Jedzenie

    Czy fitness jest fit? Czyli test płatków śniadaniowych

    W ramach jednego z moich motywów przewodnich, czyli świadomego odżywiania się, postanowiłam od czasu do czasu zrobić dla Was test wybranych przeze mnie produktów. Będzie to porównanie kilku podobnych z danego rodzaju, a wyboru dokonam całkowicie subiektywnie.

    Dziś zrobię zestawienie tego, co zazwyczaj jemy z rana. Płatki śniadaniowe są niewątpliwie najczęściej przez nas wybieraną opcją. Zdrowe, pełne błonnika i witamin, często w postaci gruboziarnistych płatków typu fitness albo posklejanego w chrupiące kawałki crunchy.
    Zastanawiasz się jednak, co tak w zasadzie w ramach jednej porcji zjadasz? I ile to jest ta jedna porcja zalecana przez producenta?

    Sprawdziłam 3 rodzaje płatków z marek własnych sklepów, które dość często odwiedzam. Są one w miarę podobne, zawierają owoce i dodatek jogurtu. W jakiej formie, o tym się zaraz przekonamy.

    Mój wybór padł na następujące marki:

    Vitanella (marka własna sklepu Biedronka)
    Goody – Vitte Duo (marka własna sklepu Lidl)
    Musli Crunchy (marka własna sklepu Piotr i Paweł)

    Płatki śniadaniowe – jakie wybrać?

    Vitanella – Biedronka

    Pierwsze z nich, czyli Vitanella, to biedronkowa wersja płatków typu fitness. Jak zachęca opakowanie, są to płatki z ryżu i pełnego ziarna pszenicy z dodatkiem płatków w polewie jogurtowej z truskawkami i morelami. Zwabiło mnie zdjęcie opadających na chrupiące – jak mniemam – płatki świeżych truskawek i kawałków moreli.
    Wartość kaloryczna w 100 g produktu to 375 kcal, a w jednej porcji, która wg producenta wynosi 30 g, to tylko 113 kcal. Mało! Kusi szczególnie tych, którzy kontrolują wagę i chcą być fit.

    Co jeszcze jest w środku? Przyjrzyjmy się składowi.
    Etykieta informuje nas, że w środku znajdują się płatki ryżowo-pszenne w polewie cukrowej (!) wzbogacone (!) w 8 witamin i żelazo.
    Jak widzicie, już dwie rzeczy budzą moje wątpliwości.

    Po 1. szczerze nie rozumiem, dlaczego płatki typu fitness polewane są cukrem, skoro grupą targetową są konsumenci dbający o linię. Całkowicie się temu sprzeciwiam, jednocześnie rozumiejąc producenta, który chce odchudzającym się poniekąd umilić życie. Kreując wizerunek zdrowego odżywiania się dorzuca garść cukru – w tym wypadku 13,5%!, żeby nam bardziej smakowało i żebyśmy częściej wybierali akurat te płatki z półki. Bo cukier jest uzależniający. Oprócz cukru znajdziemy tu jeszcze ekstrakt słodu jęczmiennego i glukozę, które dodatkowo słodzą.
    Płatki w polewie jogurtowej to 21% zawartości, a oprócz pszenicy i ryżu zawierają cukier, olej palmowy, natomiast jogurtu w proszku jest w nich zaledwie 2%.

    Druga sprawa to wzbogacenie płatków witaminami. Musicie wiedzieć, że jeśli produkt jest wzbogacony, oznacza to, że w trakcie przetwarzania został kompletnie wyjałowiony, do tego stopnia, że trzeba dorzucić sztucznych witamin i składników mineralnych, by nazwać go żywnością

    Wzbogacana żywność nie jest tak zdrowa jak produkty pełnowartościowe, gdyż często brakuje w niej wielu mikroelementów obecnych w produktach nieprzetwarzanych. – Pat Thomas, „Świadome zakupy, czyli co naprawdę kupujemy”

    Płatki zawierają też liofilizowane (suszone po zamrożeniu przy obniżonym ciśnieniu) kawałki truskawek i moreli – odpowiednio po 1 proc. I to się zgadza – po wsypaniu porcji do miseczki znajdziemy w niej 1-2 owoce. W całym opakowaniu jest ich ok 11.

    A jedna porcja? No cóż, po zalaniu mlekiem lub jogurtem wystarcza na kilka łyżek posiłku.
    Cena za opakowanie zawierające 250 g produktu to 3,95 zł.

    Vitte Duo – Lidl

    Drugie płatki to Vitte Duo lidlowskiej marki własnej Goody. Wybrałam płatki ryżowo-pszenne z liofilizowanymi wiśniami i płatkami jogurtowymi, czyli podobną opcję do płatków z Biedronki. Te również wzbogacone są dodatkowo w 10 witamin, byśmy mieli poczucie, że robimy coś dobrego dla naszego zdrowia.
    W płatkach ryżowo-pszenicznych polewa cukrowa to 10 proc., dodatkowo zawierają ekstrakt słodu jęczmiennego i syrop glukozowy. Wzbogacone są też błonnikiem owsianym.
    Płatki jogurtowe stanowią 22 proc. całości produktu i – oprócz cukru, oleju palmowegi i Shea – zawierają 0,4 proc. jogurtu w proszku.
    Kawałki liofilizowanych wiśni to 3 proc. całości. W jednej porcji akurat żadna się nie znalazła, musiałam wyszukać ich w opakowaniu ręką i dorzucić do miseczki.
    W 100 g płatków jest 396 kcal, a w jednej porcji (30 g) 119 kcal.
    Cena opakowania to 3,95 zł.

    Musli Crunchy – Piotr i Paweł

    Trzecim moim wyborem są płatki z Piotra i Pawła o nazwie Musli Crunchy z dropsami jogurtowymi, migdałami i wiśnią.
    Etykieta wskazuje nam, że płatki zbożowe, czyli owsiane i pszenne, prażone były z dodatkiem cukru, oleju palmowego, słodu jęczmiennego i m.in. soli. Dodatkowo znajdziemy w środku wiórki kokosowe, syrop glukozowo-fruktozowy i środek spulchniający (węglan sodu, czyli znana przez nas soda oczyszczona).
    Dropsy jogurtowe stanowią 13 proc. produktu, a w ich skład wchodzą: tłuszcz palmowy, jogurt w proszku, cukier i m.in. słodka serwatka.
    Jest jeszcze 5 proc. płatków migdałowych, 4 proc. suszonych wiśni i proszek wiśniowy (głównie cukier, skrobia i sok wiśniowy).
    100 g produktu zawiera 457 kcal. Dla porównania z pozostałymi płatkami, 1 porcja przyjęta jako 30 g to 152 kcal.
    Cena w Piotrze i Pawle to 7,99 zł za 350 g.

    płatki śniadaniowe, ograniczam się
    Test płatków śniadaniowych

    Każde z tych płatków uderzają mnie nadmierną słodyczą.

    Zawartość owoców najwyższa jest w crunchy z Piotra i Pawła, te z Lidla mają ich zdecydowanie najmniej – w całym opakowaniu znalazłam ich może 6, czyli nawet nie 1 na porcję. Vitte Duo są również w moim odczuciu najsłodsze, a jednocześnie najmniej chrupiące.

    Płatki Musli Crunchy wydają się być najlepszym wyborem, choć jest to jak wybieranie mniejszego zła. Mimo wszystko, na śniadanie wolę zjeść własnoręcznie upieczoną granolę z przepisu Sophie Dahl. Kalorycznie będzie podobna do płatków z Piotra i Pawła, natomiast zastąpienie cukru miodem da o wiele lepsze wrażenia smakowe i więcej korzystnych wartości odżywczych.

    ***

    Widzisz, że to, co kreuje marka, a realna wartość produktu to czasem dwie różne historie. Dlatego tak ważne jest, by być świadomym tego, co jemy i co kupujemy.

    Płatki śniadaniowe, jedzenie śniadanie

     

    Ekologia Jedzenie

    5 dziwnych rzeczy o kooperatywie spożywczej

    Temat jest cały czas nowy. Poznając ludzi na warsztatach, konferencjach, u znajomych – gdy wspominam, że kooperatywa spożywcza to miejsce, w którym zaopatruję się w świeże warzywa i owoce, widzę wpatrzone we mnie, wytrzeszczone oczy. Zdziwienie tematem jest tak wielkie, że postanowiłam pisać o tym dość regularnie i zachęcać Was do wstępowania do tego typu spółdzielni w Waszej okolicy. Jakich jest 5 najdziwniejszych rzeczy o kooperatywie spożywczej?


    1. Płody rolne są prosto od rolnika i nie trzeba po nie samemu jechać. 


    Ale jak to? To w jaki sposób do nas trafiają? Komu by się OPŁACAŁO przywozić ziemniaki ze wsi do miasta, dla tych kilku złotych?

    Otóż wyobraźcie sobie, że osoby prowadzące gospodarstwo SAME dostarczają nam płody swojego pola w wyznaczony dzień o ustalonej porze, na stałe od lat miejsce. Nie ma tu żadnych pośredników, nikt nie pobiera i nie ustala wygórowanej marży. Wszystko sprzedawane jest po ustalonej wspólnie z rolnikiem cenie, tak by jej wysokość odpowiadała obu stronom.

    Ktoś by pomyślał, że w systemie kapitalistycznym, w gospodarce wolnorynkowej czynnik zysku będzie kluczowy, a wysoka marża naturalnym składnikiem ceny. Otóż jeśli nie ma dodatkowych kosztów (poza może paliwem zużytym na dowóz do miasta), nie ma czynszu za wynajem lokalu, można wypracować dobrą i sprawiedliwą dla wszystkich cenę.


    2. Rolnik produkuje ekologicznie, ale sprzedaje nam tanio.


    Przecież większość z nas wie, ile kosztują warzywa w sklepie ekologicznym, więc to musi być jakieś nieporozumienie. A jednak! W przypadku gospodarstw z certyfikatem ekologicznym, samo jego wykupienie, czyli możliwość używania nazwy „żywność certyfikowana (i tu nazwa i numer certyfikatu)” jest dość kosztowne. Naturalnie wpływa to na wysokość ceny produkowanych płodów rolnych. Wówczas marchew będzie kosztować nie 4, a 7 złotych za kilogram, a mleko nie 2,50, a 12 złotych.

    Jeśli mamy do czynienia z gospodarstwem, które stosuje wszystkie metody ekologicznej hodowli warzyw i owoców, żyje według zasad permakultury i nie używa pestycydów w produkcji, wówczas mamy zdrowe płody rolne po niższych cenach. I takie warzywa są dostępne w kooperatywie.


    3. Nie mamy sprzedawców, tylko koordynatorów, którzy SAMI zgłaszają się, by pomóc.


    Zakupami koordynują osoby z kooperatywy, z założenia co tydzień jest to ktoś inny. Dwójki osób – koordynator i pomocnik – odbierają towar od rolnika, układają go w miejscu spotkań i wydają popakowane zakupy osobom kupującym. Nie robią tego całkowicie za darmo, do każdego zamówienia doliczana mała kwota dla koordynatora. Ale robią to zupełnie nieprzymusowo. To prawda, bywają problemy ze stopniem zaangażowania osób w koordynację, jednak koniec końców zawsze znajdzie się ktoś, kto jest gotów pomóc.


    4. Czasem nie przyjeżdża całe zamówienie. 


    Tak, zdarza się, że koza da mniej mleka albo pomidorów zamówi więcej osób niż zwykle, wobec czego rolnik dowozi mniejszą ilość niż wynosi zamówienie. Może się też zdarzyć klęska nieurodzaju, w czym my jako członkowie kooperatywy też uczestniczymy i rozumiemy takie wyjątkowe i niekorzystne dla gospodarstwa sytuacje. I nikt na to nie narzeka. Zasada solidarności z gospodarzami jest ogólnie przyjęta i zrozumiała.


    5. Nie ma formy prawnej, a jednak to działa.


    No właśnie – grupa ludzi zebrała się oddolnie, wokół wspólnego celu i jest w stanie trwać w tej formie już od 2012 roku. Co tydzień składane są zamówienia, koordynatorzy przyjmują i wydają towar od kilku dostawców – i się nie zniechęcają. Bo cel jest nadrzędny wobec nakładów (własnego wysiłku, poświęcanego czasu), jakie trzeba ponieść.

