fbpx

Sprawdź teraz

Zapisz się do Klubu

    Minimalizm

    Zapłać sobie, czyli jak zacząć oszczędzać pieniądze

    W nowym roku czujemy się szczególnie zmotywowani, żeby zacząć oszczędzać. Spisujemy to jako jedno z naszych ważniejszych postanowień, a po jakimś czasie czar pryska i zapominamy o naszym silnym niegdyś zamiarze. Co zrobić, by wytrwać w tym postanowieniu i nabrać dobrych nawyków finansowych? 


    Postanowiłam zapytać specjalistki. Ania, autorka bloga Tajemnice Portmonetki odpowie na kilka moich pytań, by pomóc mi – i mam nadzieję Wam wszystkim – wprowadzić dobre nawyki do naszego domowego budżetu.

    ograniczam się, pieniądze, oszczędności, jak oszczędzać
    Jak zacząć oszczędzać w nowym roku?



    ***


    Nowy rok motywuje nas do spisywania postanowień i pracy nad nowymi nawykami. Czy to dobry czas, by zacząć oszczędzanie? 


    Ania – Tajemnice Portmonetki: Przyznam, że niekoniecznie jestem miłośniczką noworocznych postanowień. Bliżej mi do teorii, że do zmiany trzeba dojrzeć i znaleźć na nią swój własny, odpowiedni czas. A przede wszystkim, że trzeba zapytać siebie, po co właściwie chcemy tej pracy nad sobą. Ale jeśli wiemy, jakie są nasze motywacje do oszczędzania, to czemu by nie zacząć od Nowego Roku? W zasadzie, każdy czas jest dobry na to, żeby rozpocząć pracę nad swoimi nawykami finansowymi.
    Styczeń to często taki specyficzny czas, jeśli chodzi o budżet domowy. Bo bywa, że po świątecznym szaleństwie okazuje się, że portfel jest zadziwiająco pusty. I myślę, że wiele osób ten brak pieniędzy motywuje do tego, by w końcu przestać żyć od pierwszego do pierwszego. Ważne, by dobrze określić sobie postanowienia finansowe i przede wszystkim, by dążyć do naprawy budżetu małymi krokami. Bo radykalne zmiany, z powodu frustracji, kończą się nieraz jeszcze przed upływem stycznia. Dlatego warto mierzyć siły na zamiary.

    Jak się najlepiej do tego zabrać? 

     Myślę, że to, co po pierwsze trzeba zrobić, to określić swoją obecną sytuację finansową. Z jednej strony spisać swoje miesięczne dochody i zobowiązania. A z drugiej, przeprowadzić małe śledztwo w sprawie pieniędzy uciekających z portfela. W tym pomoże nam spisywanie wydatków. Miesiąc zbierania paragonów i sumowania wydanych pieniędzy, pozwoli zorientować się, gdzie tak naprawdę podziewa się pensja. A jeśli będziemy już wiedzieć, jakim życiem żyje nasz budżet domowy, będziemy w stanie wyznaczyć sobie bardziej konkretne cele i dzięki temu, odzyskać kontrolę nad finansami.


    Co powinno się zadziać w moim życiu, gdy zwyczaje zakupowe mam cały czas te same, a pieniędzy na koncie coraz mnie? Jak rozpoznać elementy, które zjadają mój budżet? 

    Rozpoznać te elementy pomoże właśnie wspomniane wcześniej spisywanie wydatków. Ograniczanie wydatków to na początek bardzo dobry pomysł, ale wymagający dużo samozaparcia. Oszczędzanie możemy przyspieszyć dzięki drobnym sztuczkom. Przykładowo, zamiast łudzić się, że na koniec miesiąca odłożymy środki, które nam zostaną,

    warto ustawić automatyczny przelew 10% pensji na konto oszczędnościowe na początek miesiąca.

    Takie odwrócenie kolejności wydatków i zastosowanie zasady „Najpierw zapłać sobie” pomoże zobaczyć, jaki jest nasz prawdziwy oszczędnościowy potencjał. Ciekawym rozwiązaniem jest też zaokrąglanie płatności kartą i przesyłanie reszty z zakupów na konto oszczędnościowe. Taką opcję oferuje kilka banków. W ten sposób pieniądze oszczędzają się same.

    Moja rodzina składa się z czterech osób, w ciągu 3 lat znacznie wzrosły nam wydatki ze względu na pojawienie się dzieci. Jakie rady dałabyś rodzicom, którzy oczekują na dziecko albo boją się na nie zdecydować, obawiając się rosnących wydatków? 

    Sama jeszcze dzieci nie mam, więc nie posiadam wiedzy eksperckiej w tym temacie. Ale myślę, że przede wszystkim ważne jest, by poznać koszty życia rodziny. Tutaj znów wracamy do spisywania wydatków i prowadzenia budżetu. Warto też podpytać znajomych rodziców o ich wydatki na dzieci. To na pewno da nam pewne szacunki, jakiego wzrostu kosztów możemy się spodziewać. Z drugiej strony, myślę, że

    duży spokój przyniesie systematyczne budowanie poduszki finansowej, czyli odkładanie pieniędzy na czarną godzinę.

    Jeśli mamy taką możliwość, warto też pomyśleć o tzw. dochodzie pasywnym, żeby mieć stały dochód, nie wymagający dużych nakładów pracy. Myślę, że przede wszystkim warto zainwestować w stworzenie spokoju finansowego. To wymaga trochę wyrzeczeń, ale w dłuższej perspektywy daje poczucie bezpieczeństwa.

    Dziękuję, Aniu, za podzielenie się ze mną i moimi czytelnikami tymi jakże cennymi radami. Mam nadzieję, że teraz wszyscy będziemy zainspirowani do monitorowania naszych wydatków i mądrego oszczędzania.


    Ja sama zaczęłam od zlikwidowania karty kredytowej, która zjadała zbyt dużą część moich środków na koncie. Przy tej samej wizycie w banku zrezygnowałam też ze zbędnych ubezpieczeń, które musiałam wziąć zaciągając kredyt hipoteczny. Sprawdź, czy i Ty możesz w podobny sposób zaoszczędzić.


    ***


    Jeśli podobał się Tobie ten tekst, będzie mi niezmiernie miło, gdy się nim podzielisz z innymi albo zostawisz komentarz.

    Ekologia Jedzenie

    Bądź jak dziecko, zaufaj innym

    Tak, jestem idealistką, która chce zmieniać świat na lepsze. Nie, nie uważam, że trzeba zacząć od innych. Wręcz przeciwnie – zaczynam od samej siebie.

    Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w innych – ile razy to słyszałeś? A ile razy naprawdę wdrożyłeś to w życie? Czas na realizację życiowych założeń.

    Dziecięca otwartość

    Odkąd wróciłam do pracy, znów weszłam w dorosły świat poważnych spraw. Nie liczą się już u mnie kaszki i papki, teraz do głosu dochodzą problemy innego wymiaru. Niestety mniej w tym świecie uśmiechu, bezinteresowności i ufności wobec drugiego człowieka. Dorośli są sceptycznie nastawieni do innych i boją się, żeby czegoś nie stracić. Czego? Nie zawsze jest dobrze sprecyzowane. Robią to, co dla nich wygodne i się opłaca. Jeśli wymaga zbyt wiele wysiłku i nie widać wyraźnego zysku, nie widzą w tym sensu i nie kontynuują.

    Skąd my to mamy, skoro od samego początku naszego życia byliśmy przepełnieni  otwartością na to, co nowe? Dzieci nie boją się innych ludzi, lecz z uśmiechem podchodzą nawet do obcych. Dorosły pomyśli, że to głupota jeszcze, a życie go lub ją nauczy. Lecz czy nie lepiej, gdybyśmy czasem zdjęli poważną maskę, a w zamian zaczęli myśleć jak dziecko? Czy zdajesz sobie sprawę, że to, co tłumaczysz bezpieczeństwem i przezornością może Cię ograniczać w wielu innych sferach?

    Ludzie nie chcą źle

    Z natury człowiek walczy o swoje przetrwanie. Tak jest skonstruowany, że będzie dążył do tego, co pozwoli mu na jak najdłuższe i najlepsze życie. Przez tysiąclecia istnienia homo sapiens nauczyliśmy się, że samotność, życie w izolacji nie daje nam siły. To, co pomaga i zawsze pomagało nam przetrwać to łączenie się w grupy, w systemy społeczne, które pełniły zarówno funkcję ochronną dla jej członków, zapewniały jej godziwy byt, budowały jedność, gdy była potrzeba zdobycia pożywienia oraz obrony przed niebezpieczeństwem. Członkowie grupy musieli sobie ufać i się ze sobą dogadywać. Nieporozumienia mogły powodować rozpad, a co za tym idzie większe prawdopodobieństwo, że członkom rodziny stanie się coś złego.

    Ufność, współpraca, otwartość budowały siłę i potencjał grupy. Dlaczego więc dziś tak trudno nam zrozumieć, jak ważna jest jedność?

    Pierwsze formy współpracy

    Już w starożytności ludzie troszczyli się o siebie nawzajem i organizowali się w nieformalne stowarzyszenia samopomocowe. Można by tu upatrywać pierwszych form kooperatyw. W XVIII i XIX wieku ruch spółdzielczy zaczął się rozwijać jako protest przeciwko wyzyskowi robotników przez kapitalistów, którzy nakładali na produkty spożywcze zbyt wysokie marże. Zaczęły się rodzić kooperatywy spożywcze, które ze zbiórek pieniędzy od swoich członków zakładały sklepy. Dzięki współpracy z rolnikami, sprzedawali w nich żywność po preferowanych cenach, tak by stać było na nią każdego, kto do nich należał. Tak też rodziły się polskie spółdzielnie spożywcze, które w początkach XX wieku przeżywały swój renesans.

    kooperatywa, zdrowie, ograniczam się, blog
    Odżywiaj się świadomie


    Jakie jedzenie

    Wydawało by się, że nigdy do tej pory nie mieliśmy tak dużej możliwości wyboru spośród produktów spożywczych, jakie istnieją na rynku. Z tej obfitości wyłania się jednak przykra rzeczywistość niesprawiedliwości, jakimi rządzą się producenci i dystrybutorzy żywności. Masowa produkcja i chęć większego zysku dużych producentów sprzyja zwiększonemu zużyciu sztucznych nawozów przy produkcji roślin. Wielkie hodowle zwierząt aż ociekają od antybiotyków i sztucznie podawanych hormonów wzrostu, tak by jak najszybciej wyhodować jak największe (czyli: drogo sprzedawane do rzeźni) bydło czy trzodę chlewną. Człowiek od zarania dziejów żywił się mięsem, ale nigdy na taką skalę nie pożerał kawałków napakowanych chemią ze zwierząt, które nigdy nie widziały na oczy światła dziennego czy zielonej trawy.

