrują i tworzą silne relacje, wiedząc, że mogą na sobie polegać. Bo na państwie nie mogą.

    Własne podwórko

    Są śmiałkowie, którym i w Polsce udaje się żyć bez zakupów  – choćby w znanym przez wielu przedsięwzięciu organizowanym przez Martę Sapałę na blogu Nie kupuję. Obserwuję., a potem opisanym w książce „Mniej”. Eksperymentowanie z oszczędzaniem, badanie własnych potrzeb i zachcianek jest dla nas niezwykle pouczające, szczególnie w czasach szalejącego konsumpcjonizmu. Uświadamianie sobie nonsensu częstych zakupów zbliża nas do szerzej zakrojonego ruchu, który może innym również otworzy oczy.
    Czy aby z tych zaoszczędzonych pieniędzy możemy jakoś pomóc tym najbardziej potrzebującym w Gwatemali, Nigerze czy Sierra Leone? Na krótką metę jest to wątpliwe.

    Co więc możemy zrobić, żeby na świecie żyło się lepiej?

    • Zmieniajmy zwyczaje zakupowe na zdrowsze.
    • Szanujmy środowisko.
    • Kupujmy produkty fair trade.
    • Dbajmy o relacje z innymi.
    • Dzielmy się tym, co już mamy, z ludźmi potrzebującymi.
    A może w następnej kolejności uda nam się podzielić z tymi, którzy są dalej, za granicą, za oceanem.
    Co możemy zrobić dla nich teraz, to mówić o sprawiedliwej dystrybucji dóbr na świecie. Możemy pisać o dobrym handlu i uczciwej płacy za wykonywaną pracę, choćby w lubianym przez sieciówki odzieżowe Bangladeszu. Możemy zrobić z tego modę, że kupujemy mniej za trochę więcej dużo lepszego. Bo to dużo robi różnicę.  
     
    I przede wszystkim edukujmy, tak by nasze dzieci widziały głębszy sens w życiu niż zarabianie pieniędzy na szybkie auto i najnowszy telefon.
     
     
    P.S.
    Producenci filmu „Living on one dollar” zachęcają, by mówić o trudnej sytuacji wielu ludzi na świecie w szkołach. W ten sposób możemy uczynić różnicę i przyczyniać się do szerzenia dobrej edukacji na tematy trudnej ekonomii. Jeśli chcesz, na ich stronie możesz złożyć datek na polepszenie sytuacji w Peña Blanca. W ten sposób autorzy chcą podziękować bohaterom filmu, którzy mając niewiele stali się dla nich tak pomocni.
    * Dane finansowe przedstawione w artykule pochodzą z raportów Banku Światowego, dostępnych na tej stronie

    Książki Minimalizm

    Dojrzałość dla zaawansowanych

    Życie to proces, ciąg przyczynowo – skutkowy. Niektórzy przyrównują je do drogi, którą kroczysz każdego dnia i nigdy nie wiesz, co Cię zaskoczy. Inni wizualizują sobie życie niczym górę. Przez pierwsze lata na nią wchodzisz, po to by ją poznać. A potem schodząc możesz opowiedzieć innym, jaki z tej góry jest widok i dać wskazówki, jak najlepiej ją zdobyć.  Już wiesz, co to za góra.

     

    Minimalistka polska

     

    Prosty blog jest jedną z moich ulubionych pozycji cotygodniowej lektury blogów. Zaczynając moją przygodę z ograniczaniem się, sięgnęłam odruchowo po „Minimalizm po polsku” i się nie zawiodłam. Spokój i rozwaga, z jaką Anna Mularczyk-Meyer opisuje nasz – bo polski –  sposób na ugryzienie prostego stylu życia jest na tyle przekonujący, że samemu aż chce się wskoczyć w te same buty co autorka i zacząć kroczyć tą drogą. Niedawno ukazała się jej najnowsza książka, która według mnie robi jeszcze większe wrażenie.