    Dziwi Cię coś jeszcze? A może znasz i polecasz, inne ciekawe formy pozyskiwania zdrowego jedzenia? Pisz śmiało. 

    ograniczam się, kooperatywa
    A, i jeszcze marchew bywa ubrudzona
    Rodzina Styl życia

    Łączność bez kabla

    Najcenniejszą rzeczą, jaką możemy dać innym jest nasza obecność. Kiedy uważność obejmuje tych, których kochamy, rozkwitną niczym kwiaty. 

    Takim zdaniem Rachel Macy Stafford rozpoczyna kolejny rozdział książki „Hands free mama”. Po tym, jak miesiąc temu napisałam o pozbywaniu się rozpraszaczy z naszego życia, czas zrobić kolejny krok w stronę … no właśnie, czego?

    Czemu ma służyć wyłączenie wtyczki z kontaktu? Jak jest cel bycia offline, choćby w niedzielę? Co więcej możemy zyskać?

    Otóż następnym krokiem odłożenia na bok telefonu, komputera i naszych ‚to-do-list’ jest zbudowanie wartościowej relacji z najbliższymi. Wydawałoby się to czymś oczywistym, ale nie dla wszystkich.

    Wyobraź sobie, że właśnie zaczynasz jednodniowy post od urządzeń elektronicznych. Odkładasz wszystkie na bok, rzeczywiście je wyłączasz. Wyciągasz kable, naciskasz przycisk ‚Power’, wyciszasz, to co możliwe. Jak się z tym czujesz? O czym pomyślisz na pierwszym miejscu?

    Mogę się założyć, że nie będzie to gra w Scrabble z dziećmi i mężem ani nawet czytanie papierowej książki (których być może już w domu nie masz). Pierwszą myślą po odstawieniu rozpraszaczy będzie: „Ciekawe, czy ktoś nie napisał do mnie ważnego maila” albo „Ciekawe, co nowego się wydarzyło na facebooku”, no a przy najbliższej okazji będzie to „Przepis na lasagne? (lub cokolwiek innego, czego NIE WIESZ) Zaraz to sprawdzę w Google.”

    Odstawienie urządzeń elektronicznych jest jak odstawienie narkotyków – pierwsza reakcja to bunt i pragnienie przywrócenia nam łączności z internetem. 

    Nie martw się, to zupełnie naturalne. Każdy z nas ma jakieś słabości i tak się może zdarzyć, że Twoją jest bycie online. Może nie uważasz się za osobę uzależnioną, ale wyłączenie telefonu traktujesz jak zamach na swoją wolność. Co ważne to przyznać się najpierw przed sobą, a potem przed najbliższymi, że starasz się z tym walczyć, po to, by w przyszłości korzystać z technologii z umiarem i rozwagą. A tymczasem postanawiasz podjąć post lub ograniczanie się w korzystaniu z tego, co tak naprawdę związuje Ci ręce i zamazuje obraz najbliższych.

    Zatem kolejnym krokiem po odstawieniu telefonu jest deklaracja wobec rodziny, przyjaciół, może partnera, że jesteś offline. Z racji tego, że jest Ci z tym trudno, potrzebujesz z ich strony wsparcia, czasem delikatnego przypominania, jak bardzo bezpośredni kontakt z Tobą jest dla nich ważny i jak niepotrzebne są do tego nowe technologie.

    Może to być proste: „Potrzebuję, byś mi przypominał, żebym wyłączyła komputer, gdy wracasz do domu. Chcę z Tobą spędzać czas prawdziwie, a nie wsiąkać w świat wirtualny”

    Albo prosić o współuczestniczenie w Twoim wyzwaniu: „Czy zechciałbyś mnie wesprzeć i przeżyć weekend offline?”

    Gdy otworzysz się ze swoją deklaracją na najbliższych, możesz mieć zagwarantowane, że się z tego ucieszą i będą starali Cię wspierać.  W końcu, wg artykułu z ostatnich Wysokich Obcasów, gdy korzystamy z telefonów w obecności dzieci, czują się one niechciane i mało ważne, i najchętniej wyrzuciłyby nasz telefon przez okno. 

    Gdy zadeklarujesz swoją wolę, zastanów się teraz, jak wyglądają Wasze relacje. Jak radzi Rachel, nawiąż łączność – nie tylko z dziećmi podczas ich ulubionych czynności. Pamiętaj o mężu lub żonie. Jeśli to dla Was nowe, oderwijcie się wieczorem od świecących na niebiesko ekranów, spójrzcie sobie w oczy i …rozmawiajcie. Jak często Wam się to zdarza?

    ograniczam się, hands free mama, offline
    Zamiast przewijać palcem po ekranie, porozmawiajcie!

    Przyznam szczerze, że jak sama rozpoczęłam pewnego dnia rozmowę, natrafiłam na ścianę. Kompletnie się nie zrozumieliśmy. Ja chciałam, żeby mąż wyłączył komórkę i ze mną pogadał, a on odczytał to jako zamach na jego wolny czas. Brak zrozumienia dotknął mnie bardzo, szczególnie że miałam jak najlepsze intencje. To, czego jednak zabrakło, to otwarta komunikacja i propozycja z mojej strony na tę formę spędzenia czasu, tak byśmy oboje się na to zgodzili. Mąż zaskoczony w trakcie ‚czegoś ważnego’ nie chciał z tego zrezygnować. Ale następnego dnia, gdy mu wytłumaczyłam, jak usprawnić naszą relację, co czuję, gdy siedzimy przyklejeni do monitorów i jak chcę zmienić nasze wspólne wieczory, przyjął to ze zrozumieniem i mogliśmy radośnie spędzić ten czas bez wsparcia ze strony elektroniki.

    Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem przeciwna technologiom i ich znaczeniu w cywilizacyjnym postępie. Nie jestem świętoszkiem, który wyrzucił telewizor, a komórka służy mu tylko do dzwonienia. Chodzi mi tylko o to, żeby nasze relacje przez ten szalenie szybki rozwój nie traciły. Żebyśmy sprawdzili, choćby wieczorami, czy nadal potrafimy ze sobą rozmawiać. Żebyśmy ZAUWAŻALI siebie nawzajem, byli uważni na drugiego człowieka i jego potrzeby

    Szanujmy najbliższych, bo tylko dzięki prawdziwemu spędzaniu z nimi czasu możemy wypracować pełną i wartościową relację, która z każdym dniem będzie procentowała. 

    Minimalizm Styl życia

    Czy życie slow jest dla każdego?

    Czy życie w stylu slow jest dla wszystkich? Jak dobrze wykorzystać naszą energię, by pogodzić pracę i życie rodzinne? Kiedy się wyciszać, a kiedy z tego rezygnować?

    Sabina Sadecka* z Centrum Psychologicznego Inspeerio odpowiada na pytania, które mnie od dawna męczą. Może i Tobie pomogą żyć lepiej i pełniej.

    ograniczam się, inspeerio, slow life
    Sabina Sadecka – psycholożka w Inspeerio

     

    Czy potrafimy odpoczywać? 

    Wzorem odpoczywania są raczej dla mnie koty. Kot, gdy nie musi biec – idzie, gdy nie musi nigdzie iść – siedzi, gdy nie musi siedzieć – leży, a gdy nie musi być przy tym leżeniu czujny – zasypia. I z tego snu potrafi w każdym momencie wybudzić się zwarty i gotowy do działania, jeśli oczywiście jest mu to potrzebne. Wiele osób, które znam działa zupełnie na odwrót. Gdy tylko pojawia im się trochę luzu w ich grafiku, szukają sobie dodatkowych zajęć. U wielu osób doszło też do tego, co Jacek Santorski nazywa „zacięciem się zwrotnicy”. Nie potrafią już jej przełożyć z trybu „mobilizacja” na tryb „regeneracja” i nawet wtedy, gdy mają czas wolny czują przymus pracowania. Do odblokowania tej zwrotnicy może przydać się osoba z zewnątrz – psycholog, psychoterapeuta, coach.

    Co poradziłaby Pani osobom, które są cały czas w biegu, ich lista zadań pęka w szwach, a godzina pójścia spać przesuwa się na coraz późniejszą? Jak mają znaleźć czas dla siebie? 

    Jeśli stale pracujemy – pomimo że nasz umysł i ciało domaga się przerwy – to najpewniej to zapracowywanie się ma jakąś ważną funkcję do spełnienia. Możliwe, że praca jest naszym sposobem radzenia sobie z napięciem. I tak jak ktoś w stresie sięga po papierosa, czekoladę lub gry komputerowe, tak pracoholik rzuca się w wir pracy. Warto zatem zastanowić się, co uruchamia w nas chęć dodania sobie kolejnego obowiązku do listy, zapisania się na kolejne studia, poprawiania w nieskończoność skończonego już raportu.
    Bywa, że nasi rodzice i opiekunowie też nie potrafili wypoczywać i przykaz bycia stale zajętym „odziedziczyliśmy” po nich. To zatem drugie pytanie, jakie postawiłabym sobie w takiej sytuacji – od kogo wziąłem sobie taki scenariusz na życie? Jak mógłbym go zmienić?
    I po trzecie – nawyki. Jeśli przez lata kształtowałam w sobie nawyk ciągłej pracy, to taki schemat działania zapisał się bardzo mocno w mojej psychice, ba! on zapisany jest mocno w moim mózgu. By ten nawyk zmieniać muszę zapewnić mojemu mózgowi alternatywę. Jeśli zatem nie zacznę eksperymentować ze spacerami, przerwami na lunch, czytaniem dobrej książki popołudniami, mój mózg będzie reagował na okoliczność pracy – tak jak dotychczas, czyli pracą ponad miarę. Jeśli jednak zainwestuję swój czas i energię, by w mózgu przetarły się szlaki odpowiedzialne za wypoczynek i ten stanie się niebawem moim nawykiem.

    Jak życie w stylu slow wpływa na naszą psychikę? Czy nie ma obawy, że przegapimy w nim zbyt wiele? Zostało ukute nawet pojęcie ‚fear of missing out’, czyli strach przed przegapieniem tego, co się dzieje. 

    Każdy z nas ma tzw. „sweet spot” czyli optymalny poziom pobudzenia, w którym działa najbardziej efektywnie i z najwyższym poziomem satysfakcji. Na pewno znacie osoby, które, gdy piszą pracę magisterską muszą mieć włączony telewizor, stale odbierać telefony i jeszcze podjadać w trakcie pisania. Dopiero wtedy są w stanie są skoncentrować się i sklecić kilka zdań, bo cisza i brak zewnętrznych bodźców je – paradoksalnie – rozprasza. Ich „sweet spot” jest zupełnie w innym miejscu niż u osób, które – aby pracować efektywnie – muszą się zupełnie wyłączyć, ściszyć telefon, uprzedzić rodzinę, by im nie przeszkadzała. Życie w stylu slow nie jest zatem dla każdego. A może bardziej właściwe byłoby stwierdzenie, że „slow” co innego oznacza dla osób o dużej potrzebie stymulacji i dla tych, u których potrzeba stymulacji jest niewielka, a ich „sweet spot” szybko osiąga poziom kulminacyjny. Bezsprzeczne jest jednak to, że każdy z nas potrzebuje wypoczynku, snu, czasu na kontakty społeczne z osobami najbliższymi i tymi ciut dalej.

    Rafał Brzoska, twórca paczkomatów, mawia: Jeśli masz wszystko pod kontrolą, to idziesz za wolno. Z jednej strony chcemy odnieść sukces i dać z siebie wszystko, z drugiej strony cierpi na tym nasze ciało, dusza, niekiedy rodzina. Jakie tempo wybrać, by żyć dobrze? 

    Nie ma jednego tempa dla wszystkich. Za to każdy z nas ma wbudowane sygnalizatory, które wysyłają mu informację o przeciążeniu – informacjami, pracą, wysiłkiem fizycznym. Te sygnały świadczące o przemęczeniu to m.in. – stałe uczucie zmęczenia, problemy ze snem, irytacja, podjadanie lub odwrotnie – doprowadzanie się niejedzeniem do wilczego głodu, trudności ze skoncentrowaniem się, prokrastynacja czyli odwlekanie realizacji ważnych zadań w nieskończoność. Wystarczy zatem wsłuchać się w siebie i już mamy odpowiedź. Dobrym barometrem są też ludzie bliscy wokół, jeśli sami mamy wątpliwości, możemy zdać się na ich opinię. Z zewnątrz widać lepiej nasze zapracowanie.