    Kooperatywa

    W tym złym świecie „dorosłych”, chcących większego zarobku najniższym kosztem, możesz się zachować jak ufne, lecz mądre dziecko. Wystarczy umówić się z innymi, którym bliska jest idea zdrowego odżywiania się i sprawiedliwości społecznej, i założyć swoją kooperatywę. O ile nie masz jakiejś w pobliżu,

    1. znajdź dostęp do świadomego, lokalnego wytwórcy rolnego,
    2. umów się z innymi, na jakiej zasadzie będziecie działać
    3. ustal sprawiedliwe ceny z rolnikiem, które będą pasowały obu stronom
    4. zamawiajcie od niego tak często, jak tego potrzebujecie (np. raz w tygodniu)
    5. bawcie się przy tym dobrze, bo macie wpływ na kreowanie dobrej, sprawiedliwej rzeczywistości!

    kooperatywa, ograniczam się, zdrowe odżywianie
    Dlaczego warto kupować w kooperatywie

    Co warto pamiętać

    Kooperatywa to nie tylko zdrowe zakupy. Dla mnie to również nauka odpowiedzialności za świat, w którym żyjemy. To uczenie się współpracy i otwartości na innych. To alternatywa dla anonimowego systemu zakupów w wielkich sklepach należących do globalnych korporacji. To sprawiedliwe zasady gry dla obu stron – zarówno dostawcy, jak i kupującego. Wreszcie, to dawanie dobrego przykładu innym, również tym najmłodszym, nadzieja na lepsze jutro z udziałem nas wszystkich.

    Gdy bawię się z moim synkiem, jedziemy traktorem z pola na dywanie w jego pokoju do zbudowanego z klocków sklepu. I to jest rolnik, który wiezie warzywa do kooperatywy.

    Jeśli jeszcze masz wątpliwości, dlaczego i co warto kupować w kooperatywie, obejrzyj TEN FILM stworzony przez Polską Zieloną Sieć.

    ***
    Ten tekst nie powstałby (albo powstawałby dłużej), gdyby nie webinar zorganizowany przez Dla Klimatu, w którym miałam szczęście wczoraj uczestniczyć. Dziękuję Ninie z warszawskiej kooperatywy Dobrze za przydatną wiedzę i podzielenie się doświadczeniem. Mam nadzieję, że uda nam się w przyszłości współpracować.

     

    Styl życia

    Joga na dobranoc

    Zdrowe odżywianie jest jednym z kluczowych elementów zapewniających nam dłuższe życie. „Jednym z…”, ponieważ nie samym jedzeniem człowiek żyje. Produkty bez pestycydów, które kupuję w kooperatywie spożywczej, są niezawodnie smaczne. Jednak ostatnio w ramach jednego z moich jeszcze przednoworocznych postanowień zdecydowałam się regularnie ćwiczyć.

    Przyjemny ból

    Moje ciało dostaje ode mnie za mało. Przez ostatni rok, jeśli nie więcej, zapomniałam o tym, jak ważny jest dla ciała ruch. Może to być spacer w lesie lub poranne bieganie. Mnie doładowują ćwiczenia taneczne, np. w formie niezwykle pozytywnej brazylijskiej zumby.

    Po każdych zajęciach z trenerką wykonujemy sekwencję ćwiczeń w ramach rozciągania. Po dłuższej przerwie, jaką można mieć w wyniku ciąży i czasu po porodzie, ciało zachowuje się, jakby zapomniało, jak to jest spleść za plecami ręce i wykonać kilka wymachów. Nie wie, jak to jest wyciągnąć nogi i położyć na nich głowę. Przy rozciąganiu szyi dziwi się, jak przyjemny może być lekki ból, który czuć przy delikatnych skłonach na bok lub po skosie. Jednym z moich ulubionych ćwiczeń jest ułożenie ciała w klęczkach – jak do kociego grzbietu, skierowanie dłoni w prawą stronę i odwrócenie lewej dłoni wierzchem do podłogi, a następnie oparcie się na niej ciężarem lewej części ciała. Ćwiczenie trzeba powtórzyć też na prawą dłoń. Ból przeszywający rękę oznacza brak rozciągnięcia stawów, który najczęściej jest skutkiem częstego korzystania z komputera. Regularne rozciąganie może nas uchronić przed zwyrodnieniem stawów w przyszłości i długotrwałą rehabilitacją, także warto poświęcić kilka razy w tygodniu trochę czasu na te proste ćwiczenia.

    Nowe przeżycia w nowym roku

    Zachęcona pozytywnym przekazem ze strony Kasi, autorki Drogi do Minimalizmu i Natalii z Simplife, postanowiłam zrobić coś nowego i delikatnie, bez zobowiązań spróbować moich sił, by zacząć ćwiczyć jogę. Nie jest to mój pierwszy kontakt z wykonywaniem asan. Kilka lat temu miałam zwyczaj ćwiczenia prostego układu na rozpoczęcie dnia, w którym witałam słońce i napełniałam się nową energią na cały rozpoczynający się dzień. Tym razem poczułam potrzebę znalezienia czegoś na wieczorne wyciszenie.

    Nie trzeba długo szukać, by przepastny Youtube zaproponował nam 189 000 filmów pod hasłem „Good night yoga”. Spośród nich wybrałam ten, który zapewniał, że już w 5 minut będę uspokojona i gotowa do snu. Byłam zaskoczona, jak wiele ćwiczeń już znałam ze stretchingu z moją trenerką. Jeśli zamierzacie spróbować tej propozycji od Popsugar Fitness, zwrócę Wam tylko uwagę, żebyście zwolnili tempo i trzymali pozycje dwa (lub trzy) razy dłużej. Warto się rzeczywiście uspokoić i wyciszyć podczas wieczornego rozciągania. A relaks spokojnie może trwać nie 5, a 15 minut.

    Może dlatego lepiej spróbować 16-minutowej jogi przed spaniem (Bedtime Yoga) prowadzonej przez Steffi z Useful Yoga. Steffi rozpieszcza nas do cna możliwości proponując przygotowanie poduszek, by podkładać je sobie pod nogi czy głowę w trakcie wykonywania ćwiczeń. Wyobrażam sobie, że nie jest to standardowa sekwencja asan dla doświadczonego jogina, osobie początkującej jednak ona w zupełności wystarcza. Co ważne, to zrelaksować się i nie spinać mięśni, lecz je rozciągać, świadomie przy tym prowadząc swój oddech.

    Ciało się relaksuje, myśli przez nas przechodzą wraz z wdychanym i wydychanym powietrzem, a my uważnie tkwimy w tej chwili, na podłodze lub łóżku, w tym jakże ważnym tu i teraz.

    Życzę Wam cudownych wieczorów i nocy w rytmie świadomie przeżywanego oddechu na koniec ciężkiego dnia

     
    joga, ograniczam się, 12 niecodziennych, minimalizm, relaks
    Ten wpis powstał w ramach akcji 12 niecodziennych rzeczy, zapoczątkowanej przez wspomnianą wyżej Kasię. Jeśli masz ochotę dołączyć, zajrzyj na stronę z opisem wyzwania i szukaj nowych, wzbogacających Cię przeżyć.

    Continue Reading

    Blog

    15 sposobów na realizowanie postanowień – podsumowanie ankiety

    Po prostu je realizuję. Po prostu planuję. Po prostu spróbuję…

    Jakie macie podejście do postanowień noworocznych? Spisujecie je czy dajecie sobie z tym spokój? Jak sobie radzicie z ich spełnianiem? 

    Tydzień temu zadałam Wam kilka pytań w naprawdę krótkiej ankiecie. Bardzo dziękuję za Wasze odpowiedzi i szczere komentarze. Jestem pod wrażeniem, że w dość krótkim czasie wypełniło ją ponad 50 osób. Czas zatem na podsumowanie i wyciągnięcie wniosków.

    postanowienia noworoczne, cele, ograniczam się, minimalizm
    Dziękuję wszystkim za udział!

     

    Mam, ale często rezygnuję

    Wygląda na to, że – podobnie jak ja – dość sceptycznie podchodzicie do postanowień noworocznych. Lekko ponad połowa z Was spisuje je, wliczając w to 11 proc., które w trakcie roku z nich rezygnuje. Aż 45 proc. nie zapisuje postanowień, co jednak – jak się okaże w odpowiedziach na kolejne pytania – nie oznacza, że ich w ogóle nie robi.
    ankieta, postanowienia, nowy rok, ograniczam się

    Papier czy aplikacja

    W kwestii spisywania jesteście tradycjonalist(k)ami. Spora większość z Was stawia na papier jako nośnik swoich postanowień. Ponad 56 proc. spisuje je na kartce, w kalendarzu lub w notatniku. Tylko ok. 15 proc. stawia na nowe media, wliczając komputer czy aplikacje na telefonie. Sporo z Was nigdzie ich nie notuje, lecz liczy na własną pamięć.

    ankieta, ograniczam się, postanowienia nowy rok, minimalizm

    Zadałam Wam też pytanie na facebooku, jakie narzędzia skutecznie wspierają Wasze planowanie. Pojawiło się kilka nazw, w tym aplikacje Todoist, WunderlistEvernote i mobilne kalendarze. Poza tym optowałyście za zeszytami i kalendarzami tradycyjnymi, takimi, w których można rozrysować sobie mapę myśli związanych z danym postanowieniem czy celem.

