fbpx
Styl życia

Jak okiełznać informacyjny chaos

Czytam, wertuję kartki, przerzucam strony. Nowy rok niewątpliwie upływa mi pod znakiem słowa czytanego. Dawno nie miałam tyle czasu, chęci i zawzięcia, żeby porządnie wziąć się wreszcie za to, co mnie naprawdę interesuje i kręci – poszerzanie wiedzy z zakresu świadomego życia oraz …zwykłej wieczornej przyjemności.

Skąd mam czas?

Cóż, odkąd w grudniu zrobiłam sobie tydzień bez telewizji, oraz odkąd telewizja zaczęła mnie jeszcze bardziej denerwować niż wcześniej, samoistnie ograniczyłam czas spędzany przed odbiornikiem. Niczego sobie nie narzucam, nie robię wyzwań czy maratonów. Po prostu nie muszę – wieczorem wolę spędzić czas inaczej.
 
meme, internet
Źródło

Jeśli nie telewizja to co?

 

Nie, nie zastępuję czasu przed telewizorem otwieraniem 100 zakładek, żeby dowiedzieć się, co nowego na świecie. I nie, nie kupuję codziennie gazet, żeby się tego dowiedzieć. I wiecie co, zupełnie mi z tym dobrze! Kiedyś czułabym się winna, że jestem człowiekiem nieodpowiedzialnym, bo żeby wiedzieć trzeba się nieustannie dowiadywać. Pudelek donosi codziennie, a skoro donosi, widocznie coś się dzieje, a ja muszę wiedzieć. Onet, WP czy Gazeta nadal żyją i mają się świetnie, nie wyobrażam sobie dnia, w którym informacje miałyby się dla nich skończyć. Po prostu bez informacji, które są dla mnie zbędne, jest mi zupełnie dobrze!

 

Bycie na bieżąco to powszechny nawyk, czasem wręcz uzależnienie. Uważamy, że jeśli przez jeden dzień nie przejrzymy internetów, świat się zawali, nasz kraj stanie w rebelii i z pewnością zesłane zostaną na nas wszystkie możliwe plagi, w tym spadające z nieba żaby (a my w dodatku się o tym nie dowiemy, bo nie czytamy internetu). Dzieje się jednak coś zupełnie odwrotnego. Życie toczy się własnym, dotychczasowym rytmem. Po dniu nastaje noc, a po nocy dzień. Dzieci nadal płaczą, gdy są głodne. Nożyce się odzywają, gdy uderzysz w stół. Może tylko ptaki wracają trochę wcześniej z ciepłych krajów, bo pory roku się jakby rozjechały. Ale żeby to wiedzieć, nie musisz sprawdzać w appce, wystarczy wyjrzeć za okno.

 
Źródło

1,77

 
Chaos informacyjny dopada nas zewsząd. Nawet na moich ulubionych grupach na facebooku zdarza się tyle czczych dyskusji, że z chęcią bym tupnęła wirtualną nogą i z nich na raz wystąpiła. Ale tego nie robię, bo …jeszcze nie mam odwagi być tak jak Mo . Jako jedna ze statystycznych obywatelek świata spędzam w social media 1,77 godzin dziennie*. To tyle, ile można poświęcić na wykonanie sporego zadania w pracy, np. potrzebnej wszystkim prezentacji w power poincie. W tyle czasu upieczesz też pieczeń z 1,5 kilogramowego baraniego udźca, lub, jeśli wolisz, z fasoli i ciecierzycy. 1,77 godzin możesz się bawić w berka, chowanego i rolnik-sam-w-dolinie (powszechnie znane jako rolnik-w-sandolinie) i nie mieć dość. 1,77 jednak przeznaczasz na utrzymywanie kontaktów ze znajomymi (sic!).
 
web, internet
Global Web Index 2015
 

Na zdrowie

Skoro mamy tylu znajomych, a sława o nas się niesie wraz z kolejnym zamieszczonym w sieci zdjęciem, skąd tyle osób samotnych, ogarniętych depresją i brakiem sensu życia? Okazuje się, że jedno to być poinformowanym, co w sieci piszczy, by nie czuć się pomiętym. Drugie to przeżywać coś wraz z innymi w kontakcie bezpośrednim, by czuć się włączonym w ich życie (ang. feel included). Tylko ten drugi sposób spędzania z innymi czasu daje nam coś więcej niż tylko informację.
 
facebook, statistics, statystyka, internet
Nie lubimy facebooka, bo są tam już nasi rodzice.
 
 

Łączność bez kabla to zmniejszone ryzyko zachorowań na raka, lepsza kondycja psychofizyczna, wyższy poziom endorfin we krwi, a co za tym wszystkim idzie – wyższy poziom zadowolenia z życia. Szczęście jest mierzalne tym, ile dobrego jakościowo czasu spędzasz z innymi, w szczególności z najbliższymi. Ponoć codziennie spożywanie posiłku z rodziną znacznie redukuje ryzyko zawału serca i innych ciężkich chorób, bardziej niż zdrowe odżywianie się i regularne uprawianie sportu (!).

Na dzisiaj kończę

 
Idę wziąć męża na spytki, jak minął mu dzień. Powiem mu, za co ja jestem mu wdzięczna, idąc za radą Kasi. Zdam mu relację z ważniejszych punktów moich ostatnich 12 godzin. Może się pośmiejemy, może się pokłócimy, ale będzie to nasz czas we wzajemnej interakcji. A potem wracam do książek. Szelestu drukowanych kartek nigdy za wiele. Nie mam na to danych, ale na pewno redukuje ryzyko imbecilis neurologica**.
 
Źródło
 
 
 * Dane przedstawione w artykule pochodzą z raportu Global Web Index za 2015 rok
** Choroba wspomniana w artykule wynika z niedoczytywania książek lub chronicznego braku kontaktu ze słowem pisanym i tak naprawdę nie istnieje (ale WHO powinno rozważyć wpisanie jej w indeks chorób).
 
Zdjęcie tytułowe – Edubirdie

Previous Post Next Post

Przeczytaj jeszcze

No Comments

Leave a Reply