    Jak żyć slow, jeśli jest się matką/ojcem dwójki rozbrykanych dzieci? Czy to jest w ogóle możliwe, by dzieci też zwolniły na chwilę? 

    Jeśli jest się z dziećmi naprawdę, a nie z nimi i swoimi telefonem, tabletem i problemami w głowie, to od razu rzuci się w oczy mądry rytm, w jakim funkcjonują. Dzieci mają okresy szaleńczej zabawy, które ustępują z czasem miejsca chwilą odsapnięcia i regeneracji. I potem znów szaleństwo i chwila spokoju. Napięcia rodzinne pojawiają się, gdy okresy regeneracji rodziców nakładają się z mobilizacją dzieci i odwrotnie. Zaakceptujmy naturalny rytm dzieci, a bardziej prawdopodobne, że i one z czasem nauczą się szanować nasz własny rytm.
    Dzieci to też świetny papierek lakmusowy naszego zmęczenia. Od razu wyczuwają nasze zniechęcenie, a przede wszystkim psychiczną nieobecność, wtedy właśnie gdy one potrzebują naszej uwagi. Zamiast walczyć z energią dziecka, możemy wykorzystać ich wrażliwość do tego, by zająć się naszym przepracowaniem.

    Czy używanie mediów społecznościowych wpływa na nasze zdrowie psychiczne? Jak używać ich mądrze? 

    Jest takie powiedzenie w toksykologii, które mówi, że wszystko może być toksyną i nic nie jest toksyną. Nawet woda spożyta w nadmiarze może wywołać negatywny efekt w organizmie. Podobnie jest – według mnie – z mediami społecznościowymi. Mogą być dla nas źródłem inspiracji i momentem zregenerowanie – emocjonalnych, społecznych i intelektualnych – akumulatorów. Ale mogą też, jeśli nadużyte, wpłynąć negatywnie na nasze życie. Można się też od nich uzależnić. A uwięzienie w nałogu – jaki, by nie był – może stanąć na drodze do mądrego, pełnego życia.

    *Sabina Sadecka – psycholożka i psychoterapeutka. Współzałożycielka Inspeerio – centrum i portalu psychologicznego w jednym. Mieszka w Poznaniu. Jak sama twierdzi – uwielbia swoją pracę!

    Minimalizm Styl życia

    Jak ograniczanie się zmienia życie

    Ograniczenia źle się kojarzą. Ktoś nie przebiegł maratonu, bo bał się podjąć wyzwania, miał ograniczenia w swojej głowie. Ktoś inny miał ograniczone horyzonty i prowadził gnuśne, zaściankowe życie, narzekając na wszystko wokół, bez odwagi, by wziąć sprawy w swoje ręce. Kogoś ograniczały finanse i nie mógł sobie pozwolić na wymarzone wakacje na Bali, bo takie miał marzenie.

    I generalnie taka jest prawda o ograniczeniach. Potrafią być one hamulcem i blokować nas przed zmianą. Stanowią skuteczny stoper, któremu chcemy stawić czoło. Ograniczenia się pokonuje, eliminuje. Ograniczeniom się poddaje. Ograniczenia nami mogą zawładnąć. Z ograniczeniami ani rusz.

    Według tej definicji ograniczania się powinnam siedzieć w miejscu, być otoczona barierami, które negatywnie na mnie wpływają, bo są demotywatorem wobec jakiegokolwiek działania.

    Jakże to się więc stało, że czuję się uskrzydlona i pełna energii do działania? Gdzie się podziały moje ograniczenia, którymi się przecież markuję? Co się ze mną dzieje, że zamiast siedzieć i narzekać po prostu MI SIĘ CHCE?

    Pokonywanie ograniczeń może nam dać niezłego kopa, zastrzyk energii do życia. Kamieniami u mej szyi były przedmioty, rzeczy, ktrórymi się otaczałam. Skutecznie się ich pozbywałam, robiąc sobie przestrzeń na życie, na – no właśnie – własne myśli. Ale tu nawet nie chodzi o to, że opanował mnie totalny minimalizm i pozbyłam się wszystkiego, co miałam wokół. Nie, nie pozbyłam się wszystkiego. Natomiast całkowicie zmieniłam nastawienie do tego, co materialne. Zrozumiałam, że wystarczy mieć niewiele, by WYSTARCZYŁO. Moja szafa nie musi pękać w szwach, żebym MIAŁA SIĘ W CO UBRAĆ. Półka z książkami nie musi zawierać tysiąca pozycji, żebym MIAŁA CO CZYTAĆ. Wreszcie – w portfelu mogą zostać pieniądze, nie muszę ich wszystkich wydawać, mimo że tak chcą sprzedawcy i marketerzy. Mogę nie myśleć o zakupach jak o sensie mojego życia, a centrum handlowe traktować przedmiotowo, a nie podmiotowo. Wystarczy, że wyjdę na ulicę i będę chłonąć jesiennie powietrze, a już będę szczęśliwa. Wystarczy, że kolor liści klonu na trawie zastanowi mnie i spowolni mój bieg na chwilę, by zacząć dostrzegać świat i to, co na nim.

    ograniczam się
    Żyj uważnie

    To oczyszczanie przestrzeni z moich ograniczeń, a w zasadzie ograniczanie się w posiadaniu, w nieświadomym konsumowaniu, w pogoni za nowym, nieuchwytnym, nieosiągalnym dało mi przestrzeń na COŚ NOWEGO. Tym czymś są ludzie i idee, w które wierzę.

    Czuję się wyzwolona z okowów na tyle, że postanowiłam działać na rzecz mojej lokalnej społeczności. Może nie jest to najwznioślejsze na świecie, ale chcę zintegrować sąsiadów mojego osiedla, tak anonimowego, jak tylko osiedle apartamentowców może być. Chcę, żebyśmy się poznali i ośmielili wobec siebie. Marzy mi się, żebyśmy zaczęli sobie nawzajem pomagać – i to się już nawet dzieje! Dwie osoby zgłosiły się, że mogą mi pomóc w opiece nad dziećmi. Inny sąsiad zaoferował przysłowiowy cukier, gdy mi w domu zabraknie. Ktoś jeszcze chce grać z innymi w gry planszowe. A energiczne kobiety organizują się wokół planowania zajęć fitness i moich, a w zasadzie już NASZYCH wymienianek odzieżowych. Pani Kinga z kawiarni chce nam DAĆ ZA DARMO poczęstunek i lokal, dzięki czemu jest naszym dobrym duchem w dobie rozbuchanego, agresywnego marketingu. Zarówno ona, jak i wszyscy spragnieni działania sąsiedzi – wszyscy jesteśmy częścią zmiany, która się właśnie dzieje. I będzie tego więcej, tak czuję.

    A wystarczyło tylko zacząć się ograniczać, oczyszczać swoją przestrzeń z nadmiaru, by zrobić miejsce dla myśli i pragnień, które tkwiły w ukryciu i czekały na wyzwolenie.

    Wiesz, że Ty też możesz?

    Styl życia

    Bądź superbohaterem, czyli TEDx Poznań 2015

    Jeszcze dobrze nie ochłonęłam po tym bogatym w wydarzenia weekendzie, a już chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami z tegorocznej konferencji TEDx Poznań, w której uczestniczyłam.

    Pewnie większość z Was ogląda filmy TED Talk i inspiruje się przekazami wyrażanymi przez prelegentów. Jeśli nie oglądacie regularnie, z pewnością kiedyś trafiliście choć na jeden filmik albo na samą nazwę konferencji.

    Czym jest TEDx?

    TEDx to kopalnia nowych idei, wygłaszanych na żywo w formie 18 lub 12 minutowych prezentacji. Prelegentami są zarówno osoby znane i popularne, jak i te mniej rozpoznawane. Co ich łączy to myśl przewodnia, przesłanie, które chcą nieść światu poprzez to, jacy są, co w życiu robią i co osiągnęli. I bynajmniej nie spoczywają na laurach osiągnąwszy to, co w dzisiejszych czasach nazywamy sukcesem. Brną dalej w idee, które przyświecają ich działalności. Bo to, co dla nich najważniejsze, to budzić się każdego dnia z misją, by zmieniać świat na lepsze.

    ograniczam się, tedx
    Komunikacja wizualna jako temat, o którym warto mówić

    Prezentacja na TEDx może, ale nie musi być wspierana przez komunikację wizualną w formie slajdów. Niektórzy się na nie decydują, co oczywiście skutecznie wzmacnia odbiór przesłania. Inni stawiają na mowę ciała i mimikę, koncentrując wzrok publiczności na swojej osobie, na słowach padających z ust prelegenta. I – o dziwo – to też działa. Ktoś by pomyślał, że w czasach intensywnej komunikacji wizualnej, która atakuje nas zza każdego winkla, odbiorca nie jest w stanie skupić się na mówcy stojącym na scenie i dającym wykład o swoim życiu. Jednak w TEDx jest zupełnie inaczej. Forma, jaką przyjmują prelegenci, często nas zaskakuje, a przekaz padający ze sceny jest na tyle ciekawy, że nawet bez wsparcia power pointa ma moc przyciągania słuchaczy skuteczniejszą niż reklamowy ekran ledowy na skrzyżowaniach miejskich ulic.

    Emocje, jakie panują na sali, potrafią skakać jak wartości na sinusoidzie. Od fascynacji, przez rozbawienie, konsternację, uspokojenie, nagle wpadając we wzruszenie, potem poczucie buntu i chęć walki. I pomimo nadania konferencji tematu przewodniego, zagadnienia poruszane na scenie są równie rozmaite co wywoływane przez nie emocje.

    Nie ma dziś dam

    Czy można użyć facebooka, by stworzyć nawyk? Tak – odpowiada Joanna Chmiel w swym anglojęzycznym wystąpieniu. I mówi o tym, jak wirtualne wsparcie osoby, która jest z nami myślami, może Ci pomóc osiągnąć coś, o czym byś w życiu nie pomyślał/-a. Facebook to nie tylko depresja wywoływana porównywaniem się z innymi. Odpowiednio użyty może służyć nam jako motywator, dający kopa każdego dnia, by nie ustawać w tym, co robimy.

    Czy fotony mają świadomość? Jak to się dzieje, że fizyka kwantowa nadal nie potrafi udzielić odpowiedzi na zachowanie światła podczas przepuszczania go przez szkło? Ile fotonów przejdzie na drugą stronę, a ile się odbije? Czy foton wie, kiedy na niego patrzysz? Nie sądziłam, że fizyka może być tak fascynująca. Andrzej Dragan to udowodnił, a warsztaty z jego udziałem wyprzedały się na pniu. Czyżby rezurekcja polskiej myśli naukowej?

    Basia Chrabołowska z Bsides Handmade przekonała mnie, jak wysoką jakość i wartość może mieć dobra wełna, szczególnie ta z merynosa. Styl prowadzenia przez nią marki i przedsiębiorstwa idealnie wpisuje się w trend slow fashion i slow life. To kolejny przykład na to, jak odejście z korporacji w poszukiwaniu celu i sensu życia może przynieść efekty i oczekiwaną nagrodę. Sukces jej odzieży nie jest jednak kluczowy. Kluczowe jest przesłanie, w którym Basia powtarza, że nie zysk jest najważniejszy, ale zmiana świadomości ludzi, by chcieli żyć lepiej i by myśleć o jakości rzeczy, które kupują.
    Swoją drogą, to zastanawiające, jak wiele osób jest zmęczonych pracą w korpo, a rezygnacja z niej nie tylko nie załamuje im życia, lecz przynosi pozytywnie zaskakujące efekty.

    Choć są firmy, których liderzy są osobami odpowiedzialnymi i świadomymi przesłania, jakie niosą w świat. Wśród nich wyraźnie plasuje się Marek Śliboda, dla którego ważniejsze od pieniędzy jest wspieranie lokalnej społeczności, a od kwalifikacji pracowników ważniejsze są ich cechy charakteru i wartości, którymi kierują się w życiu.

    ograniczam się, tedx poznań
    Miej odwagę i otwórz drzwi – mówi Joanna Rubin

    Odpowiedzialne prowadzenie biznesu to również temat poruszany przez Joannę Rubin, autorkę bloga nakawie.pl. Rozmawiając z tytanami polskiego biznesu Asia znajduje proste, lecz ważne rzeczy, którymi warto kierować się nie tylko w pracy, ale też w całym życiu. Z pewnością lektura jej bloga zainspiruje Was do zastanowienia się nad własnymi wartościami.