    Osobiście swoje zawodowe cele spisuję elektronicznie w dedykowanych do tego narzędziach biurowych, z którymi czuję się najlepiej. Prywatne cele zapisuję w kalendarzu lub ulubionym notatniku. W tym roku żadnego nie zakupiłam, choćby z racji tego, że powrót do pracy wiązał się u mnie z większą ilością zadań do wykonania i mentalnym przygotowaniem się do nowej-starej roli. Moje myśli również krążyły bardziej wokół życia zawodowego niż prywatnego. Rok 2016 się jeszcze nie skończył, także mam sporo czasu na spisanie i moich postanowień, jeśli się w końcu wykrystalizują.


    Rozciągnąć się tak, by dotknąć głową kolan

    Przechodząc do sedna zagadnienia, jakie tak naprawdę są Wasze postanowienia? Okazuje się, że macie ich całkiem sporo! Z odpowiedzi, które zasugerowałam w ankiecie, na szczycie plasuje się zdrowe odżywianie się (34 proc.) i – uwaga – przeżywanie nowych doświadczeń. Zrobić coś nowego – tego chce aż 32 proc. z Was. Potem kolejno: regularne uprawianie sportu (26 proc.) i schudnięcie (22 proc.), a pomiędzy nimi – czyli dość wysoko – plasuje się wyczyszczenie mieszkania z nadmiaru przedmiotów – aż 24 proc. widzi kwestę pozbywania się niepotrzebnych rzeczy jako istotną w nadchodzącym roku.  Chcemy też więcej czytać (22 proc.), zacząć oszczędzać (20 proc.) i – co również ważne i cieszy – nie narzekać! Aż do piąta osoba deklaruje, że nie chce więcej oglądać świata w czarnych barwach.

    postanowienia, marzenia, cele, 2016, nowy rok, ograniczam się
     Spora część z Was ma też swoje fantastyczne pomysły na noworoczne cele:

    schudnąć, mniej śmiecić, mniej wyrzucać jedzenia, jeść zdrowo i ćwiczyć regularnie, więcej czytać i uczyć się angielskiego 🙂

    kontynuować to, co postanowiłam wcześniej i powoli dokładać nowych zobowiązań 🙂

    czy choćby…

    rozciągnąć się tak by dotknąć głową kolan, co kwartał wstawać wcześniej o 15 min tak by dojść do godziny, iść w stronę naturalnych kosmetyków i naturalnej pielęgnacji ciała

    Analiza Waszych postanowień jest niezwykle motywująca – mam nadzieję, że i Wy macie podobne odczucia. Cieszę się, że podchodzicie do wyznaczania sobie celów w sposób konkretny i profesjonalny. Świadczą o tym choćby odpowiedzi na ostatnie pytanie.


    Trzeba być systematycznym

    Jak sobie radzicie z realizacją postanowień, celów czy marzeń? Po prostu. Realizujecie je. W tych odpowiedziach tkwi esencja samoświadomości i życiowej zaradności. Zestawiłam je w formie najważniejszych punktów, które mogą stanowić drogowskaz dla nas wszystkich na cały 2016 rok.

     Co jest ważne w realizacji postanowień?

    #1 Rozbij duże cele na małe kroczki
    #2 Realizuj je systematycznie
    #3 Zadbaj o odpowiednią motywację
    #4 Wizualizuj sobie zrealizowane postanowienia
    #5 Myśl o nich intensywnie
    #6 Nie zrażaj się porażkami
    #7 Przekształć cele w nawyki
    #8 Zapisz, by sobie przypominać
    #9 Dobrze wszystko zaplanuj
    #10 Kontroluj siebie
    #11 Miej umiar w ilości postanowień
    #12 Określaj cele, które są SMART 
    #13 Pomyśl, że nie musisz, lecz chcesz
    #14 Stwórz narzędzia do weryfikacji realizowania celów
    #15 Celebruj sukcesy


    Coś nowego

    Co również wybiło się wśród Waszych odpowiedzi to nowe, ciekawe formy planowania (lub też nie) postanowień.

    Jednym z nich jest projekt One Little Word, o którym więcej pisze Kasia, autorka bloga Worqshop.pl, wspomina o nim również Freelancerka. Mówiąc w skrócie, zamiast spisywania całej listy skup się na jednym słowie, które będzie określać cały Twój rozpoczynający się rok. Kuszące? Z pewnością. Czy łatwe? Niekoniecznie. Ja nadal myślę nad swoim. I choć skłaniam się ku WOLNIEJ, będę nadal myśleć, co ma być ważne przez cały ten rok.
    Na koniec chciałam się jeszcze odnieść do Waszej potrzeby przeżycia czegoś nowego. Polecam Wam udział w wyzwaniu na blogu Moja Droga Do Minimalizmu, na którym Kasia proponuje wspólną akcję o nazwie 12 niecodziennych rzeczy. Wystarczy, że raz w miesiącu zrobisz coś, czego dawno lub nigdy nie robiłaś. Proste? A jakże ekscytujące! Sama postaram się wynaleźć po jednej rzeczy na każdy miesiąc i dzielić się z Wami moimi nowymi doświadczeniami.

    Wyzwań jest naprawdę wiele, każdy dzień może być jednym z nich. Jeśli nie masz żadnych postanowień, pewnie masz ku temu powód. Może tak jak ja nie wierzysz w hurra optymizm nowo rozpoczynającego się roku i masz cele, które wykraczają poza zamknięte ramy 366 dni kalendarza. Nie mniej jednak, będę Was mocno wspierać i kibicować, by wszystkie Wasze marzenia krok po kroczku przechodziły ze stanu: zaplanowane do: zrealizowane. 

    ***
    Podobał się Tobie mój artykuł? Jeśli tak, podziel się nim z innymi. Będzie mi niezmiernie miło.
    Książki Ubrania

    Slow fashion, czyli jak umiejętnie kupować ubrania

    Do tego, że nie chcę już tak często chodzić na zakupy doszłam mniej więcej rok temu.

    To właśnie wtedy wstrząśnięta lekturą „Mniej” Marty Sapały zrobiłam szybki rachunek sumienia i zdecydowałam o wycofaniu się rakiem z moich niezdrowych zakupowych zwyczajów. Jak każdy Polak (lub Polka) lubiłam kupować ubrania, w szczególności na przecenach. I mimo że oszczędzałam na wszystkim dookoła wspomagana samodzielnie stworzoną tabelką na wydatki, cały miesiąc grudzień obracał wszelkie moje wysiłki wniwecz. Zaraz po andrzejkach wpadałam w planowanie i wykonywanie zakupów na prezenty, po to, by tuż po Bożym Narodzeniu odejść od rodzinnego stołu niemal wprost do sklepu, gdzie zaczynały się wyczekiwane przez cały sezon wyprzedaże. I mimo że na przecenach – podobnie jak Bono w Las Vegas – nie znajdywałam nigdy tego, czego szukałam, wychodziłam ze sklepu z naręczem toreb wypełnionych ubraniami, które potem zalegały w mojej szafie czekając na może lepsze światło, opaloną karnację albo cudowną zmianę sylwetki. Te zmiany nigdy nie nadchodziły.

    Podobną historię przeżyła Joanna Glogaza, autorka bloga styledigger.com oraz bestsellerowej książki Slow fashion.

    slow fashion, joanna glogaza, ograniczam się

    Jako znana fashionistka kupowała dużo, by pisać o najnowszych trendach i stylizacjach, wypełniając szczelnie swoją szafę coraz to nowszymi modelami ubrań. Z czasem stwierdziła, że spora część z nich nie ma nawet szansy zobaczyć światła dziennego, a ona sama nie czerpie już przyjemności z posiadania takiego bezmiaru w garderobie. Nie trzeba być blogerką modową, by otwierając swoją szafę myśleć podobnie. Każdy z nas ma jakieś nietrafione zakupy czy ubrania, które kiedyś mogą się przydać.

    Zmiana nastąpiła, gdy Joanna trafiła na minimalizm. Okazało się, że nie tylko ona ma problem z rozprawieniem się z nadmiarem w swojej szafie. Po wdrożeniu go w życie mogła spokojnie stwierdzić, że dobrowolne ograniczanie i prostota dają poczucie wolności i ułatwiają codzienne życie

    Slow fashion według Glogazy jest odejściem od kompulsywnych zakupów na rzecz tworzenia dobrze przemyślanej szafy.

    slow fashion, joanna glogaza, jak robić zakupy
    Lekturę zdobią przyjemne kadry z idealnej, minimalistycznej szafy

    Dobrowolne ograniczanie i prostota dają poczucie wolności i ułatwiają codzienne życie

    W jej ramach powinny się znaleźć ubrania z materiałów dobrej jakości, odpowiadające naszemu wypracowanemu przez lata stylowi. Ta ostatnia rzecz mnie szczerze, acz pozytywnie zdziwiła, bo myślałabym, że fashionistka będzie nas uczyła, jak to jest być modnym właśnie. Nic z tych rzeczy. Według Glogazy każda z nas powinna odnaleźć to, co lubi nosić, w czym się czuje i wygląda najlepiej. Oczywiście uniwersalne i ponadczasowe kroje stawia wyżej niż sezonowe mody z sieciówek, ale głównie z tego powodu, by nie robić zbyt częstych zakupów z powodów humanitarnych (wykorzystywanie taniej siły roboczej, często nieletnich, w krajach dalekiego wschodu) i ekologicznych (ogromne zużycie wody, chemikaliów i włókien sztucznych, które nigdy się nie rozłożą w ziemi).

    Podoba mi się, że powyższe kwestie zostały w książce uwypuklone, gdyż są mi one bardzo bliskie i sama zastanawiam się, co jeszcze można zrobić, by więcej zakładów szyło ubrania lokalnie, według zasad fair trade, z tkanin naturalnych i dobrej jakości.

    Glogaza daje szereg przydatnych wskazówek, praktycznych dla każdego posiadacza szafy pełnej ubrań:
    – jak kupować to, co nam się naprawdę podoba
    – jakie tkaniny wybierać
    – jak kupować w second handach
    – jak dbać o ubrania, czy choćby
    jak walczyć z modowym chaosem.

    slow fashion, joanna glogaza, ograniczam się, zakupy, ubrania
    Jak wyjść z błędnego koła szybkiej mody?

    Wszyscy czytelnicy powinni się czuć zachęceni do zrobienia czystek w szafie, ponieważ

    im większy wybór, tym większy niepokój i napięcie

    Przy starannie wyselekcjonowanej ilości ubrań łatwiej będzie wybrać rzeczy, które chcemy zatrzymać i zacząć nosić.