    „Minimalizm dla zaawansowanych” jest dziełem bardzo osobistym. Ania otwarcie odkrywa przed nami swoje słabości i – jak to sama określa – demony, z którymi długi czas walczyła. Dotyka sfery ciała, które dla wielu jest obiektem kompleksów i zakłopotania. Przechodzi przez etap ruchu i jego istoty w naszym codziennym życiu i postrzeganiu siebie. Pisze o odżywianiu się i dietach, którym wielu spędzają sen z powiek. Do wszystkiego odnosi się osobiście i w sposób niezwykle odsłaniający własną drogę do harmonii z poszczególnymi elementami składowymi swojego życia. Osobiste rozdziały umiejętnie, acz subtelnie przeplata rozmowami ze znajomymi minimalistami, od których tylko możemy jeszcze więcej czerpać.

    Continue Reading

    Kosmetyki

    Eco Cosmetics czy Eco Spa – kosmetyki, oleje i hydrolaty

    W poprzednim wpisie pokazałam Wam, na czym warto się skupić przy wyborze kosmetyków pielęgnacyjnych o dobrym składzie. Zwracałam uwagę na czytanie ulotek i sprawdzanie składów. Wyjaśniłam, na czym polegają certyfikaty bezpiecznych kosmetyków i czym ja się kieruję przy moich wyborach.

    Dziś chcę Wam pokazać kilka przykładów, od których sama zaczynałam. Będą to kosmetyki niemieckiej marki Eco Cosmetics oraz oleje i hydrolaty z EcoSpa.

    Szampon pielęgnujący z liściem oliwnym i malwą Eco Cosmetics


    Świetnie myje, pieni się, jest wpisany na listę Vegan Society, 100 % składników jest pochodzenia naturalnego, 12,1 % jest z eko-upraw.

    Przeznaczenie (wg producenta): włosy suche i zniszczone.

     

    Opinia: Moje włosy są dość wymagające, po farbowaniu, więc szampon mógłby być bardziej odżywczy. Włosy dość trudno się rozczesują i bez użycia odżywki dość mocno się plączą, ale po wysuszeniu są niespotykanie puszyste i miękkie. Ogólnie polecam osobom z włosami niezbyt wymagającymi.

    Można go kupić za ok. 22 zł w internecie lub w dobrych sklepach drogeryjnych.

    eco cosmetics szampon

     

    Odżywka do włosów z zieloną herbatą i jojobą Eco Cosmetics


    Używam więcej niż zwykłej odżywki, a opakowanie jest mniejsze, więc niestety wypada nieekonomicznie w porównaniu z dotychczasowymi odżywkami.  100 % składników jest pochodzenia naturalnego, 10,95% pochodzenia ekologicznego.

    Przeznaczenie: wszystkie rodzaje włosów

    Opinia: co prawda zużywam jej więcej, ale po zastosowaniu włosy są miękkie, dobrze odżywione i nawilżone, a jednoczenie nie są nadmiernie obciążone, jak mi się zdarzało przy kosmetykach do włosów przeznaczonych po farbowaniu. Rozczesują się dobrze, nie plączą się. Polecam!

    Odżywka jest dostępna w internecie, kupisz ją za ok. 18 zł za 125 ml.

    eco cosmetics odżywka do wlosów minimalizm ekologia

    HIT! Pasta do zębów bez fluoru z czarnuszką Eco Cosmetics

    Czarnuszka posiada właściwości odkażające i przeciwzapalne, szałwia, echinacea i zielona herbata nadają odpowiednią świeżość, a krzemionka działa delikatnie ścierająco na kamień nazębny. 100% składników naturalnych, 10,32% wszystkich składników pochodzi z upraw ekologicznych.

    Przeznaczenie: codzienne mycie zębów bez użycia chemii

    Opinia: Początkowo miałam sceptyczne nastawienie do pasty bez fluoru i mięty (!), ale już po pierwszym zastosowaniu byłam zachwycona. Naturalne składniki równie dobrze myją zęby, a ja jestem bardziej spokojna i o moje zdrowie, i o środowisko.  Polecam! Cenowo również przedstawia się korzystnie. Za 75 ml zapłaciłam ok. 16 zł. Co prawda jest to dwa razy drożej niż zwykła pasta, ale tylko 3 złote drożej niż ta, której używałam dotychczas do wrażliwych dziąseł, więc wybieram pastę z czarnuszką.