    Pytanie tylko, czy pomyślisz o sobie jak o damie czytając Czas Gentelmanów. Łukasz Kielban, czołowy gentelman naszego kraju, próbuje wskrzesić ideę honorowego mężczyzny popularną w międzywojennej Polsce, ale jednocześnie zadaje pytanie, czy adresatki tych starań będą potrafiły im sprostać. Łukasz bowiem wątpi, kogo kobieta w Polsce mogłaby naśladować, by zachowywać się jak dama. Według niego brak nam pozytywnych wzorców. Zgadzacie się z tym, drogie Panie?

    To, co naprawdę ważne

    Dwa wystąpienia były dla mnie jednak bezkonkurencyjne. Pierwszym była prezentacja Tomasza Biskupa o tym, jak spóźnił się na pociąg, czyli o skutecznej komunikacji wizualnej w przestrzeni miejskiej. Temat jest mi wyjątkowo bliski, ponieważ codziennie wychodząc na ulicę mojego miasta zastanawiam się, jaki szaleniec na to pozwolił albo kto to zaprojektował. Tomek bierze na tapetę komunikację na dworcu, czyli temat bolący każdego podróżującego, i przedstawia konkretne, acz proste rozwiązania dla PKP. Na przykład:
    – zamiast skupiać się na numerowaniu kas, pokażmy kolorystycznie, która jest otwarta, a która zamknięta używając czerwonego i zielonego światła, by nie biegać od jednej do drugiej w nadziei na zastanie pani kasjerki,
    – perony oznaczmy różnymi kolorami i pokazujmy podróżującym skutecznie, że idą w dobrym kierunku i nie spóźnią się na pociąg – wówczas droga na peron może być questem jak z gry komputerowej,
    – wreszcie uprośćmy wizualnie bilety kolejowe, tak by już na pierwszy rzut oka było jasne, jaki peron i miejsce w pociągu mamy.

    Chaos komunikacyjny może doprowadzić nie tylko do spóźnienia się na pociąg, ale też do smutku, depresji, może wywoływać poczucie zdezorientowania, a nawet ADHD u dzieci. Weźmy to sobie do serca, gdy następnym razem zlecimy pani Jadzi z kadr zaprojektowanie ulotki reklamowej naszej firmy.

    Last but not least, na konferencji pojawiła się też Maria Sadowska, córka założycieli Fundacji Barka. Z początku zastanawiałam się, skąd chusteczki higienicznej w jej ręce, pewnie zapomniała ich odłożyć przed wyjściem na scenę. Jednak w trakcie swojej opowieści o historii fundacji, o ludziach, którzy ją tworzyli, o osobowościach, którym Barka pomaga, nie tylko jej, ale i mi kanaliki łzowe wzmagały produkcję płynów. Jej przekaz, by brać rzeczy w swoje ręce i działać, pomagając innym, jest mi o tyle bliski, że jeszcze tydzień temu odwiedzałam z kooperantami poznańskimi ich gospodarstwo w Marszewie i poznałam ludzi, którzy je tworzą. Ludzi o wielkim sercu i zapale do zmieniania świata na lepszy. Ludzi, dla których nie ważne są pieniądze i sława, lecz ziemia, na której żyją oraz dobro, które czynią na co dzień.

    To, czego nauczył mnie TEDx Poznań, to przesłanie większości z prelegentów: nie trzeba być superbohaterem, by zmieniać świat.
    Albo inaczej – cytując Tomka Biskupa – „Bądź superbohaterem i zmieniaj świat”. Bo to, co jest ważne, to te małe rzeczy, o które dbamy na co dzień i robimy je z myślą o innym człowieku, jak tylko najlepiej potrafimy.

    ograniczam się, zmiana, superbohater, tedx poznań
    Ekologia Ubrania Zero Waste

    Jak działa givebox? Czyli sposób na wspólną szafę

    givebox poznan sharing economy

    Młodzi ludzie powinni się uczyć, jak lepiej wykorzystywać zasoby, i być zmotywowani do walki o ulepszanie świata.

    Takie przesłanie niesie za sobą idea, która z powodzeniem rozpowszechnia się u naszych zachodnich sąsiadów, ale nie tylko.


    Sharing is caring

    Nie wiesz, co zrobić z niepotrzebnymi rzeczami? Robisz porządki i chcesz się pozbyć ubrań? Masz za dużo książek, ale szkoda Ci ich wyrzucać? Oddaj do wspólnej szafy!

    ograniczam się, givebox, upcycling
    Givebox przy Uniwersytecie Technicznym w Berlinie

    Givebox jest to szafa z różnościami, które każdy w niej może zostawić. Pełni dwojaką funkcję, gdyż jest zarówno miejscem, w którym możesz coś anonimowo zostawić, ale też równie anonimowo zabrać. I nikt nie będzie od Ciebie żądał zapłaty czy jakiejkolwiek formy zadośćuczynienia. Po prostu uczestniczysz w wielkim projekcie zmieniania świata na miejsce przyjazne do życia. Koniec końców, gdzie w dzisiejszych czasach możemy coś dostać za darmo?

    Ideą, która stoi za tworzeniem giveboxów, ma być stwierdzenie „sharing is caring”, czyli dzielenie się jest dbaniem – nie tylko o przedmioty, którym koniec końców dajesz drugie życie, ale też o środowisko naturalne i innych ludzi. Dla niektórych wspólna szafa będzie miejscem, w którym będą głównie zostawiać, dla innym skarbnicą różności, z której będą czerpać i cieszyć się ze znalezionych przedmiotów. Jednocześnie tego typu upcycling to świadome korzystanie z wytworzonych dóbr, dbanie o pracę rąk ludzkich i nie zanieczyszczanie środowiska generowaniem nowych odpadów.

     
    Berlin calling

    Nasi zachodni sąsiedzi wydają się być mistrzami działania non-profit. Wspominałam już kiedyś o portalu z wolontariatami Vostel, który właśnie tam niedawno powstał. Z Berlina również wywodzi się pomysł na givebox. Pierwszy powstał już w latach 90. ubiegłego wieku, a idea zaczęła się rozprzestrzeniać na cały kraj i poza jego granice. W ten sposób mamy ich już na świecie ponad 50, choć pewnie i więcej, bo ich liczba ciągle rośnie. Austria, Szwecja, USA, Kanada, Szwajcaria, Francja – zresztą, wszystko możesz tutaj sprawdzić.

    ograniczam się, givebox, Berlin
    Givebox Berlin

    Bądź zmianą

    Cieszą pomysły, które mają powodzenie za granicą, ale co zrobić, by nam również żyło się lepiej? Jak szerzyć wzniosłe idee na własnym podwórku?

    Jest to tak proste, jak budowa cepa. Wystarczy wstać kanapy i przygotować szafę, reszta się sama ułoży. W biznesie panuje motto „Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w innych”, które świetnie można przełożyć na oddolne, indywidualne działania na rzecz czynienia dobra wokół siebie.
    ograniczam się, givebox, upcycling
    Givebox San Francisco

    Po pierwsze musisz znaleźć szafę, szafkę lub pudło z trwałego materiału – tak by nie zamokło na deszczu i nie zostało zniszczone przez warunki atmosferyczne. Dobrze też przymocować do niego kółka, tak by łatwo móc zmieniać miejsce jego położenia – nigdy nie wiesz, czy to miejsce, w którym je postawisz, będzie tym docelowym.

    Jak pisze Journal Frankfurt, w Niemczech givebox ze względów prawnych musi stać na prywatnym terenie, dlatego warto, by rzeczywiście miał przymocowane kółka, by zmieniać miejsce jego położenia, gdy będzie taka konieczność.

    Po drugie znakujesz je jako „Givebox” i możesz dołączyć krótką instrukcję z zasadami działania Twojej, a w zasadzie już wspólnej – szafy.

    Po trzecie znajdujesz na szafę dobre miejsce – najlepiej na terenie prywatnym, wspólnoty mieszkaniowej (do uzgodnienia, czy wspólnota wyraża zgodę), przy lubianej kawiarni lub w innym miejscu, które sobie upatrzysz, a jednocześnie ustalisz, że właściciel lub zarządca popiera Twój pomysł.

    Po czwarte wypełniasz szafę podarkami, czyli zostawiasz tam to, czego już nie potrzebujesz, a chętnie podzielisz się tym z innymi.

    Po piąte zaglądasz do niej, kiedy tylko czujesz taką potrzebę, po to, by znaleźć z niej coś dla siebie.

    ograniczam się, givebox, Sztokholm, upcycling
    Givebox Sztokholm

    Taki givebox to naprawdę niewiele wysiłku, a mnóstwo dobra, które warto ofiarować innym. Szczególnie w obliczu zbliżającej się zimy możemy dzielić się nadprogramową ciepłą odzieżą, która z pewnością znajdzie swoich ulicznych odbiorców. A i ciekawa lektura się przyda wielu na ponure zimowe wieczory.

    Sama zabieram się do szukania odpowiedniej szafy i miejsca, gdzie ją ustawię. Mam nadzieję, że Was również zainspiruję do działania – bądź co bądź – dla dobra siebie i ogółu!

    ograniczam się, upcycling, Berlin
    Szerzenie idei upcyclingu wśród najmłodszych
    P.S.
    Kasiu, dziękuję za podzielenie się ze mną artykułem z Journal Frankfurt! Bez Ciebie nie powstałby ten artykuł.
    ***
    [2014-04-04] Na chwilę obecną działamy nad postawieniem nowej szafy na poznańskich Jeżycach. Chcesz nas wesprzeć? Polub profil Givebox Poznań na facebooku.
    [2016-07-11] Szafa już stoi na poznańskich Jeżycach. Hurra! To już 1,5 miesiąca!
    Ekologia

    Jak daleko jesteś od natury?

    „Prawdziwe, w szklanym słoiku! To niesamowite!”
    „Ale śmieszne kształty, i ta ziemia aż pachnie.”
    „Poważnie, to jest to o czym myślę? Prosto z pola? To sadzicie? Wspaniale!”

    Takie okrzyki zachwytu słyszę ostatnio coraz częściej w odwiedzanych przez siebie miejscach.

    Wszystkie dotyczą organicznego jedzenia, o ciekawych kształtach, niespotykanych dawno zapachach i kolorach. Warzywa obtoczone jeszcze ziemią dają świadectwo swojej naturalności i świeżości. Owoce nie błyszczą nienaturalnie, lecz pachną nieziemsko, a smakują jeszcze lepiej.

    Dla nowych członków kooperatywy spożywczej jest to ta autentyczność, której własnie szukali. Mleko prosto od krowy zamknięte w słoiku pobudza ślinianki i daje nadzieję zdrowego śniadania. Marchew o kulfoniastych kształtach jest obietnicą zupełnie innego smaku od tego, do którego zostaliśmy przyzwyczajeni przez niemal przezroczyste warzywo uprawiane na wacie.

    Odwiedzający Zielony Targ na Placu Bernardyńskim w Poznaniu uśmiechają się szczerząc zęby, gdy widzą warzywa, których w supermarkecie nie uświadczą. Pęczek świeżej, polskiej rukoli, biało-fioletowa pikantna rzepa czy dawno zapomniana żółta odmiana marchwi lądują w koszykach świadomych konsumentów, zmęczonych papierowym smakiem potraw.

    Jak bardzo odzwyczailiśmy się od prawdziwych smaków jedzenia? Jak daleko żyjemy od natury na co dzień?

    ograniczam się, kooperatywa
    Raj.

    Nasza codzienność koncentruje się na kilku rzeczach. Zaspokajamy życiowe potrzeby przy okazji chodzenia do pracy, czytania książki czy oglądania filmu. Jedzenie jest dla wielu czymś kupowanym w wielobranżowym, wielkopowierzchniowym sklepie. Niska cena jest na pierwszym miejscu wśród czynników decydujących o naszych wyborach. Dopiero potem sprawdzamy jakość produktu, który wkładamy do koszyka.