    Dla słabeuszy Glogaza proponuje wyjście awaryjne – pudełko mięczaka – do którego można wrzucić to, czego nie jesteśmy pewni, ale z jakiegoś powodu trudno nam się z tym rozstać.
    W porównaniu do bezwzględnej Marie Kondo, której „Magia sprzątania” zrobiła furorę na całym świecie, Joanna traktuje nas po ludzku i normalnie, przymykając oko na nasze małe słabostki.

    W trakcie lektury „Slow fashion” możemy nauczyć się, jak stworzyć moodboard dla swojego stylu – na papierze lub używając internetowych aplikacji, np. Pinterest. Zastanawiamy się, jak w przemyślany sposób wykonywać zakupy, tak by nie skończyć z kolejną niechcianą rzeczą w szafie. Uczymy się rozróżniać dobre jakościowo tkaniny i wybierać te marki, które dostarczają nam naprawdę wysoką jakość za odpowiednią dla nas cenę. Docenimy wartość tego, co na siebie wkładamy i tego, że nosimy to z uśmiechem na twarzy.

    Bo ostatecznie

    Przedmioty są po to, żeby ich używać, a używanie rzeczy pięknych i starannie wykonanych sprawia szczególnie dużo przyjemności.

    Mimo że zajęło mi to trochę czasu i energii, cieszę się, że erę kompulsywnych zakupów i przepełnionej szafy mam już za sobą. Jeśli Ty jeszcze nie wiesz, jak wyrwać się z tego błędnego koła, zakupowy detoks i lektura „Slow fashion” mogą być dla Ciebie ratunkiem.

    Jestem ciekawa, czy też macie takie historie napisane przez własne życie?

    Jak sobie radzicie ze swoją szafą i jej wnętrzem?

    Blog

    Jakie masz postanowienia noworoczne?

    Cały czas się zastanawiam, jak to jest z naszymi postanowieniami noworocznymi.

    Warto nad nimi myśleć czy nie warto?
    Dotrzymujemy naszych postanowień czy zrywamy je w trakcie trwania roku?
    Czy postanowienia nas ograniczają czy nadają niezbędny nam plan lub strukturę działania na najbliższe miesiące?

    Jeśli masz ochotę wziąć udział w krótkim badaniu, wypełnij ankietę klikając TU, a sprawdzimy, co o tym myślicie. Pod tym kątem napiszę podsumowanie, próbując dokonać głębszej analizy tego tematu. Spróbuję Wam również pomóc w konsekwentnym wypełnianiu postawionych sobie celów.

    Jesteście gotowi? 3… 2… 1… Klik!

     Ankieta
    Minimalizm Ubrania

    Co można kupić na przecenach

    Pamiętacie, jak przed okresem świątecznym pisałam, że ograniczę się i nie pójdę kupować na przecenach?

    Otóż ciekawość zwyciężyła. Musiałam, po prostu nie było mocnych, by mnie powstrzymać przed sklepowym szaleństwem. Szperałam po półkach, przekładałam wieszaki, oglądałam wystawy pełne okrzyków „Sale!”, „Saldi!” z gdzieś głęboko ukrytą polską długą „Wyprzedażą”. Wycieczka do centrum handlowego wyglądała jednak zgoła inaczej od moich poprzednich posezonówek.

    Nie biegałam gorączkowo wyszukując czegokolwiek, co by mi się choć ledwo podobało.

    Nie wstępowałam do wszystkich sklepów, by stać w kilkunastoosobowych kolejkach do przymierzalni.

    I wreszcie nie kupowałam – bezmyślnie nieprzemyślanych pozycji spoza mojej listy.

    Tak naprawdę sobie kupiłam tylko eleganckie buty zimowe do pracy, którą zaczynam ponownie od stycznia (trzymajcie kciuki za powrót!) i beret. Tak, beret, wełniany, tani, w Stradivariusie. Nawet polecam.

    A poza tym spokojnym krokiem przespacerowałam się przez wypełnione po Świętach centrum, by stwierdzić, jak ja niewiele dla siebie potrzebuję. I jak mało dobrej jakości ubrań można znaleźć.

    Przy tej okazji poczyniłam kilka ciekawych obserwacji, co i gdzie warto kupować na przecenach, a gdzie nie warto wyruszać.

    1. Wiele sklepów ma na wieszakach nadal dość ograniczoną ilość ubrań na przecenie, czekając, aż za pieniądze spod choinki wykupimy jak najwięcej z ich zimowych kolekcji. Może poczekaj do połowy stycznia, aż sprzedawcy odważą się powiesić ją pod czerwonym szyldem „Sale”

    2. Zatrważająca ilość marek wystawia modele sprzed kilku sezonów – może nie jest to niczym zaskakującym, w końcu sklepy chcą pozbyć się zalegających w magazynach staroci, ale w niektórych miejscach spotkałam tylko kilka modeli jesień/zima, a cała reszta to były rozciągnięte od przymierzania i niemodne fasony. Było tak z jedną marką butów na „B”. Nie chcę im robić antyreklamy, ale sprawdźcie sami i upewnijcie się lepiej, czy kupujecie to, co rzeczywiście 2 miesiące temu stało na półkach. W Reserved Kids, gdzie zdarzyło mi się sprawdzić modele dziecięce, dopytałam, jakie ubrania wywiesili na sprzedaż i uzyskałam szczerą odpowiedź, że jest to zarówno kolekcja letnia, jak i zimowa. Nie bój się i pytaj.

    3. Sieciówki o największym obrocie, czyli H&M oraz marki z koncernu Inditex (Zara, Stradivarius, Bershka) przeceniają dużo i sowicie. -50% można zapłacić na koszule, t-shirty, spodnie i dodatki, a później będzie jeszcze taniej. Pamiętam, jak w dawnych czasach wychodziłam z tych sklepów obładowana torbami nieprzemyślanych, spontanicznych – bo tanich – zakupów. W tym roku pozbyłam się z szafy prawie wszystkich ubrań tych marek. Z przykrością stwierdzałam, że były to jednosezonowe mody, które nie przetrwały próby czasu. Niektóre z nich nosiłam niechętnie, bo były źle odszyte, przez co czułam się w nich niekomfortowo.

    Zanim cokolwiek tam kupisz, koniecznie sprawdź skład – pamiętaj, by kupować ubrania z następujących tkanin:
    wełna – o ile dobrej jakości, jest przyjemna, naturalna, oddycha latem i grzeje zimą; nawet zmieszana z akrylem uszlachetnia tkaninę, choć warto wybrać to, co w 100% jest z niej złożone,
    bawełna – nie każda jest taka sama, wybieraj tę miękką,  trwałą, która się nie gniecie leżąc na półce, sprawdź, czy jest też ze zrównoważonych upraw i sprawiedliwego handlu,
    jedwab – szlachetny, naturalny materiał, idealny na eleganckie bluzki i zwiewne sukienki,
    wiskoza – jest to ta sztuczna tkanina, która przewyższa poliester, gdyż jest produkowana z celulozy, a zatem może pochodzić z recyclingu. Jeśli szukasz dobrej bluzki albo koszuli, a nie stać Cię na jedwab, wybierz wiskozę.

    4. Sklepy RTV/AGD – mają tendencję to podwyższania cen tuż przed Świętami, bo (cytuję) „Klient i tak to kupi”, gdyż nie ma wyboru – sklepy internetowe uczestniczą w podobnym procederze. Dlatego wykrzykiwane z radia poświąteczne obniżki są tylko powrotem do przedświątecznej ceny. Jeśli planujesz zakup z tej kategorii, wstrzymaj się jeszcze kilka tygodni – możesz zaoszczędzić nawet kilkaset złotych.

    5. Książki – przeceniane tytuły to najczęściej sezonowe wydania, które po Świętach nie interesują czytelników. O ile planujesz zakupy z rocznym wyprzedzeniem, możesz już teraz kupić prezent na kolejną gwiazdkę.

    Jeszcze jedno: jeśli nie masz pewności, nie kupuj wcale. Przemyśl to w domu, prześpij się z tym pomysłem, zajrzyj do szafy i sprawdź, czy kolejny zakup będzie zgodny z Twoim stylem i wypracowanym wizerunkiem. Nie warto zaśmiecać mieszkania niechcianymi na drugi dzień ubraniami.

    A Wy macie swój sposób na zakupy w trakcie przecen? A może osiągnęliście ten stan, że jesteście na nie całkowicie odporni?

    Styl życia

    Zrób miejsce na to, co ważne

    Zbliżają się, nadchodzą, są tuż tuż. Święta Bożego Narodzenia. Gwiazdki spadają z nieba i lądują pod choinką. Krowy i koty przemawiają ludzkim głosem. W żłóbku jest sianko, w którym ląduje bobas. Pastuszkowie przybywają i wraz z mędrcami spędzają czas w stajence, wąchając kadzidło.

    Mniej więcej taką historię wszyscy znamy, kojarzymy symbole i sklecamy je w jako taką całość. Ale co dla nas tak naprawdę oznaczają Święta?

    Chciałabym pielęgnować ich wymiar duchowy, skromny, refleksyjny. Oczekuję wewnętrznej przemiany, odrodzenia, zwrócenia w kierunku dobra. Nie jestem jednak pustelnikiem, ba! uwielbiam rodzinne spotkania i nasiadówy ze znajomymi, których dawno nie widziałam. Jak więc przełożyć bożonarodzeniowego ducha w nasze współczesne świętowanie?

    Mam kilka pomysłów, jak spędzę ten czas. I mimo że niektóre są pisane na wyrost, mam nadzieję, że uda mi się wytyczyć sobie pewnego rodzaju szlak, którym będę podążać.

    1. Ograniczę się w obżarstwie – pomimo iż uwielbiam uszka z barszczem, pierogi z grzybami, makiełki i naszą wschodnią sałatkę ze śledziem i burakami, postaram się zachować umiar i nie wpychać w siebie tych przysmaków po kres wytrzymałości i pojemności żołądka. Nie chcę ratować się tabletkami na nadkwasotę ani odpinać guzika u spodni i w takim stanie zostać za stołem. Wystarczy, że skosztuję kilku ulubionych potraw i zrobię miejsce na inną aktywność niż jedzenie. Muszę mieć w końcu energię na realizację świątecznych kuponów!