    Można ją kupić już za ok. 13 zł.

    pasta do zebow eco cosmetics czarnuszka minimalizm kosmetyki zęby

     

    Oleje i hydrolaty

     

    To długa lista surowców, których można używać samodzielnie albo w specjalnie przygotowanych miksturach. Sama korzystam tych marki Eco Spa, ale widziałam też innych producentów, m.in. mazidla.com.

     

    Olej ze słodkich migdałów

    Jest świetnym emolientem i dobrze reaguje ze skórą. Zawiera szereg witamin, w tym A, B1, B2, B6, D i E. Już w trakcie pierwszej ciąży używałam go jako środka zapobiegającego rozstępom i szczerze polecam.  Teraz jest on składnikiem mojej codziennej pielęgnacji twarzy stanowiąc część dwufazowego demakijażu oczu.

     

    Hydrolat bławatkowy

    Działa odkażająco, delikatnie pielęgnuje skórę twarzy i oczu. Wraz z olejkiem migdałowym używam go do demakijażu. Najpierw nasączam wacik hydrolatem, potem małą ilością olejku i voila! Makijaż znika lepiej niż po standardowym płynie, a skóra wokół oczu jest przyjemnie nawilżona olejkiem.

     

    Olejek rycynowy

    Według zaleceń kosmetyczki stosuję go na rzęsy i paznokcie. Zakładam go delikatnie na noc, by z rana zadziwiać się jego zbawiennym działaniem. Rzęsy są naprawdę bardziej gęste i grube, a paznokcie mocniejsze i mniej łamliwe. Olejek rycynowy ma wysoką zgodność biologiczną ze skórą, dzięki czemu bardzo trudno o jakąkolwiek reakcję alergiczną przy jego użyciu.

    To pierwszy etap na wdrożenie minimalizmu w codziennej pielęgnacji. Przyznaję to zupełnie szczerze – nikt mnie nie nakłaniał do kupowania takich, a nie innych marek. Znalazłam je w sieci, rozpytałam wśród znajomych i postanowiłam je sama przetestować. I muszę przyznać, że nie tylko moje ciało (włosy, zęby, paznokcie i rzęsy) są w lepszej kondycji, ale też jestem zadowolona, że moje konsumenckie wybory nikomu przy tym nie szkodzą.

    olej rycynowy, olej migdałowy, hydrolat bławatkowy

    Ty też możesz próbować, poszukiwać tego, co odpowie na potrzeby Twoich włosów i cery. Podziel się ze mną swoimi ulubionymi, prostymi może sposobami na zdrową pielęgnację. Jaki jest Twój łazienkowy minimalizm?

     

    ***

     

    Kolejnym razem napiszę, w jaki sposób i z czego można przygotować swój własny szampon do włosów i czy warto stosować polskie kremy ekologiczne.

    Kosmetyki

    Minimalizm a pielęgnacja

    Kupujesz zdrowe warzywa, prosto od rolnika, żeby mieć pewność wysokiej jakości. Dbasz tym samym o zdrowie od wewnątrz, bo wiesz, że jesteś w dużej części tym, co jesz. Czy w myśl tej zasady nie powinieneś również przykładać większej wagi do tego, czym smarujesz swoją skórę?
    Może warto pomyśleć w kategoriach:

    Jestem tym, co wkładam do środka i czym okładam się na zewnątrz.

     

    Świadomość konsumencka rozwija się z czasem. Początkowo koncentrujesz się na niskiej cenie produktów. Potem stwierdzasz, że za niską cenę często dostajesz niską jakość – i przerzucasz się na droższe, ale lepsze rzeczy. Następnie, gdy masz chwilę czasu, zaglądasz bardziej szczegółowo w etykiety i sprawdzasz, czy to, co kupujesz jest tylko obietnicą dobrej jakości czy autentycznym jej przykładem. Continue Reading