    Są jednak tacy, którym idąca za niską ceną równie niska jakość nie wystarcza. Uświadomiwszy sobie szkody, jakie sztuczne dodatki i nawozy wywołują na zdrowiu, zaczynamy szukać nowych, alternatywnych źródeł pożywienia, co dla mieszkańców miasta może przypominać powrót do jaskini i wyruszenie na polowanie. Bo o zdrową, naturalną żywność wcale nie jest łatwo.

    Życie w zgodzie z naturą

    Owszem, na rynku jest całkiem sporo sklepów z ekologicznym asortymentem, odstraszają one jednak wygórowanymi cenami i niestety wątpliwą świeżością produktów.

    Nie wszystkim udaje się dotrzeć do kooperatywy spożywczej, nie wszyscy są też świadomi istnienia tego typu zrzeszeń. Ci jednak, którym się uda, są zachwyceni wartością tego, co znaleźli. Nie dość, że ceny wcale nie są wysokie, to jeszcze jakość, którą dostajemy w zamówionej paczce przekracza nasze oczekiwania.

    Przykłady z mojego życia: zamawiam pęczek pietruszki, a dostaję cały bukiet bogactwa w naturalną witaminę C! To samo z bazylią i innymi ziołami – pęczki ledwo można objąć jedną dłonią. Cukinia i dynia mają sprawiedliwe rozmiary, a buraki z jednej ze starszych polskich odmian zachwycają słodyczą i intensywnością smaku. Wszystko dzięki temu, że gospodarze, którzy uprawiają ziemię, nie myślą w kategoriach „produkowania” żywności i zwiększania wydajności, lecz szerzej zakrojonego naturalnego uprawiania ziemi w zgodzie z naturą i samym sobą, w ramach filozofii permakultury (ang. permanent agriculture), w którą wpisuje się powszechnie przez nas kojarzona ekologia, płodozmian czy poplon.

    Podczas naszej wizyty u nich, pan Zbigniew wypowiedział ważne słowa mówiące wiele o filozofii swojego gospodarstwa:

    Zgłosił się do mnie ostatnio jeden taki, który wypytywał: Co mam zrobić, żeby to lepiej rosło? A jak uprawiasz to, żeby mieć tego więcej? Ja mu mówię: w ogóle nie myśl o tych rzeczach. Zasiej to, co masz zasiać, podlewaj i dbaj o to, usiądź sobie z boku i patrz, jak to rośnie. Patrz, jak ziemia dojrzewa, a ty wraz z tą ziemią. I to wystarcza.

    Słuchając, jak opowiada o życiu z dala od pędu miasta, w zgodzie z naturą i rytmem pór roku, przenikał mnie wyjątkowy spokój i szczęście wynikające z poczucia harmonii z całym światem. Nawet, gdy pani Kasia wspomniała o tym, że ukradziono im sześć kóz i kury, mimo goryczy całego zdarzenia miała uśmiech na twarzy i bił od niej spokój człowieka mądrego życiowo.

    Jeśli nie masz na coś wpływu, porzuć nerwy i idź dalej.

    ograniczam się, kooperatywa
    Spokój. Cisza. Wieś.



    Potargujmy się

    Podobnie jest z Zielonym Targiem, na którym nie dość, że masz dostęp do ekologicznych płodów ziemi, to jeszcze możesz porozmawiać z rolnikiem, popytać o warunki uprawy, zażartować i wymienić się poglądami na rzeczywistość.

    Taka swojska, targowa konwersacja dawno została zapomniana w codzienności anonimowych, masowych zakupów. Nie dość, że sprzedawca w sklepie sam sprzedawanych produktów nie wytworzył, to jeszcze często nie ma pojęcia o ich prawdziwym pochodzeniu. A i nam brak czasu na pytanie, sprawdzanie i zgłębianie tematu jedzenia, które jest przecież tak zwykłe i powszednie. Tak oczywiste, jak to, że mamy męża, obok którego się co dzień budzimy. Jak to, że jesienią dzień jest już krótszy. I to, że nasze dzieci dorastają.

    Jedz powoli

    Gdy na chwilę zwolnisz i się dobrze zastanowisz, to własnie te proste, banalne rzeczy kształtują naszą tożsamość. Jakkolwiek zwykłe by one nie były, to o ich jakość warto dbać najbardziej.

    Czy jesteś zadowolona, kiedy Twój mąż traktuje Cię jak powietrze? Czy wolisz, kiedy dostrzega nową fryzurę, uśmiech na twarzy i kwiaty na stole?

    Czy chcesz się obudzić za kilka lat i zdziwiona biegiem czasu nie poznać swoich dzieci, które tak wyrosły? Czy wolisz przeżywać świadomie każdy dzień z nimi, zauważając zmianę i rozwój?

    Czy chcesz jeść szybko, byle się czymś najeść? Czy wolisz, żeby na Twoim talerzu leżała marchew, która widziała ziemię i piła naturalne nawozy? Jeśli jesz mięso – czy nie jest dla Ciebie ważne, żeby pochodziło od szczęśliwego zwierzęcia?

    Warto poświęcić więcej czasu i uwagi temu, co mamy na co dzień. Ta zwyczajność jest ważną częścią składową naszego życia. Spróbuj jej nadać wysoką jakość i odpowiednią wagę, a Twoje świadome życie również dzięki temu zyska. Zdobądź odwagę, by czasem się trochę bardziej postarać. I obserwuj, jak ziemia wokół Ciebie dojrzewa, a Ty wraz z nią.

    Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Podziel się ze mną w komentarzu lub wyślij maila.

    ***

    Jeśli spodobał Ci się ten wpis, podziel się nim z innymi. Będzie mi niezmiernie miło 🙂

    Ekologia Jedzenie

    Ile jedzenia marnują uczniowie?

    Nie obchodzimy tego święta tak jak Bożego Narodzenia. Nie jest to też dzień wolny od pracy. Ba! Nawet założę się, że nie wiesz, że jutro jest Światowy Dzień Żywności.

    Ustanowiony on został przez FAO w 1979 roku w rocznicę swojego pierwszego zgromadzenia, które miało miejsce 16 października 1945 roku w kanadyjskim Quebec, zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Co roku nadawany jest temu dniu nowy temat, i tak przez lata były to m. in. Prawo do żywności (2007), Bezpieczeństwo żywnościowe w czasach kryzysu (2009), Rolnictwo i dialog międzykulturowy (2005).

    Błędne koło

    W tym roku FAO wzywa, by zastanowić się nad Bezpieczeństwem socjalnym w rolnictwie (Social protection and agriculture), czyli jak przerwać błędne koło biedy w środowiskach wiejskich.

    ograniczam się
    Światowy Dzień Żywności 2015 wg FAO

    Okazuje się, że spośród grup społecznych na całym świecie to na terenach wiejskich najtrudniej jest o bezpieczeństwo socjalne. Państwa regulują kwestie prawne związane z zapewnieniem bytu głównie tym, którzy pracują w przemysłowych zakładach pracy oraz w sektorze usług, natomiast regularnie pomijają sferę rolnictwa, wykluczając tym samym całe warstwy społeczne z godnego uczestniczenia w ich życiu. I pomimo że to wieś i rolnictwo, którym jej mieszkańcy się parają, jest czynnikiem pozwalającym na zmniejszenie głodu na świecie i lepszą dystrybucję żywności, nadal ci, którzy ją produkują narażeni są na pogłębiającą się biedę i wykluczenie.

    Według badań przeprowadzonych przez FAO, wsparcie finansowe wsi, czyli grup zajmujących się rolnictwem, w krajach, w których brak zabezpieczenia socjalnego (np. kraje Afryki czy Azji Pd-Wsch) znacząco poprawia ich stan życia. Dzieje się to według następującej logiki:

    Po 1. osoby zajmujące się uprawą roli i hodowlą zwierząt mogą sobie dzięki temu pozwolić na spokojniejsze życie pokrywając straty wynikające z klęsk żywiołowych.

    Po 2. Dzięki środkom finansowym chętniej inwestują w rozwój gospodarstwa, nowy sprzęt czy pracowników, dzięki czemu…

    po 3. zwiększa się ich rozmiar produkcji, a więc…

    po 4. zwiększa się również ich realny dochód, oraz…

    po 5. – co bardzo ważne – ryzyko wystąpienia głodu, głównie wśród najmłodszych drastycznie się zmniejsza, co też wpływa na zmniejszenie się ilości chorób i długość życia.

    W samym 2013 roku, programy wsparcia socjalnego dla obszarów wiejskich uratowały ponad 150 milionów (!!!) ludzi od ekstremalnej biedy, pozwalając im wyjść z błędnego koła biedy i głodu.

    60 proc. Polaków marnuje jedzenie

    W Polsce na polu wyżywienia aktywnie działają Banki Żywności, o których wspominałam kilka tygodni temu. Z okazji Światowego Dnia Żywności przygotowują one szereg wykładów, warsztatów i dyskusji mających na celu zastanowienie się nad tematem lepszej dystrybucji jedzenia, tak by sukcesywnie zmniejszać liczbę głodujących. W tym roku tematem przewodnim, jaki Banki przyjęły, jest wyrzucanie jedzenia przez uczniów szkolnych pod hasłem „Marnowanie jedzenia to śmierdząca sprawa”.

    ograniczam się, Dzień Żywności
    Śmierdząca sprawa, która nas wszystkich dotyczy

    Wg raportu opublikowanego przez Banki Żywności, 60% Polaków przyznaje się do marnowania jedzenia w gospodarstwach domowych.
    Wśród uczniów do kosza najczęściej trafiają kanapki (58%!), surówki (42%), kasza lub ryż (33%), warzywa (30%), owoce (29%).

    Jak nauczyć szacunku do jedzenia?

    Banki Żywności proponują, by stosować się do wypracowanych przez nich zasady 4P, czyli:

    1. Pakuj starannie posiłek – tak by nie ulegał zepsuciu
    2. Poproś o mniejsze porcje – po to, by nie marnować niepotrzebnie resztek, które zostają po spożywaniu posiłku przez dziecko – stosuje się to zarówno do szkolnych stołówek, jak i do restauracji, do których zabieramy dzieci
    3. Podziel się z innymi – napoczętym jedzeniem, jeśli jeszcze dobre, możemy podzielić się z koleżanką lub kolegą, a w rodzinie – z mamą, tatą lub rodzeństwem
    4. Pięć posiłków dziennie – należy tak zaplanować rodzinne (i dziecięce) posiłki, by jeść mniej, a częściej, co skutecznie zapobiega marnowaniu.
    ograniczam się, Banki Żywności, nie marnuj, ile jedzenia marnuja uczniowie
    Pakuj, poproś, podziel się, pięć posiłków – zasada 4P

    Mikrozmiana, czyli zacznij od siebie

    Sama staram się zachęcać mojego 3-letniego synka do aktywnego uczestniczenia w przygotowaniu posiłku, podawaniu do stołu i sprzątaniu, również po to, by czuł się współodpowiedzialny za jedzenie, które wspólnie spożywamy.

    Jeśli wybrzydza i nie chce jeść, co też się często zdarza, tłumaczę mu, na co pozytywnie wpływa dany posiłek, co nawet potrafi go przekonać do zjedzenia niektórych warzyw. Racjonalne argumenty sprawdzają się świetnie, nawet jeśli dziecko nie do końca rozumie, co to są witaminy, żołądek czy szkorbut.

    Zdarza mi się też opowiadać Jankowi historie o – no właśnie – głodzie na świecie i miejscach, w których ludzie walczą o to, żeby zdobyć jakiekolwiek jedzenie. Brzmi to dla niego, ba! nawet dla nas, dorosłych, dość abstrakcyjnie, ale w przypadku, kiedy już widać, że posiłek ma wylądować w śmieciach, warto sobie uświadamiać trudną sytuację niektórych grup społecznych z biednych zakątków świata. I zanim wyrzucisz coś z talerza, zastanów się, co inaczej powinieneś/powinnaś zrobić, by temu w przyszłości zapobiec.

    Może inaczej planować posiłki?
    Może nie podjadać przed obiadem?
    Może rozsądniej prowadzić kuchnię?

    Nie wyrzucaj! Jedz, planuj lub oddawaj to, czego nie potrzebujesz. Na przykład tu. Ograniczam się w marnowaniu jedzenia. A Ty?