    2. Ograniczę się w piciu alkoholu. Nie zamierzam moralizować – alkohol jest dla ludzi i kto lubi dobre wino, niech go odświętnie skosztuje. Sprzeciwiam się natomiast nadmiernemu piciu pod pretekstem świąt. Dawno nie widziana rodzina zachęca, by przepić toast „pod ten śledzik”. Wieczorne nicnierobienie połączone z uprzednim obżarstwem daje powód, by „łyknąć małego” na lepsze trawienie. W tym wszystkim brak miejsca na refleksję, świadome przeżywanie, odrodzenie się na nowo. Zamiast alkoholu łyknij napar z mięty i ciesz się tym czasem spędzonym z rodziną. Pamiętaj o dzieciach, które widzą więcej, niż nam się wydaje. Nie daj im powodu do wstydu za swoich rodziców.

    3. Ograniczę się w narzekaniu. Postaram się zauważać pozytywy nawet w sytuacjach pełnych wyzwań. Gdy będę goniła z jednej wigilii na drugą spocona od przebierania butów i płaszcza, gdy podczas kolacji ktoś wspomni o polityce, gdy rodzicielskie uwagi będą dokładnie takie same jak 20 lat temu – uśmiechnę się i dam wyraz mojego wewnętrznego spokoju. Będę wdzięczna za to, że jestem tu i teraz z ludźmi, których kocham. Czasem to naprawdę trudne, by unieść się ponad wszystko i odpuścić, ale w święta chyba warto spróbować.

    4. Ograniczę moją obecność w internecie. Nie czekajcie na nowe wpisy. Może być tak, że komputer będzie leżał zakurzony gdzieś w kącie pokoju, a telefon posłuży do dzwonienia z życzeniami zamiast cykania fotek i umieszczania na instagramie. Poświęcę się dzieciom, rodzinie i znajomym, zawalczę z moim (chyba już) uzależnieniem od bycia online. Mam nadzieję, że zaprocentuje to większym spokojem i możliwością skoncentrowania się na tym, co ważne.

    5. Będę śpiewała kolędy bez wstydu, że zafałszuję. Zachęcam Was również do kolędowania, nawet jeśli sami dorośli siedzą przy stole, nawet jeśli nie macie głosu Steczkowskiej czy Szcześniaka. Porzućcie kompleksy i uprzedzenia, bo nie ma drugiego czasu w roku, kiedy wspólnie możemy to zrobić.

    6. Będę żyła wolniej, ale bez presji. Stan zen jest osiągalny w trakcie urlopu z dala od cywilizacji, a Boże Narodzenie rządzi się swoimi prawami i tradycjami. Ważne, żeby mieć czas i możliwość wychylić nos z nad garów pełnych zupy rybnej i być obecnym prawdziwie i w pełni. Nie myśl, że partia pierogów czeka na wyjęcie z wody. Pozwól sobie poprzeszkadzać. Pozwól sobie pomóc. Zrób miejsce na coś więcej niż tylko organizację przyjęcia. Przemyśl, co możesz zmienić w tym kierunku i razem ze mną zwolnij.

    7. A jak już będzie po? Postaram się znaleźć czas na dokończenie kilku lektur, może lenistwo przy telewizyjnych klasykach, a gdy pogoda pozwoli odpoczynek na świeżym powietrzu.
    I na razie odpuszczę poświąteczne przeceny, bo nie potrzebuję niczego nowego do mojej szafy.

    Taki mam plan, tak chcę przeżyć nadchodzące dni. Bez złości, bezsensownego pędu i niepokoju.

    I oby Wam również udało się spędzić te Święta w ulubiony dla Was sposób, nawet jeśli będzie się to wiązało ze złamaniem wcześniejszych schematów. 

    Czy zdecydujesz się zawalczyć o to, co dla Ciebie ważne?

    ograniczam się
    Ekologia Jedzenie

    Jak jeść zdrowo? Kooperatywa spożywcza i jej zalety

    jadalnia, warzywa, kooperatywa

    Jak jeść zdrowo? Czemu jabłka są takie ważne? I co można ulepszyć w kooperatywie? O tym opowie dziś Magda z Poznańskiej Kooperatywy Spożywczej, z którą przeprowadziłam dłuższą rozmowę po jednym z naszych spotkań.

    Kasia W (autorka): Dlaczego wstąpiłaś do kooperatywy? Jaka była Twoja motywacja?

    Magda: Przez tyle lat w ogóle nie interesowałam się zdrowym odżywianiem, ale w pewnym momencie się obudziłam i postanowiłam to zmienić. Chciałam schudnąć. Pojechałam na wczasy ze zdrową żywnością, w trakcie których przeczytałam pewną książkę o wegetarianizmie i postanowiłam zmienić mój styl życia. Książka była pisana w latach 80. Choć dała mi sporo do myślenia, teraz nie miałaby racji bytu. Dziś nawet nabiał i inne produkty odzwierzęce uzyskiwane są niehumanitarnie. Cielaka odbierają od mamy po dwóch tygodniach, a mleko od krowy przeznaczają już na konsumpcję dla ludzi.

    Jak już przeszłam na weganizm, zaczęłam więcej o tym czytać, głównie na blogach. Na jednym z nich przeczytałam o kooperatywach, pisali, że istnieją w każdym dużym mieście. Więc wpisałam w wyszukiwarkę 'kooperatywa Poznań’ i znalazłam naszą. Wcześniej o kooperatywach w ogóle nie słyszałam.

    To ciekawe, że o kooperatywach ludzie tak mało wiedzą, że to jest tak mało medialny temat.

    Rzeczywiście tak jest. Ja bez żadnego kontaktu z żywym człowiekiem dowiedziałam się o kooperatywach.
    A motywacja? To ekologia. Czytałam na blogach o warzywach i owocach, które są najbardziej podatne na wchłanianie pestycydów.* Jabłka są na pierwszym miejscu! Jeśli to masz nieekologiczne, to jesteś narażona na szkodliwe działanie sztucznych nawozów. Ale na przykład taka dynia z racji tego, że ma grubą skórę, nie musi być z ekologicznej hodowli, nie nasiąka chemią w niebezpieczny dla nas sposób.

    Co Ci się najbardziej podoba w kooperatywie?

    Mi się wszystko podoba, jakby mi się nie podobało, to by mnie tu nie było. (śmiech) Nie przeszkadza mi forma dostarczania zakupów. Może jest kilka kwestii, które można by usprawnić, ale poza tym nie mam zastrzeżeń.

    Dlaczego kooperatywa a nie sklep z ekologiczną żywnością?

    W sklepie z ekologiczną żywnością produkty jednak nie są tak świeże, dostawy zazwyczaj są raz na tydzień i to potem w sklepie leży. W kooperatywie wszystko jest świeże. Zamówienia kompletowane są dzień wcześniej albo tego samego dnia. Rano we wtorek pani Kasia otwiera tabelkę i pakuje wszystko w torebki. Pomagają im też dzieci oraz inne osoby, które tam mieszkają, więc mają czas i ręce, które mogą w ten sam dzień to przygotować.

    Czy widzisz obszary do poprawy w kooperatywie?

    Jak sama widzisz, poziom zaangażowania członków jest bardzo niski. Raz-dwa razy zamówią, a potem zdarza się, że znikają. Poza tym nie chcą się zbyt często zapisywać na koordynację, pomimo że jest to wyraźnie zapisane w regułach kooperatywy, że każdy powinien w tym uczestniczyć.

    A jednym zdaniem jak byś określiła korzyści płynące z bycia w kooperatywie?

    Poza możliwością kupowania ekologicznego jedzenia jest to sposób na poznanie ludzi, którzy są do mnie w jakiś sposób podobni, wyznajemy wspólne wartości i dzięki temu się rozumiemy.

    jak jesc zdrowo kooperatywa weganizm zywnosc ekologiczna

    Dziękuję Magdzie za podzielenie się ze mną swoją historią związaną w członkostwem w kooperatywie. Może Was też przekonała do przystąpienia? A może macie swój sposób na zdrowe odżywianie się, które możecie polecić?

    * http://dziecisawazne.pl/lista-najbardziej-skazonych-pestycydami-warzyw-i-owocow-raport/

    Minimalizm Rodzina

    Czego nie lubię w Świętach

    Święta tuż, tuż, trzeba mieć gest. Czas wybrać prezenty, Mikołaj już jest…

    Z radia brzmi prosta(cka) piosenka w świątecznej stylistyce, namawiająca do wzięcia taniej pożyczki na zakup prezentów. Czy na pewno „trzeba mieć gest” i zadłużyć się, by godnie przeżyć świąteczny czas? Czy kosztowne prezenty to bożonarodzeniowy must-have, bez którego nie ma frajdy?

    Napędzani przez marketingowe szaleństwo, a jednocześnie wytworzoną mikołajową tradycję w ogóle przestałam się skupiać na duchowym wymiarze Świąt. Zauważyłam u siebie pęd na szybkie zorganizowanie listy, wymyślanie gadżetów dla starszych i zabawek dla najmłodszych, podliczanie budżetu, czy na pewno nas stać i czy ta pożyczka to może jednak dobry pomysł.

    Od jakiegoś czasu, czyli odkąd mam dzieci i sama tworzę dla nich świąteczny klimat, zaczęłam się przeciw takim świętom buntować. Nie chcę, by od najmłodszych lat ważniejsze od duchowego i rodzinnego wymiaru było dla nich to, co leży pod choinką.

    Bo co taki mały człowiek wie teraz o Świętach? Że jest choinka (ale dlaczego?), że są prezenty (ale od kogo i po co?) i że się je duuużo ciasta (bo pierogi z grzybami i śledź to nie dla nich).

    Czy takie świętowanie ma sens? Jak wyjść z tej pętli, którą sami nakładamy sobie na szyję?

    Zadaję sobie to pytanie od jakiegoś czasu, ale nie do końca znajduję dobrą odpowiedź.

    ograniczam się, prezenty, święta, darmowe
    Jak zapakować przeżycia?

    Żeby opowiedzieć historię Świąt, zaczęłam synkowi wiele tłumaczyć, choć wymiar religijny na razie średnio do niego trafia. Poza tym część naszej rodziny wyłamuje się z katolickiej tradycji, wobec czego musimy wypracować sobie uniwersalny model dobrego przeżywania tego czasu.

    Wydaje się, że naturalną formułą, na której warto się skupić, jest rodzina i wspólne, wartościowe spędzenie czasu. Od tego zaczęłam już teraz, w trakcie adwentu, gdy razem piekliśmy pierniczki i przygotowywaliśmy niektóre prezenty.

    No właśnie, żeby historia Gwiazdora czy Mikołaja (kolejne zamieszanie) była spójna, musiałam nas nazwać elfami, które dołożą do paczek własnoręcznie wykonane dodatki. Przykro mi jednak, gdy dziecko myśli, że to ktoś inny, bliżej nieokreślony, przygotowuje skrzętnie prezenty gdzieś daleko pod kołem podbiegunowym, a rodzice tylko straszą, że „jak nie będzie grzeczny, to jeszcze przyniesie rózgę”. Prezenty z nieba nie spadają, ani tym bardziej przez komin, a rodzicielski wysiłek pozostaje niezauważony.

    Gdybym zrezygnowała nawet z legendy o św. Mikołaju, cały przemysł filmów świątecznych, książek i bajek i tak się na tym opiera. Jest to nieodzowną częścią naszej (pop)kultury, w której aktywnie lub nie, ale uczestniczymy. Jedni mówią, żeby nie pozbawiać dziecka tej ważnej części dzieciństwa – ale ważnej DLACZEGO. Co takiego kryje się za magią dostawania drogich prezentów?

    Sto razy bardziej wolałabym praktykować dobre uczynki i nawyk pomagania innym. Już udało nam się razem ofiarować 10 worków ubrań Miejskiemu Centrum Interwencji Kryzysowej, miejscu schronienia dla kobiet dotkniętych przemocą. Szlachetna paczka też mogła być dobrą opcją, może skompletujemy jedną w przyszłym roku. Wczoraj natomiast trafiliśmy na ulotkę SOS Wioski Dziecięce. Napisana na niej historia 4-letniego Stasia, który jest smutny z powodu Świąt tak poruszyła moim synkiem, że postanowiliśmy przekazać im część budżetu przeznaczonego na tegoroczne prezenty.

    Kasia Pihan z Plus Me Project podeszła do tematu odważnie – postanowiła w ogóle nic nie kupować w tym roku, a całość pieniędzy, które miała na święta przeznaczone, przekazać w formie darowizny na pomoc innym. Jestem dumna, że znam taką osobę, która świadomie i dobrowolnie działa na rzecz potrzebujących. To pewnego rodzaju wyrzeczenie i rezygnacja z tradycji otwierania paczek spod choinki, ale znów – czemu te paczki mają służyć? Jeśli dzięki Tobie pojawi się uśmiech na twarzy tych zazwyczaj smutnych, jest to znak, że w te Święta zrobiłaś coś naprawdę dobrego.

    Podobnie myśli Ulica Ekologiczna, która podkreśla:

    To, jak przeżywają święta nasze dzieci, zależy przecież od nas. Sami decydujemy o tym, na ile w ich życiu obecny jest konsumpcjonizm.

    Natalia z Jest Rudo stworzyła wymowną sesję zdjęciową, w której buntuje się przeciw świątecznym zakupom, a zarazem zmusza nas to samodzielnego zastanowienia się nad tym tematem.

    Spłaszczyliśmy święta. My, ludzie dwudziestego pierwszego wieku. Na barwne pudełko, którego każda strona została pięknie przyozdobiona, nadepnęliśmy buciorami z rozmiarze 42, gniotąc je do postaci kawałka kartonu. Bileciku na prezentach.

    – pisze Natalia.

    Sprowadzając to do płaszczyzny zwykłego, szarego człowieka, którym jestem, nie pozbawię moich dzieci prezentów zupełnie. Nie chcę, żeby na ich zazwyczaj radosnych twarzach w ten dzień zagościł smutek. Podaruję im natomiast prezent przemyślany, coś zrobionego przeze mnie, coś od serca z wielką pozamaterialną wartością. Jeśli też masz ochotę podarować bliskim coś podobnego, zerknij na moją propozycję poniżej. Są to przeżycia i wspólnie spędzany czas z najbliższymi, dający im największą wartość. Jeśli chcesz otrzymać kupony w niewypełnionej wersji, zapisz się na mój newsletter, a prześlę Ci ten formularz w wersji do wydruku. Jest on zachowany w duchu minimalizmu, a jednocześnie jestem pewna, że wywoła na wielu twarzach uśmiech.
    Wersja wysyłana przeze mnie jest bez hologramu z nazwą bloga, także nie musisz się obawiać obrandowanego prezentu.

    kupon
    Kupon świąteczny

    A jaki jest Twój stosunek do prezentów pod choinką? Wymyślasz coś swojego, kupujesz, a może rezygnujesz z nich całkowicie?

    Jedzenie

    Przepis na świąteczne pierniki – zrób sam, nie kupuj!

    Święta są tak wspaniałe ze względu na ten wyjątkowy czas oczekiwania. Wieszamy kalendarz adwentowy, piszemy list do św. Mikołaja, lepimy pierogi i pieczmy pierniczki. Nie ma innego okresu w roku, kiedy tyle ekscytujących, a zarazem rodzinnych rzeczy dzieje się w naszym życiu.

    Zeszły tydzień minął mi na zagniataniu, wałkowaniu, wycinaniu, pieczeniu i zdobieniu. Pierniczki zagościły w naszym domu. Kuszą zimowymi kształtami, błyszczącą czekoladą na wierzchu i kolorowymi wzorkami.


    W ramach mojego tygodnia bez TV postanowiłam, że zabierzemy się za rodzinne pieczenie. Jak tylko ciasto piernikowe dojrzało w lodówce, zamknęliśmy się z synkiem z kuchni, przywdzialiśmy fartuchy i zabraliśmy się do pracy.

    Ciasto na pierniki

    Zacznijmy od początku, czyli jak przygotować ciasto.

    Ja skorzystałam z przepisu Pawła Małeckiego, cukiernika, który wydał swoją książkę kucharską markowaną przez Lidla. Tak, musiałam uzbierać naklejki i polować, by jeszcze była w sklepie, choć zwykle nie lubię tego typu nęcenia klientów „darmowymi” giftami. Najnowsza, przedświąteczna lidlowa książka „Ryby są super” sugeruje, że czytelnik nie zna bardziej wysublimowanego słownictwa, i nic tylko czekać, aż ukaże się „Mięso jest za…ste”. Oby nie.

    Wracając do dzisiejszych bohaterów, przedstawię Wam przepis wraz z moimi ulepszeniami.

    Na ciasto będziesz potrzebować:
    250 g miodu
    tyle samo cukru trzcinowego
    100 g masła
    600 g mąki pszennej typu 405 – ja użyłam 400 g mąki tortowej i 200 g mąki pszennej razowej typu 2000, żeby było zdrowiej
    10 g przyprawy do piernika – użyłam Kamisa, ale warto zrobić swoją własną mieszankę bez niepotrzebnego dodatku cukru lub innych wypełniaczy – koniecznie zwróć na to uwagę na opakowaniu!
    2 jajka
    5 g sody oczyszczonej
    10 g kakao

    W miseczce pogrzej lekko miód, tak by się upłynnił, dodaj masło i w kąpieli wodnej czekaj na połączenie się składników.

    Suche składniki wymieszaj w misce, dodaj jajka i miód z masłem z miseczki. Całość zagniatamy na ciasto, tak by powstała jednolita masa.

    Ciasto powinno odpocząć w lodówce 2-3 dni. Zastanawiałam się, w zasadzie po co. Okazuje się, że im dłużej piernik leży, tym bardziej przechodzi aromatem przypraw, przez co w efekcie jest o wiele smaczniejszy. Tradycyjne toruńskie ciasto piernikowe leżakuje czasem nawet 3 miesiące! Wyobraź sobie, że już we wrześniu zaczynasz myśleć o Świętach i odkładasz ciasto do lodówki. To by dopiero był Adwent!

    Po wyjęciu ciasta obsyp je mąką i rozwałkuj na grubość 5-10 mm. Przepis mówi o 3 mm, ale wówczas wychodzą cienkie i bardzo wypieczone ciasteczka. Ja osobiście lubię te grubsze i bardziej miękkie, dlatego kolejną partię robiłam już grubszą.

    Ważna uwaga!
    Ciasto po wyjęciu z lodówki jest twarde jak kamień i za nic nie daje się rozwałkować. Dobrym sposobem jest pokrojenie go na mniejsze części, wówczas szybciej się ogrzewa i staje się bardziej plastyczne.

    Piecz przez 8 minut (cieńsze) albo nawet 10 minut (grubsze) w temperaturze 180 stopni Celsjusza (z termoobiegiem) lub 190-200 stopni (bez termoobiegu). Ponoć te pieczone bez termoobiegu nie są takie wysuszone, także polecam Tobie tę opcję.

    Ozdoby piernikowe

    Po ostygnięciu pierników można się zabrać za dekorowanie. To była nasza ulubiona część.
    Wyciągnęliśmy cukrowe gwiazdki, literki i kolorowe pisaki do ciastek. A ja wcześniej przygotowałam polewę czekoladową w następujący sposób:

    Polewa

    200 ml śmietanki 30% zagotowałam w rondelku, dodałam 2 tabliczki mlecznej czekolady (może być też deserowa) i 60 g masła. Początkowo dodałam jedną tabliczkę, bo druga gdzieś potajemnie zniknęła, ale polewa wyszła za rzadka. Muszą być dwie. Po lekkim ostygnięciu można zanurzać w niej pierniczki i odkładać na talerz lub pergamin. Na to sypiemy nasze ozdoby, dekorujemy pisakami lub tworzymy wymyślone przez nas napisy. My postanowiliśmy kilka pierniczków sprezentować rodzinie, dlatego niektóre z nich dostały imiona.

    Jedna z czytelniczek podzieliła się też trafną uwagą na temat lukru. Jeśli chcesz go zrobić, uważaj, żeby nie był za rzadki, bo wówczas rozleje się po pierniczku i nie będzie wyglądał atrakcyjnie. Warto kupić gotowy lukier do rozrobienia w domu, taki, który ma dodatek białka.