    Jak będziesz obchodzić Dzień Żywności? Masz swoje skuteczne metody zapobiegające marnowaniu w rodzinie i u dzieci?

    Rodzina

    Hands free mama, czyli jak być dobrym rodzicem

    Z natury jestem dość ambitną osobą. Jeśli coś sobie postanowię, konsekwentnie staram się realizować mój cel. Nie pozwalam sobie na niedociągnięcia. Źle czuję się, jeśli to, co robię, jest nieidealne, ponieważ coś stanęło mi na przeszkodzie do osiągnięcia 100-procentowej satysfakcji z wyniku. Może jestem typowym koziorożcem, może po prostu perfekcjonistką (choć daleko mi do Perfekcyjnej Pani Domu). Ostatnio jednak, a w zasadzie od dobrych kilku miesięcy, życie daje mi dość mocną lekcję pokory.

    Jak być dobrą mamą, oddaną żoną, niezawodną blogerką i godnym zaufania pracownikiem? Czy to wszystko da się w ogóle ze sobą pogodzić?

    Hands Free Mama – jak walczyć z rozpraszaczami

    W poszukiwaniu odpowiedzi na lepszą organizację swojego czasu, natrafiłam na ciekawą książkę, a w zasadzie jednego z moich dosłownie kilku ebooków. „Hands free mama”  Rachel Macy Stafford dała mi wiele do myślenia od momentu, gdy ujrzałam okładkę i zerknęłam na bloga autorki.

    Hands Free Mama – mój jeden z niewielu ebooków
    Od razu pomyślałam – ale jak to „Hands free”? Z pustymi rękami? Bez telefonu? Bez klawiatury? Bez pilota? Przecież dopiero co kupiłam ebooka i mam zamiar go przeczytać na mojej komórce.

    Od czego zacząć walkę o własną uwagę

    ograniczam się, hands free
    „Życie z uwolnionymi rękami oznacza świadomą decyzję tymczasowego odepchnięcia codziennych rozpraszaczy po to, by poświęcić swoją niepodzielną uwagę komuś lub czemuś najważniejszemu w Twoim życiu.”*

    Rachel, jak sama pisze, prowadziła spokojne i udane życie. Urodziła dwie córki, była przykładną żoną swojej licealnej miłości, świetnie godziła pracę z domu z zajmowaniem się rodziną. Była szczęśliwa, a przynajmniej tak jej się wydawało. Przyszła chwila, kiedy zdała sobie sprawę, że dzień z grafikiem wypełnionym po brzegi i angażowanie się w dziesiątki inicjatyw w przeciągu tygodnia nie są dla niej niczym więcej jak zbędnymi rozpraszaczami. A to, co jest dla niej naprawdę ważne, to rodzina, która do tej pory dostawała od niej tylko ochłapy wolnego czasu.

    Od tego momentu postanowiła przewartościować swoje dotychczasowe życie tak, by aktywnie uczestniczyć w dniu tych, którzy są dla mniej najważniejsi. Postanowiła uprawiać codzienną uważność po to, by niczego istotnego nie przegapić, a jednocześnie nie zapomnieć o okazywaniu im uczuć, dzięki którym wiemy, że druga osoba nas kocha i docenia.

    Ważne pytania

    Jest kilka pytań, które warto sobie zadać, jeśli chcesz wprowadzić zmianę. Czy na prośby dzieci o wspólne spędzenie czasu zdarza Ci się myśleć lub mówić – „Nie teraz, jeszcze tylko…” albo „Już, tylko skończę…”? Czym są u Ciebie te trzy kropki? Zastanów się przez chwilę.

    To uświadomienie sobie naszych rozpraszaczy jest niezbędnym krokiem na drodze do rewolucji uwolnienia własnych rąk.

    Może zaczynasz dzień od przejrzenia maili, a może odpowiadasz od rana na sms-y i przeglądasz media społecznościowe? Może jak tylko wstaniesz wstawiasz pranie lub poświęcasz się szybkim (lub nie) domowym zadaniom?

    W czasie, kiedy Ty jesteś obok, życie Twojej rodziny toczy się swoim rytmem. Dzieci jedzą śniadanie, wygłupiają się, starają się zwrócić Twoją uwagę, ale Ty nawet nie patrzysz. Masz inne zadania, swoje ważne, dorosłe życie.

    Tylko czy to inne życie jest ważniejsze od tego, co się właśnie teraz dzieje? Czy odebranie telefonu natychmiast, w momencie, gdy Twoja córka lub syn zadaje kolejne pytanie „A dlaczego..?” jest tego warte?

    ograniczam się, hands free
    „Danie sobie szansy zauważenia szczegółów, które czynią życie wartym przeżycia, jest dobrze spędzonym czasem.”

    Uświadomienie sobie po pierwsze tego, co dla Ciebie jest naprawdę ważne, a po drugie rzeczy, które Ci przeszkadzają w pełnym uczestniczeniu w życiu naprawdę otwierają oczy i dają do myślenia.

    Jak pisze Rachel,

     
    Zacznij od zidentyfikowania sabotujących czynników, które zatrzymują Cię przed zaangażowaniem się w to, co naprawdę ważne.
     

    To, co może nas rozpraszać, to na przykład:

    • telefon
    • komputer (media społecznościowe, blogi)
    • telewizja
    • e-czytnik
    • listy zadań
    • nadmierne zaangażowanie się
    • nadmierne zamartwianie się, poczucie winy, niewłaściwości, perfekcji lub zwątpienia w siebie
    • presja na zachowywanie się lub wyglądanie w określony sposób.

    Gdy zaczęłam czytać „Hands free mama” zdałam sobie sprawę, że pomimo regularnego bycia offline, gdy jestem w domu z rodziną, pomimo trzymania na wodzach mojej wirtualnej obecności w mediach społecznościowych, nadal z mych ust pada często „Nie teraz, muszę jeszcze…”. Moimi rozpraszaczami są prace domowe, choćby robienie obiadu, sprzątanie czy zakupy. Często łapię się też na zabawie z synem podczas słuchania radia – no właśnie, nawet sam sposób, w jaki to napisałam wskazuje na fakt większego zaangażowania w nadawaną audycję niż koncentrację na dziecięcej zabawie. Podgłaśniam odbiornik, podczas gdy powinnam go ściszyć i wsłuchać się w moje dziecko zabiegające o moją uwagę.

    Pomyślisz, że nie ma co przesadzać, bo każdy powinien mieć czas dla siebie, a dzieci muszą nauczyć się samodzielności.

    Z jednej strony się zgodzę, a Rachel podpowie, że możesz wyznaczyć sobie czas dla siebie i jasno o tym zakomunikować rodzinie, by nikt nie był rozczarowany, że nie poświęcasz im uwagi.

    Z drugiej strony kluczowe jest uświadomienie sobie, że chwile z Twoimi dziećmi nigdy się nie powtórzą i ani się obejrzysz, a staną się one niewymagającymi Twoich mądrych odpowiedzi nastolatkami, zagłębionymi we własnym, wczesnodorosłym świecie. Wtedy Ty będziesz próbować nawiązać z nimi kontakt i możesz się zdziwić, dlaczego to Wam już nie wychodzi i jak bardzo minęłaś lub minąłeś się z życiem, jak wiele czasu zostało stracone na marne, jak wiele ważnych wydarzeń przegapionych.

    Nie muszę być perfekcyjna. Ostatecznie mogę odpuścić i jeden lub dwa dni w tygodniu pójść z rodziną do restauracji lub kupić coś gotowego zamiast spędzać kilku godzin w kuchni po to, by wszystkim jak najlepiej smakowało.

    Mogę też nagrać ulubiony program lub audycję i posłuchać jej w późniejszym czasie, a w zamian za to autentycznie cieszyć się zabawą z moimi dziećmi.

     
    ***
    Czy już wiesz, czemu chcesz poświęcić swoją niepodzielną uwagę? Jakie są Twoje codzienne rozpraszacze, które stoją Ci na drodze? Masz pomysł, jak sobie z nimi poradzić?
     
     
    ***
     
    Ten wpis jest pierwszym z serii zainspirowanej książką „Hands free mama”.* Tłumaczenia są moje własne, nie pochodzą od autora ani wydawcy ebooka.

    Książkę możesz już kupić w Polsce za pośrednictwem sklepu internetowego.

    Ubrania

    Co kobieta ma w swojej torebce?

    Jakiś czas temu (długi czas temu!), zaproponowałam Wam na facebooku wyzwanie. Pokaż, co nosisz przy sobie, czyli „Prześwietlam damskie torebki”. Powodowana ciekawością, co ze sobą nosicie, ale również chęcią wywołania rewolucji w postaci porządkowania damskiej torebki, chciałam zobaczyć prawdę o Was, a w zasadzie o Nas wszystkich – kobietach.

    Spodziewałam się bałaganu, niespodzianek w stylu zasuszony motyl czy kłopotliwych przedmiotów, z których nie będziecie potrafiły się wytłumaczyć. Wiem dobrze, że kobiety potrafią włożyć do torebki praktycznie wszystko, a im większa torba, tym na dłużej o tym zapominają. To, co wiem, to nie stereotypy, które o damskiej torebce krążą, ale moje własne doświadczenie związane z noszeniem przy sobie wszystkiego, co może się przydać. Obserwuję też kobiety, które akurat czegoś szukając znajdują wszystko inne, po kolei wykładając na stół, po to, by poszukiwaną rzecz znaleźć na samym końcu, w najmniej spodziewanym zakamarku.

    Po dłuższym czasie zbierania Waszych zdjęć i czytania opowieści doszłam jednak do zupełnie zaskakujących dla mnie wniosków. Mężczyźni – uwaga – czytajcie i uczcie się, kobiety i ich torebki uległy znakomitej przemianie!

    1. Torebki są uporządkowane.
    2. Nie pakujecie do nich zbędnych bibelotów.
    3. Stawiacie na praktyczne, przydatne przedmioty.

    Wydaje się więc, że torebkowe zamieszanie nieco się uspokoiło, a Wy coraz częściej robicie w nich porządki. Potwierdza się to w ostatnio przeprowadzonych badaniach –  ponad połowa posiadaczek torebek sprząta w nich regularnie, a 20 procent nie wkłada do niej niepotrzebnych rzeczy. Nadal jednak jest te spore 80 procent, które nosi ze sobą cały majdan żyjąc przekonaniem, że wszystko jest niezbędne.

    Pokaż kotku, co masz w środku


    A teraz efekty torebkowego wyzwania. Oto Wasze wnętrza oraz najciekawsze historie z nimi związane.

    Ania nosi kosmetyki i notesy. O swojej torebce pisze:


    „(Na zdjęciu) brakuje tylko telefonu, którym robię zdjęcie (i paczki daktyli, którą też noszę. Lubię daktyle i jem kilka przed bieganiem, ale jak je w domu trzymam, to chłop je wszystkie zjada). Nie umiem wytłumaczyć tych wszystkich błyszczyków- chyba po to je noszę, żeby je w końcu zużyć, bo usta rzadko maluję, a szkoda wyrzucić. No I nie wiem, po co mi dwa notesy…”

    damska torebka, ograniczam się
    Torebka Ani

    Dobromira, aktualnie mama miesięcznej Matyldy, gdy robiła swoje zdjęcie była jeszcze w ciąży:


    „Często zmieniam torebki, dlatego nie mam szansy zrobić w nich bałaganu. Jak jadę do pracy, to wiozę mnóstwo materiałów na zajęcia, a jak wracam, to zdarza mi się nosić pędzelki do wyczyszczenia w rozpuszczalniku. Poniżej zestaw pt. wyjście do lekarza: w roli głównej dokumentacja medyczna i portfel. A reszta to standard.”


    Standard – w domyśle: portfel, chusteczki, krem, klucze, woda i okulary przeciwsłoneczne.

    damska torebka, ograniczam się
    Torba Dobromiry



    Olga
    również wydaje się mieć dość minimalistyczne podejście:

    „Oto i zawartość mojej torebki: portfel, telefon (na zdjęciu reprezentowany przez etui), dokumenty do auta, składana torba na zakupy, chusteczki higieniczne, pomadka, długopis i klucze do mieszkania. I tyle. „


    Pomyślelibyście, że to torebka mamy dwójki dzieci?

    damska torebka, ograniczam się
    Torebka Olgi



    Bogna
    jest ze sobą i nami wszystkimi szczera.