    Nasze pierniczki to była świetna zabawa. Produkcja trwała, a te, które wychodziły z rąk mojego synka niemalże od razu były przez niego pochłaniane. Polecam Wam takie wspólne pieczenie i zdobienie, nie tylko z dzieckiem, ale i z mężem, chłopakiem, mamą czy znajomymi. To świetny sposób na spędzenie wolnego czasu, a zarazem zrobienie czegoś razem, co przygotowuje nas do Świąt.

    Muszę tu szczególnie podziękować Teresie Bartkowiak z Miodów Bartkowiaka za inspirowanie mnie do pieczenia i pomocne rady, jak ta z pocięciem ciasta na kawałki przed wałkowaniem albo wytłumaczenie, dlaczego ciasto musi leżakować. Teresa jest piernikową skarbnicą wiedzy, także jeśli czegoś potrzebujecie, możecie się do niej śmiało zwrócić.

    Na koniec mam dla Was prezent – szybki przepis na pierniczki w formie graficznej, do ściągnięcia TUTAJ.

    A jak u Was wyglądają przygotowania do Świąt?

    Minimalizm Styl życia

    Życie bez TV, czyli dlaczego warto chodzić do kosmetyczki

    Tydzień bez telewizji dobiegł końca. Siedem długich dni spędziłam bez włączonego telewizora, fruwając w skowronkach i relaksując się z książką w ręku. Życie bez TV to całkowita zmiana jakości.

    Uwierzyłeś? To teraz powiem, jak było naprawdę.

    Pierwszego dnia, czyli w poniedziałek, próbowaliśmy się dostosować do nowej rzeczywistości bez TV. Największym wyzwaniem było dla nas ograniczenie się w oglądaniu wieczornych Wiadomości, bajek oraz meczy piłki nożnej. Dorośli, czyli ja i mój mąż, poradzili sobie bezbłędnie, wykazując się wzorową silną wolą. Jedynie mój 3-letni synek potrzebował kilkakrotnego tłumaczenia, po co nam tydzień bez TV i dlaczego nie będzie wieczorynki. Zrozumiał to jednak szybko i zanim się obejrzeliśmy zakleił wymownie dekoderowi „oczy”.

    Pierwszego dnia zrobiłam też coś dla siebie, czyli po prawie dwóch latach nieregularnego i sporadycznego uprawiania sportu po domowych kątach wybrałam się na zajęcia zumby. Byłam z siebie taka dumna! Wypełniona świeżymi endorfinami wracałam do domu w podskokach, zmęczona, ale szczęśliwa. W sumie – tak chyba się czują osoby uprawiające sport regularnie?

    Sukces #1: wyjście z domu wieczorem
    Sukces #2: motywacja do uprawiania sportu

    Co było we wtorek? Był to 1 grudnia, a ja się zreflektowałam, że w domu nie ma jeszcze kalendarza adwentowego. Nie żeby była to nasza rok-roczna tradycja, ale kilka propozycji z polskich blogów mnie zainteresowało na tyle, że postanowiłam wyjąć skrawki materiału z szuflady i stworzyć coś swojego.

    Dzięki maszynie do szycia, kilku godzinom popołudniowej pracy i wieczornej dłubaniny, powstał taki oto kalendarz. Do jego wykonania przyczynił się też mój jakże zacny małżonek, autor naklejanych karteczek z cyferkami symbolizującymi dni miesiąca grudnia. Wspólnie siedzieliśmy i robiliśmy rękodzieło jak te małe elfy z jednej z fińskich wiosek.

    Sukces #3: motywacja do stworzenia czegoś własnoręcznie
    Sukces #4: zaangażowanie męża we wspólną pracę
    Sukces #5: radość i ekscytacja dzieci z efektów pracy

    W środę wszyscy cieszyliśmy się z kalendarza jako elementu wystroju naszego salonu, a J. był zadowolony, że sakiewki będą odmierzać mu czas do zbliżających się świąt. Tak bardzo się cieszyliśmy, że nawet nie wiem, jak to się stało, ale wieczorem w telewizji leciał już mecz Lech-Wisła.

    Porażka #1: walka o dozowanie sakiewek w częstotliwości jedna dziennie
    Porażka #2: słabość wobec meczy nie została pokonana

    Czwartek minął pod znakiem wypieków. Nie tylko zagniotłam ciasto na piernik i odłożyłam na 2 doby do lodówki, ale też upiekłam szybką tartę z prażonymi jabłkami z dynią. Całe szczęście, że spróbowaliśmy tylko po kawałku, bo w piątek miałam czym poczęstować G., która wpadła z wizytą. Dawnośmy się nie widziały, dlatego trójkąty ciasta, jak i kubki herbaty pochłaniane były równie szybko jak słodycze z adwentowych sakiewek w ustach J.

    W sobotę wycinaliśmy i piekliśmy pierniczki. Telewizja leżała odłogiem, a my bawiliśmy się w najlepsze. J. odkrył w sobie piekarską misję i wycinał bałwany, serca i choinki tak precyzyjnie, jak tylko potrafił. Upieczone i przestygnięte przez noc kształty maczaliśmy w polewie czekoladowej i obsypywaliśmy słodkimi dodatkami.

    W niedzielę, czyli w Mikołajki, oprócz dalszego ciągu piernikowej zabawy mieliśmy też wyjazd z misją. Wreszcie udało mi się zebrać wszystkie ubrania, które w trakcie ostatnich wymienianek sąsiedzi chcieli przekazać potrzebującym, posegregować je i zawieźć do Miejskiego Centrum Interwencji Kryzysowej. Pojechaliśmy tam całą rodziną nie tylko w powodów logistycznych (nie wszystkie torby zmieściłyby się do mojego auta), ale przede wszystkim po to, by w ten wyjątkowy dzień nauczyć się dawać coś ważnego innym. W ośrodku, do którego pojechaliśmy, znajdują się kobiety, które były zmuszone do ucieczki przed przemocą w domu. Często zbyt szybko, by zabrać ze sobą coś więcej niż miały na sobie one i ich dzieci. Przytłaczająca realność tego miejsca dała nam wszystkim do myślenia, nie tylko J., który ze zrozumieniem pomagał przy ładowaniu worków do bagażnika, a potem przyglądał się rozpakowywaniu.

    Nie chcę tu siebie kreować na wyjątkowego darczyńcę, ale poczułam, że to, co zrobiliśmy było najwłaściwszym sposobem na spędzenie Mikołajek, a zarazem na podsumowanie tego jakże przyziemnie brzmiącego wyzwania „Tydzień bez TV”.

    Sukces #6: wspólne pieczenie i zdobienie smakołyków świątecznych
    Sukces #7: pielęgnacja relacji z dawno nie widzianą przyjaciółką
    Sukces #8: niesienie pomocy innym

    Czy miałam jednak więcej wolnego czasu? Na pewno nie na „siedzenie i nicnierobienie”. Obok tych wszystkich kreatywnych sposobów na spędzanie wieczorów zbyt często wkradał się jednak do naszego życia komputer i oferta, jaką przedstawiają media społecznościowe. Zdarzało mi się spędzić bitych kilka godzin przed monitorem, zamiast usiąść wygodnie z książką w ręku, co przecież miałam w pierwotnym zamiarze. Skutkiem tego do soboty przeczytałam może kilka stron przed snem, walcząc z ciężarem powiek.

    Z pomocą przyszło mi jednak coś, czego prawdziwej wartości nigdy bym nie odgadła – wizyta u kosmetyczki i półtorejgodzinna pielęgnacja stóp. Nie dość, że miałam czas na wyciszenie się, relaks i przemyślenie kilku spraw, to jeszcze mogłam nadrobić czytanie ponapoczynanych lektur. Można by rzec, że było to jedno z lepiej zainwestowanych kilkadziesiąt złotych w przeciągu miesiąca.

    ograniczam się, telewizja, tydzień bez TV, pierniczki
    Mój tydzień bez TV

    A mój stosunek do TV? Nie tęsknię tak bardzo, jak bym się tego spodziewała, a wieczory bez wieczorynek są jakby spokojniejsze i bardziej rodzinne. Nie jestem jednak pewna, czy zrezygnuję z odbiornika całkowicie i na zawsze. Z pewnością będę jednak jego bardziej świadomym użytkownikiem. 

    Zero Waste

    Kalendarz adwentowy na gałęzi

    kalendarz adwentowy na gałęzi

    Grudzień się zbliża, dlatego warto pomyśleć o ekologicznym kalendarzu adwentowym ze skrawków materiału i …gałęzi.

    Jakiś czas temu odkurzyłam starego Łucznika po moim Tacie. Maszyna do szycia była czymś nowym w moim życiu, ale po kilku lekcjach z moją przyjaciółką, której lata doświadczenia dodają ekspertyzy, uruchomiłam ją.

    Po paru miesiącach przerwy wyjęłam maszynę ponownie, poszukałam w domu odpowiednich tkanin i akcesoriów, i …zaczęłam produkcję. Mój projekt to Kalendarz Adwentowy składający się z 24 sakiewek szytych na maszynie. Sakiewki zawiesiłam na gałęzi przy pomocy sznureczków, tasiemek ozdobnych i nici.

    kalendarz adwentowy DIY

    Jako że w moim domu ZAWSZE jest jakaś gałąź (prace na balkonie, dziecięce zabawy, kocie psoty- gałąź się po prostu przydaje!), a tkaniny pozostały jeszcze z poprzednich mini-projektów szyciowych, niewiele myśląc zabrałam się do roboty.

    To, że nie czytam instrukcji i lubię eksperymentować, spowodowało, że wraz z szyciem sakiewek ich kształty i rodzaje ewoluowały do tych docelowych. Ważne, by zrobić miejsce na przeciągnięcie sznureczka bądź tasiemki, tak by woreczek łatwo było zawiesić.

    Choć w prototypowych wersjach zabrakło tej przestrzeni, poradziłam sobie w inny, równie skuteczny sposób. Przeszywałam górną część sakiewki lekką fastrygą, zostawiając dwa końce nici na zewnątrz, tak by po złapaniu za ich końce sakiewkę można było ściągnąć i zawiązać na gałęzi.

    Ale, ale. Przy robótkach wziął udział ktoś jeszcze. Moje popołudniowe szycie to nie był skończony produkt. Dopiero wieczorem nadaliśmy mu z mężem ostateczny sznyt. Udało mi się namówić małżonka do czynności związanych z ręcznymi robótkami! Spod jego rąk wyszły zatem naklejki z liczbami symbolizującymi kolejne dni grudnia aż do Wigilii. Zobaczcie sami, jakiej użył stylistyki.

    kalendarz adwentowy na gałęzi
    Do wykonania kalendarza użyłam tylko tego, co znalazłam w domu. Niczego nie kupowałam i taki był też cel mojego projektu – kreatywny upcycling bez generowania odpadów.A co w woreczkach? To, co mali chłopcy lubią najbardziej, czyli łakocie. Oprócz galaretek w cukrze i kilku lizaków są też owsiane ciasteczka, rodzynki i suszona żurawina. Przekąski mogą być nie tylko słodkie, ale i zdrowe. Oczywiście, każdy może wrzucić do swoich sakiewek co mu się żywnie podoba. Mogą to być małe zabawki, ciekawe krótkie historyjki zwinięte w rulonik czy szereg innych rzeczy, na które Wasza wyobraźnia wpadnie.

    Instrukcja wykonania kalendarza adwentowego

    1. Wycinamy kawałki materiału każdy po ok. 15×20 cm.
    2. Wzdłuż górnej krawędzi robimy zakładkę na sznureczek, którą przeszywamy na maszynie lub ręcznie.
    3. Po przeszyciu składamy materiał w pół na lewej stronie i obszywamy dookoła – na kwadratowo lub półokrągło.
    4. Odwracamy na prawą stronę i przeciągamy sznureczek/tasiemkę przez zaszewkę – warto posłużyć się agrafką.
    5. Tak powstałą sakiewkę wypełniamy smakołykami, przyklejamy cyferkę i zawieszamy na gałęzi.

    sakiewka kalendarz adwentowy diy


    Jestem ciekawa, czy też planujesz stworzyć kalendarz adwentowy. Podziel się swoim pomysłem w komentarzu.


    Jeśli wolisz obejrzeć film z instrukcją, jest już na moim vlogu!




    ***
    Jeśli podobał Ci się mój wpis, podziel się nim z innymi lub zostaw komentarz. Każdy znak od moich czytelników jest dla mnie niezwykle cenny.

    Styl życia

    Wyzwanie: Tydzień bez telewizji

    Każdy nowy tydzień to nowe wyzwanie. Po relaksującym weekendzie idziemy do pracy, kończy się spanie do 10, długie wieczory z ulubionym filmem, zarwane noce na imprezach.

    To znaczy – żeby nie było – dla mnie to się skończyło już 3 lata temu. I wcale nie miało nic do czynienia z pójściem po weekendzie do pracy. Ale ta część z Was, która nie posiada potomstwa, pewnie ma jeszcze swobodę w całkowicie autonomicznym decydowaniu o kształcie i wyglądzie własnego wolnego czasu.

    Poniedziałek przyniósł mi energię na pewne wyzwanie. Mówię o energii, bo pomysł kiełkował w mej głowie już od jakiegoś czasu. Postanowiłam, że w tym tygodniu ograniczę się i nie będę oglądać telewizji. Odważnie?

    Dla tych, którzy zrezygnowali z czarnego pudła/ekranu w domu to żaden problem – po prostu nie mają pokusy, by go włączać.

    Dla nas to wiele stałych elementów, z których musimy (chcemy?) zrezygnować, po to, by zrobić miejsce innym. Co prawda telewizor włączamy dopiero wieczorową porą, ale ile się wtedy u nas dzieje!

    1. Wieczorynka – mamy stały rytuał, który porządkuje dzieciom czas przed snem. Sprzątanie pokoju po zabawie, kąpiel, a potem wyczekana bajka. Po bajce czytanie książek i sen. Sama rezygnacja z wieczorynki może być odebrana jako kara, ale jeśli jest połączona z dalszym wyrzeczeniem się oglądania TV przez rodziców, może tylko okazać się dłuższym, wartościowym wspólnym czasem spędzonym na zabawie.

    2. Wiadomości – mamy ten plus, że nasz dekoder ma funkcję nagrywania programów i odtwarzania w dowolnym momencie. Zdobycz techniki, która przychodzi z pomocą zabieganym rodzicom dwójki małych dzieci. Dzięki temu nawet o 22 mamy poczucie, jakby wieczór się dopiero zaczynał – tyle tylko, że zaraz trzeba i tak położyć się spać. Rezygnacja z programów informacyjnych może się okazać trudna, bo to jednocześnie rezygnacja z elementów przypisywanych dorosłości. Owszem, możemy przerzucić się na bycie na bieżąco na portalach informacyjnych. Czego jednak nie lubię w tej formie sprawdzania aktualności to wsiąkanie w dalsze z pozoru atrakcyjne wątki, pojawiające się obok tych, które interesowały nas najpierw. Może w ogóle przestanę więc czytać i pozostanę przy radiu, któremu ufam, czyli Trójce. Klasa polityczna i tak mnie ostatnio zawiodła, po co więc nadmiernie denerwować się na wieczór.

    3. Mecze – mam w domu jednego fana lokalnej drużyny piłkarskiej. Zresztą, co ja mówię, sama też interesują się piłką i lubię wiedzieć, jaką mamy kondycję. Mecz Naszych to święto w domu, wyłączenie się ze wszystkich aktywności i całkowite poświęcenie się temu, kto strzeli gola, czemu nie przyznają nam karnych (no nigdy, naprawdę!) i jak wysoko będziemy w tabeli. A że Nasi grają co najmniej raz w tygodniu – tydzień bez telewizji może okazać się trudny do przejścia. Oznacza to jednak, że żaden tydzień nie będzie lepszy ani gorszy od tego, który akurat się zaczął. Podejmuję więc to wyzwanie dzisiaj i mam nadzieję, że wytrwam – nie tylko ja sama.

    Co mam nadzieję zyskać w zamian?

    Wolny czas, który poświęcę na coś wartościowego, np. przeczytanie książek, które od dawna leżą pozaczynane.
    Większą dostępność dla moich dzieci, które nie będą się bały, że zaraz zaczyna się mecz i pora skończyć zabawę.
    Spokój niezakłócony cudzymi myślami i opiniami, który wyciszy mnie na tyle, że będę w stanie usłyszeć moje własne.

    Nie musimy ulegać nawykowi oddawania się pasjonującym rozrywkom. Możemy rozwinąć inne nawyki, które przywrócą nas z powrotem do naszej podstawowej wewnętrznej tęsknoty za ciepłem, bezruchem i wewnętrznym spokojem. – Jon Kabat – Zinn

    Codziennie na moim facebookowym fanpage’u zrobię krótkie podsumowanie mojego postanowienia. Jeśli tylko możesz, bądź tam ze mną i mnie wspieraj, bo może być naprawdę ciężko.

    A może podejmiesz to wyzwanie ze mną?

    Jakie jeszcze widzisz korzyści z tygodnia bez telewizji?

     

    Ekologia Ubrania

    Osiedlowe wymienianki #2 – Kobieca Szafa

    garderoba, szafa, ubrania

    Od kolejnych osiedlowych wymienianek minęły już prawie trzy tygodnie, a ja jeszcze nie podzieliłam się wrażeniami. Już nadrabiam i przedstawię Wam moją relację.

    Poprzednie wymienianki skoncentrowane były na temacie dzieci. Wystawialiśmy dziecięce ubranka, książki i zabawki, a przy okazji robiliśmy zbiórkę dla Domu Dziecka w Poznaniu.

    Listopadowa edycja miała na celu zintegrowanie kobiet na naszym osiedlu i pod hasłem „Kobieca szafa” wymieniałyśmy się tym, co miałyśmy w nadmiarze. Uczestniczki przyniosły naprawdę sporo ciekawych ubrań, od swetrów i t-shirtów przez zwiewne sukienki i eleganckie bluzki aż po buty, kurtki i marynarki.

    ograniczam się, wymienianki, minimalizm, upcycling

    Oprócz wymiany można było prowadzić sprzedaż uczestniczkom bez własnego asortymentu. Poszło nam całkiem nieźle, choć przyznam, że style były dość rozmaite i spora część ubrań została do dalszego rozdysponowania. Tym razem wspierałyśmy Centrum Interwencji Kryzysowej w Poznaniu, które chętne było przyjąć każdą ilość ubrań damskich i dziecięcych.

    Z racji jesiennej pogody i chłodu wymienianki odbyły się pod dachem, w pobliskiej, niezmiernie gościnnej kawiarni Marcelino Chleb i Wino. Poprzednim razem Pani Kinga również nas wsparła posiłkami. Tym razem jednak przeszła samą siebie. Catering przygotowany był naprawdę mistrzowsko. Zachwycały misternie wykonane przystawki typu finger food, drobne tortille z przepysznym nadzieniem, tarty, muffinki i ciasta. Na stole stały butelki z wybornym włoskim winem oraz karafki z domową lemoniadą. I to wszystko za darmo! Pani Kingo, należą się wielkie brawa kucharzom i Pani za tak wspaniałe ugoszczenie nas. Ciepłe wspomnienia tamtego wieczoru jeszcze długo w nas pozostaną.

    Pomijając temat ubrań, to, co jest niesamowite w wymieniankach to integracja lokalnej wspólnoty. Było mi bardzo miło spotkać i poznać kobiety mieszkające na naszym osiedlu. Jesteście naprawdę niesamowite! A po licznych rozmowach jestem w stanie stwierdzić, że mamy w większości podobne spojrzenie na świat i równie wielką chęć do częstszych spotkań, nie tylko pod pretekstem wietrzenia szafy. Do następnego!

    ograniczam się, wymienianki, minimalizm, upcycling
    W wymieniankach nie chodzi tylko o sam akt wymieniania się ubraniami. To coś więcej – rozmowa, wzajemne poznawanie się i miłe spędzanie czasu.

     

    ograniczam się, wymienianki, minimalizm, upcycling
    Catering przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania

    Więcej zdjęć znajdziecie tutaj.