    „Nie no dziewczyny, bez jaj. Nie wierzę, może dlatego, że jestem autorką hasła to nie burdel to damska torebka, a może dlatego, że mój pierwszy chłopak opowiedział mi jak tato włożył mamie cegłę do torebki (zorientowała się po tygodniu). Dziś wiem, że byłabym dla niego idealną żoną (wg zasady najlepsza żona to mama 2.0). 


    Osobiście posiadam trzy torebki dość znacznych rozmiarów. Przesiadam się między nimi 2-3 razy do roku, gdy ewidentnie zmienia się pora roku lub gdy zawartość woła już o wylinkę. Wylinka polega na tym, że na początek przekładam tylko klucze, portmonetkę i – a jakże – komóreczkę, a przez kolejne dni dorzucam to co okazuje się jednak konieczne (po latach nauczyłam się zestaw: listek painkillerów, podpaska, tubka płynu odkażającego i długopis przydadzą się w każdej torebce). Po kilku tygodniach mogę spokojnie wyrzucić to co wciąż w pierwszej torebce zalega. 


    Na usprawiedliwienie mogę dodać tylko, że zwykle jest to ok pół kilo ulotek, najważniejszych-na-świecie ofert przysłanych mi na skrzynkę pocztową, paragonów i tym podobnych dupereli, których nie mam siły i odwagi wyrzucać na bieżąco.
    Aha no i w każdej torebce mam jakąś pamiąteczkę, której znaczenie znane jest tylko mi tylko tak długo jak nie spłowieje cała zawartość.”



    damska torebka, ograniczam się
    Torebka Bogny

    Zaraz jednak dokłada nam wersję „lajt”, którą bierze na szybkie wyjścia.

    damska torebka, ograniczam się
    Bogna „lajt”

    I Ewa, Polka mieszkająca we Francji. Szyje ubrania dla siebie i dzieci, projektuje strony internetowe i dziecięce pokoje. Jest autorką pięknego bloga o swoim życiu we Francji, francuskiej kuchni i rodzicielstwie bliskości.

    „Uwielbiam torebki, jarają mnie bardziej niż ciuchy. Mam słabość do tych z wyższej półki. Ale od kilku lat zadowalam się jedną, czarną klasyczną Michael’a Korsa. Latem tradycyjnie zamieniam torebkę na koszyk wiklinowy. Mam ich całe mnóstwo. Praktycznie co wakacje kupuję dwa lub trzy. W tym roku jeszcze nie znalazłam nic, co by mnie nie powaliło na kolana ale przyznać muszę, że mało z domu wychodzę, to nie odczuwam jakieś ogromnej potrzeby nowego nabytku. 


    W torebce/koszyku zawsze mam najbardziej potrzebne rzeczy. Oraz te, które mogą się przydać niespodziewanie, czyli zabawka dla mojego syna oraz kredki. Ostatnio zaprojektowałam mu serię kart do gry Memory, o wielkości połowy wizytówki.
    Mało miejsca zajmuje i przydaje się jak czekamy u lekarza albo w restauracji. 



    Do niezbędników należy portfel, iPad – nigdy nie wiadomo, kiedy nadarzy się okazja, żeby zaprezentować swoje kreacje. Paszport, krem przeciwsłoneczny, moleskine – w razie jakby natchnęło mnie na rysowanie albo pisanie. 


    Regularnie wykładam z torebki to, czego nie potrzebuję w danym dniu
    A ile mam rzeczy, to naprawdę zależy co mam w planach na dany dzień.
    Kiedy idę z mężem na randkę, biorę ze sobą tylko malutką pochette.
    Karta kredytowa, dokument tożsamości, zdjęcie rodzinne i karta z grupą krwi. Acha, w torebce noszę zawsze moją ulubioną książkę „Bonjour tristesse” Françoise Sagane. I plastry na odciski.



    damska torebka, zawartość, ograniczam się
    Torebka Ewy
    damska torebka, ograniczam się
    Koszyk Ewy


    ***


    Wasze opowieści mogłabym czytać i czytać. To niesamowite, ile o człowieku potrafi powiedzieć jego (a w zasadzie jej) torebka. Ile przedmiotów, tyle historii. A im mniejsza zawartość, tym większe świadectwo Waszego życiowego minimalizmu, czego Wam wszystkim gratuluję.

    Podoba mi się szczere stwierdzenie Bogny „to nie burdel, to damska torebka”, jednocześnie cieszy mnie, że macie do siebie dystans i kiedy trzeba potraficie zredukować swój mały bałagan do niezbędnej esencji.

    A na koniec przedstawiam 13 najważniejszych rzeczy, które najprawdopodobniej znajdziesz w damskiej torebce.

    Zawartość można podzielić na kilka grup.

    I. Rzeczy praktyczne
    1. Portfel
    2. Klucze
    3. Dokument tożsamości
    4. Telefon
    5. Notes
    6. Długopis

    II. Kosmetyki i środki higieny
    7. Chusteczki higieniczne
    8. Pomadka
    9. Flakonik perfum

    III. Torebkowa apteczka
    10. Tabletki przeciwbólowe
    11. Plastry na odciski

    IV. „Posiłki”
    12. Butelka wody
    13. Zdrowa przekąska

    ***

    Jestem ciekawa, jakie Ty masz podejście do swojej torebki. Nosisz dużą czy małą? A może wszystko mieścisz w kieszeni od kurtki? 


    Jaka jest najdziwniejsza rzecz, którą możesz znaleźć w swojej torebce?


    Jeśli masz ochotę, podziel się ze mną swoją opowieścią.

    Rodzina

    Moje nie-minimalistyczne poranki

    Budzę się rano nawet ze sobą nie walcząc. Robię to automatycznie w odpowiedzi na płacz, albo na frywolne piski przy włączonej pozytywce. Kolejny nie-minimalistyczny poranek.

    Karmię (piersią). Potem zostawiam małą przy Tacie, a sama idę się szybko umyć, by skorzystać z chwili, kiedy Z. jest jeszcze w domu. Prysznic. Lekki domowy makijaż, bez którego nie potrafię spojrzeć sobie w twarz. Dezodorant w kulce. Wygodna i (sprawdzam) niebrudna, domowa odzież. Kapcie – tak, już czas na ciepłe kapcie z rana zamiast odkrytych swawolnie letnich japonek. I maszeruję do kuchni zrobić śniadanie sobie i J.

    Mała posadzona w kuchni na wysokim foteliku czuje się jak królowa świata. No może księżna, bo futrzasta królowa siedzi na jeszcze wyżej zawieszonych kuchennych szafkach, i kontroluje, czy nie wkrawam za dużo banana do płatków.

    Śniadanie jest proste i zazwyczaj składa się z muesli, mieszanki płatków i owoców albo domowej granoli z mlekiem. Na kawę jeszcze nie czas, bo cała moja uwaga skupia się na J., niewylewaniu mleka z miseczki i rozkręcających dzień rozmowach.

    W międzyczasie Z. się umył i spędza z nami czas robiąc kanapki do pracy. Królowa patrzy i widzi, że zamiast jednego położył dwa plasterki szynki, a przecież jeden spokojnie mógł wylądować w jej świecącej pustką i czekającej na mokrą karmę misce.
    -10 do punktacji Pana Domu na dziś.
    -20 za zganianie królowej z blatów.
    +30 za czułe podrapanie po główce i za uszami i wszystko wraca do normy.

    Harmonia w królestwie zapanowała.

    Na chwilę zasypiam na jawie marząc o gorącej kawie z mlekiem, gdy nagle J. wylewa to wymarzone białe na stół i podłogę, po czym biega po całym mieszkaniu uciekając przed znanym obowiązkiem mycia zębów i ubrania się do wyjścia.

    W użycie wchodzą wachlarz umiejętności negocjacyjnych, motywacyjnych i sprawność fizyczna, by w końcu dorwać małego i pobawić się w szczotka-pasta-kubek-ciepła-woda. Potem J. negocjuje, kto ma mu ubrać buty, a kto kurtkę, i dlaczego nie zrobi tego sam (bo nie!), a spytany o posiadanie dwóch rąk nagle ukrywa ten fakt za swoimi plecami.

    Z kuchni dobiegają pokrzykiwania Młodszej, która zawiedziona porzuceniem jej w samotności na kilka chwil nie może obserwować, jak „duże dzieci” same się ubierają. Albo raczej kwestionują funkcjonowanie takich pojęć jak samodzielność i umiejętność. Przyniesienie jej bliżej wpływa jednak motywująco i nagle bystrość umysłu i sprawność 3-letnich rączek wraca jak bumerang rzucony w dal.

    Buziaki są rozdzielane każdemu i przez każdego. Jeszcze tylko echo klatki schodowej poniesie „Miłego dnia chłopaki!” i „Miłego dnia dziewczyny!” i winda zawiezie męską część rodziny do garażu.

    A żeńska strona zajmie się ogarnianiem całego pozostawionego po wieczorze i poranku ambarasu, fikaniu w łóżeczku, parzeniu kawy i wysłuchiwaniu „Salonu politycznego Trójki”.

    Choć i tak po tym, co działo się wczoraj na urodzinowym kinderbalu, nasz zwykły poranek wydaje się oazą spokoju i strefą zen, w której pojedynczy krzyk brzmi niczym spokojna mantra mruczana podczas medytacji.

    ograniczam się, urodziny, papuga, minimalizm, poranki
    Piracka chwila spokoju

    Czy Twój początek dnia różni się od mojego? Ile masz w nim czasu dla siebie?

    Jedzenie Zero Waste

    Gotuj to, co masz, czyli 3 sposoby na szybki obiad

    Miesiąc temu zapoczątkowałam cykl związany z oszczędnym gotowaniem. Gotuj to, co masz to przemyślana i kreatywna kuchnia domowa, taka, w której wykorzystujesz do potrawy te składniki, które akurat masz w domu.

    Od tego czasu staram się gotować w ten sposób kilka razy w tygodniu. Oczywiście nie stronię od zakupów spożywczych zupełnie. Po prostu chcę uniknąć wyrzucania jedzenia tylko dlatego, że przez jakiś czas leżało leniwie w lodówce i nie pasowało do żadnej potrawy.

    Dwa tygodnie temu podałam Wam kilka sposobów na proste i zdrowe śniadania.
     
    Tym razem wezmę pod nóż obiad. 
     
    ograniczam się, gotuj to co masz, dynia
    Od kilku lat, w zasadzie odkąd pojawił się na świecie mój Pierworodny, odkryłam w sobie fascynację gotowaniem. Nie było dnia, w którym nie obejrzałabym choć jednego programu z kuchennej telewizji. Moja głowa napełniała się pomysłami, przy czym uzupełniałam swoja szafkę naczyniami, których mi brakowało. Moździerz, blender, patelnia do grillowania, kuchenne noże, obieraczka – dzięki nim mogę czasem zrobić coś ciekawego ze zwykłego warzywa lub mięsa. Zapałałam też pasją do uzupełniania niektórych dań winem i specyficznymi przyprawami typu wędzona papryka lub kumin. Dlatego dla mnie jeśli mówię o gotowaniu z tego, co mam, jest to o tyle łatwiejsze, że najczęściej mam w już w domu tego typu dodatki.

    Przepisy na szybki obiad

    Podam Wam teraz moje ulubione przykłady dań obiadowych, które można przyrządzić szybko i z praktycznie każdym składnikiem.

    Zapiekanka z mięsem i warzywami

    W tym przepisie obojętnie co trafi do brytfanki – potrawa praktycznie zawsze się uda. Wystarczy pamiętać o kilku zasadach:

    • spód formy wysmaruj tłuszczem, żeby chronić przed przywieraniem
    • jeśli przyrządzasz mięso, warto je wcześniej obtoczyć w przygotowanej w moździerzu marynacie – moja ulubiona to: 2 ząbki czosnku, sól, zioła prowansalskie rozgniatamy na miazgę, dolewamy 2 łyżki oleju (wtedy już nie smaruj formy), łyżeczkę miodu i tyle samo musztardy. Łączymy ze sobą składniki, a powstałą masą smarujemy mięso. Warto zostawić je w tej postaci na godzinę w lodówce, by przeszło przyprawami. A potem do brytfanki, obłożyć warzywami – marchew i ziemniaki to najprostsza opcja – i piec przez ok. godziny w 180 stopniach Celsiusza.

    U mnie to gwarancja udanego obiadu!

    Makaron z kapustą

    Prawie każdy ma w domu jakieś kluski. Polacy są wielkimi fanami włoskiej kuchni, dostosowując ją co dzień do własnych zwyczajów, tworząc swego rodzaju włosko-polskie fusion. 

    Kilka lat temu nauczyłam się prostego przepisu na makaron z …kapustą! W oryginale jest to tagliatelle z włoską kapustą, pancettą, orzeszkami pini i parmezanem. Ja wykonałam ostatnio nieco spolszczoną wersję, zastępując kapustę włoską tą zwykłą, która została mi z robienia gołąbków tydzień temu, a zamiast pancetty wykorzystałam w sumie mało polską, ale obecną w lodówce szynkę szwarcwaldzką (może być zwykły wędzony boczek). Orzeszki pini zastąpiłam… prażonym słonecznikiem. Wszystko podsmażyłam na patelni i dodałam do makaronu, oprószając lekko znalezionym żółtym serem. Idealnie według przepisu sprawdza się twardy, dojrzały parmezan, ale tak naprawdę każdy inny będzie dobry.

    Risotto z dynią

    Tak naprawdę risotto możesz zrobić, z czym sobie tylko życzysz. Umiejętność robienia risotto i oczywiście obecność ryżu arborio w szafce przydaje się w przygotowywaniu szybkich i oszczędnych obiadów.

    Mojej wersji risotto nauczył mnie pewien Włoch, który pichcił dla mnie, jednocześnie wisząc na telefonie ze swoją mamą. „Mamo, a ile tego bulionu? A jak długo gotować? Co jeszcze powinienem dodać?” Mamma mia! Włoska kuchnia jest ciepłym, rodzinnym doświadczeniem, nawet jeśli jej członkowie mieszkają w różnych krajach.

    Składniki mojego risotto to:
    • pół opakowania ryżu arborio (ok. szklanki)
    • bulion z poprzedniego dnia
    • jedna średnia cebula
    • „trochę” dyni pokrojonej w kostkę (na oko spora miska wypełniona pomarańczowym przysmakiem)
    • ser
    • pół szklaneczki białego wina
    • sól
    • szczypta gałki muszkatołowej
    • masło i/lub olej do smażenia
    ograniczam się, risotto, dynia, gotuj to co masz
    Risotto z dyni idealnie na jesień
    Moje wskazówki:
    • na maśle podsmaż cebulę i dynię (zamiast niej możesz wykorzystać niemal każde warzywo – marchew, cukinię, kalarepkę); możesz użyć oleju, ale masło dodaje potrawie wyjątkowego smaku,
    • dorzuć ryż  i zeszklij,
    • zalej chochelką bulionu i poczekaj aż ryż go wpije, lekko przy tym mieszając
    • dolej trochę białego wina i podobnie jak z rosołem – czekaj, aż ryż je wpije
    • powtarzaj czynność z bulionem i winem kilka razy
    • cały proces robienia risotto trwa zazwyczaj ok. 20 minut
    • jeśli nie masz wina lub unikasz alkoholu – zastąp je po prostu wodą. Co prawda wino daje niepowtarzalny smak, a alkohol wyparowuje, ale wielokrotnie wykonywałam ten przepis tylko z wodą (bardziej oszczędnie). Moje wino było półsłodkie, co świetnie skomponowało się z dynią, która lubi delikatne towarzystwo cukru.
    • Na końcu dodaj ser i wymieszaj do roztopienia. Już możesz podawać!
    Sposobów na szybkie obiady z wykorzystaniem tego, co akurat masz, jest mnóstwo. Wiem, że jednym z Waszych ulubionych, są tzw. eintopfy, czyli garnek pełen tego, co akurat masz. Też często z niego korzystam, szczególnie, kiedy na głowie mam dwójkę dzieci i niewiele czasu.
    Co jeszcze lubicie gotować na szybki i oszczędny obiad? Podzielcie się ze mną i innymi swoimi sposobami.
    Rodzina

    Jak ograniczać złe emocje? 5 sposobów

    Dziś jestem padnięta. Energia na poziomie bliskim zeru, druga kawa powoli otwiera moje oczy. Kto powiedział, że mając dzieci będę się wysypiać?

    Tym bardziej w trakcie treningu czystości i pustoszącego przedszkole zapalenia gardła jest to trudne. W takich momentach nawet najbardziej różowe i puchate myślenie uważnościowe w stosunku do własnej rodziny zostaje wystawione na próbę. W kryzysowej sytuacji robię wszystko automatycznie i po najmniejszej linii oporu.

    Walka z ubieraniem się, walka z jedzeniem śniadania, walka, żeby zrobił siku, a jednocześnie odstawianie młodszej córki jak najdalej, żeby możliwie najdłużej uchronić ją przed zarazkami. W takich momentach cierpliwość jest tym czymś, czego mi brak, co chciałabym wyjąć z paczki i założyć na siebie niczym magiczną pelerynę.

    Każdy z nas ma swoje lepsze i gorsze momenty. Nawet Matka Polka (czy Ojciec Polak), ostoja spokoju i opanowania, ma chwile kryzysu. Nie oszukujmy się, nikt nie jest idealny. Każdy kiedyś przepełniony emocjami wybucha i rozlewa swoją żółć na najbliższe otoczenie. Toksyczne sytuacje potęgują poziom skażenia wokół. Jak sobie z nimi radzić? Jak ograniczać się w emanowaniu złymi emocjami i pielęgnować te dobre? Jeśli też miewasz podobne problemy, mam dla Ciebie kilka rad, które warto zastosować, gdy się wreszcie przełamiesz i postanowisz poskromić siebie.

    Pięć sposobów na złe emocje

    1. Zobiektywizuj swoje emocje, postaraj się odciąć od całej sytuacji i spojrzeć na to, co się dzieje patrząc z boku – jest to podejście polecane przez trenerów uważności, które pozwala zaobserwować jak się zachowujesz i dlaczego, a obiektywizacja pomaga w opanowaniu i zrozumieniu siebie.

    Jak pisze Pani Poczytalna, to

    próba zapanowania nad gonitwą myśli i zrozumienia rządzących nami emocji, nieustająco interpretujących rzeczywistość, którą widzimy

    Od niedawna staram się ćwiczyć uważny sposób bycia i zauważyłam, że dodaje mi to osobistej dojrzałości, z której jestem niezmiernie dumna.

    2. Policz do 10 i oddychaj głęboko – proste, ale w kryzysowej sytuacji warte, by zastosować. Dotlenienie organizmu oczyści i rozjaśni nasze myśli. Liczenie skupi je na chwilę w innym miejscu po to, by zyskać spokój i dystans.

    3. Znajdź chwilę na medytację, odetnij się od otaczającego Cię huraganu złości i znajdź kawałek podłogi na krótkie wyciszenie się.

    4. Pogłaszcz kota lub innego zwierzaka – udowodniono, że kontakt ze zwierzętami odstresowuje i wprowadza nas w przyjemny nastrój. Jeśli tylko masz w domu jakiegoś futrzaka, weź go na ręce i przytul. Działa?

    5. Wyjdź na balkon lub na dwór – pooddychaj świeżym powietrzem, znajdź się na chwilę w innym otoczeniu, poza miejscem, w którym nastąpiła kumulacja emocji. Pomoże to nabrać dystansu do stresu, który przeżywasz i zatrzymać wylew gniewu.

    Pamiętaj, że Twoje złe emocje będą zarażać innych. Wybuchając nic dobrego nie zyskasz, a dodatkowo zezwalasz swojemu dziecku na podobne zachowanie w przyszłości. Pamiętaj, że mały potomek to świetny obserwator, uczy się od Ciebie w każdej chwili swojego życia. Jeśli pokażesz mu, jak opanowywać emocje, w przyszłości sam postara się działać podobnie. Daj mu więc dobry przykład i powstrzymaj się przed krzykiem. Promieniej spokojem i opanowaniem, a Twoje dziecko prędzej czy później zarazi się pozytywnym nastrojem, który wprowadzasz.

    Nawet jeśli jesteś zmęczony/-a, a wokół wali się i pali pamiętaj, że tylko spokój może Cię uratować. 

    złe emocje, uważność, medytacja

     

    Podróże Styl życia

    Czy Berlin potrzebuje Twojej pomocy?

    berlin help pomoc vostel wolontariat

    Berlin od zawsze był moim miastem-marzeniem. Wychowałam się dokładnie w pół drogi między Poznaniem a stolicą naszych zachodnich sąsiadów.

    Już w liceum odkryłam, że najlepsze przeceny są jednak za Odrą, a miasto, pomimo że ogromne, jest niezwykle przyjazne – nie tylko jego mieszkańcom, ale i nowym przybyszom. Komunikacja miejska jest świetnie rozwinięta i intuicyjna, a jeśli się zgubisz, nawet nie znając niemieckiego łatwo odnajdziesz drogę, bo Berlińczycy są niezwykle uprzejmi i pomocni.

    Co ciekawe i – jak dla mnie – niezwykle ekscytujące – nie jest ważne, jakim językiem się posługujesz i z jakiego kraju jesteś. Ważna jest Twoja chęć pomocy innym i gotowość do zaangażowania się w konkretnym projekcie. A jest w czym wybierać! Możesz sortować jedzenie pochodzące ze zbiórek żywności, opiekować się ptakami w ptasim domu starości (takie rzeczy tylko w Berlinie:), pracować przy budowie buddyjskiej świątyni czy – co aktualnie jest bardzo na czasie –  pomóc w schronisku dla uchodźców, których jak wiemy w Niemczech jest chyba najwięcej.

    1/3 Niemców angażuje się non-profit

    O stopniu zaangażowania społecznego Niemców świadczy choćby sam fakt, że aż 1/3 z nich aktywnie uczestniczy w życiu organizacji non-profit. Z pozostałych z nich, aż 50 procent chętnie by wzięło udział w wolontariacie, ale nie mogą pozwolić sobie na stałe, długoterminowe zaangażowanie. Dla nich własnie powstał Vostel, czyli platforma internetowa zrzeszająca osoby prywatne pragnące angażować się społecznie, a z drugiej strony organizacje pozarządowe szukające wolontariuszy. Vostel stanowi też miejsce, przez które prywatne firmy mogą zorganizować akcje pomocowe z udziałem swoich pracowników albo przekazać wsparcie finansowe na aktualne potrzeby.

    Sam proces zapisywania się na wolontariat jest niezwykle prosty.

    1. Wybierasz daty, w których będziesz w Berlinie lub po prostu masz czas się zaangażować, jeśli już tam mieszkasz
    2. Przeglądasz dostępne sposoby zaangażowania i przedziały godzinowe
    3. Wybierasz swój sposób na wolontariat i zapoznajesz się z dalszymi szczegółami akcji – jakie języki będą szczególnie pomocne, w jakim miejscu Berlina odbywa się pomoc, jakie czynności będziesz wykonywać.
    4. Rejestrujesz się na platformie podając podstawowe dane o sobie i zapisujesz się na wybrany wolontariat.

    Przykładowo, gdy wybrałam daty od 1 do 3 października tego roku, pojawiła się następująca lista wyników:

    wolontariat, ograniczam się, Berlin
    Jak pomagać w Berlinie?

    Podoba się Wam? Mi bardzo. I szczerze żałuję, że w Polsce nie mamy tak dobrze rozwiniętej bazy wolontariatów dla osób, które chcą się zaangażować choćby na chwilę, z doskoku.

    Poza tym, co szczególnie sobie chwalą wolontariusze, to:

    • Możliwość poznania nowych, ciekawych osób, chętnych pomóc innym w potrzebie
    • Brak wymagania znajomości języka niemieckiego, co tym bardziej umożliwia zaangażowanie osobom z innych krajów
    • Alternatywny sposób spędzenia czasu w Berlinie – Twoje ręce też się mogą przydać!

    Już się nie mogę doczekać kolejnej wizyty w moim ulubionym mieście. Tym razem spróbuję je podejść od innej, bardziej społecznej strony.

    Podoba Wam się taka forma spędzania wolnego czasu?  

    Czy myślisz, że Polska też potrzebuje swojego Vostelu?