Styl życia

Muzyczna środa #1, czyli w czym nie warto się ograniczać

Dobra muzyka jest – jak czyste powietrze i woda – niezbędna do życia i powinna wypełniać każdy dom swymi dźwiękami, tworząc jego wyjątkową atmosferę.


Boję się o niej pisać, bo mam do niej emocjonalny stosunek, ale przez kilka ostatnich lat bardzo ją zaniedbałam. Lubimy się od dawna, nasza przyjaźń kwitła od najmłodszych lat. Odkrywałam ją w magnetofonie Kasprzak, walkmenie przywiezionym z NRD, odtwarzaczu CD, a potem MP3. Zawsze była pokarmem mej duszy, tematem do rozmów, wytyczała rytm dnia i nocy.

Nośniki, które były mi najlepiej znane, to kaseta magnetofonowa i płyta CD. Kolekcja ustawiała się w moim pokoju na specjalnie przeznaczonej dla nich półce, kasety miały swoje plastikowe stojaki, potem płyty dostały nowe w formie z cieńszymi przegródkami. Przy każdej wizycie znajomych nawiązywała się dyskusja o tym lub innym albumie, przy której często dochodziło do wymiany. Bo jak się zdobyło dobrą muzykę to było coś najcenniejszego w życiu. A zdobyć można ją było na wiele sposobów.

Kasety kasetowe 

Pierwszą kasetę kupiłam na początku lat 90. na stoisku na rynku z prawdopodobnie nielegalną, bo niehologramowaną muzyką, na którym pracowała moja dużo starsza kuzynka. Zbierałam plakaty, słuchałam MTV, a uzbierane skrzętnie pieniądze wydawałam na ryneczku na kasety. Ceniłam je bardzo i nie potrafiłam zrozumieć, jak nasz osiedlowy dziwak krzyczący ‚Kasety kasetowe, mam kasety kasetowe, zbieram kasety!’ i rozciągający taśmę po całej ulicy mógł tak obrazoburczo z nimi postępować.

Pierwsze sidiki

Dobrze pamiętam moment, w którym kupiłam swoją pierwszą płytę CD. Po długich negocjacjach z rodzicami udało mi się wybrać upragnioną wieżę hi-fi z dużymi głośnikami i obrotowym zmieniaczem płyt. Problem tkwił w tym, że do tej pory żadnej płyty nie miałam. Wybrałam się więc do sklepu muzycznego i tam po wielogodzinnych przesłuchaniach z 50 złotymi w spoconej dłoni zdecydowałam, że to Chemical Brothers z albumem ‚Brothers gonna work it out’ będzie się pierwszy obracał. Nie żałuję, bo po latach nadal mi służy i przypomina o początkach mojej fascynacji.

Muzyczny postęp?

Z wirtualną muzyką jest już inaczej. Postęp i zmiana technologii sprawiły, że muzyka zajmuje mało miejsca, jest ogólnodostępna, łatwa do zdobycia w sieci, ale też łatwa do podrobienia i niezwykle łatwa do schrzanienia. Dzięki programom komputerowym i domowym syntezatorom może ją wyprodukować każdy, kto ma na to ochotę. Oczywiście plusem jest to, że każdy ma teraz okazję zostać muzykiem, odkryć swoje talenty i stworzyć coś wyjątkowego siedząc w domu za biurkiem. Druga strona monety jest jednak przygnębiająca. Muzyka przestała być komponowana. Zapomniano, czym jest aranżacja. Dźwięki, które są produkowane, składają się w proste takty na cztery, tak by nóżka ładnie chodziła, a paluszek stukał. Równe, ostre ‚pam pam pam pam’, żeby przypadkiem nie wypaść z objęć umięśnionego typa na parkiecie. Liryka tekstów uproszczona do
‚Lubię kiedy muzyka wkoło gra
Wszyscy wtedy śpiewają lalala’
albo
‚A jak wygram w toto-lotka
wtedy wpuszczę cię do środka’
raz usłyszane nie chce wyjść z głowy. Myję zęby i nucę, po czym łapię się na tym, że jak wygra, to mam go wpuścić. Pojawia się odruch wymiotny, zimna woda na twarz i nerwowe szukanie płyty na stojaku na zabicie częstochowskich rymów w głowie.

Ołtarzyk

Mam stojak, a w zasadzie półkę na płyty, która zajmuje centralne miejsce w moim domu. Traktuję to jako element mojej tożsamości, tak jak półkę z książkami, która stoi tuż obok. To miejsce niczym ołtarzyk, z którego czerpię życiodajną siłę. I nie ufam teoriom, że jest muzyka dla dzieci i dla dorosłych. Od początku karmiłam synka Milesem Davisem i rumuńskim jazzem z lat 70. i dzisiaj pytany, jaką muzykę mu włączyć z radością wykrzykuje ‚Jazzik!’.

A ja na to jak na lato

Gdy kilka dni temu szukałam czegoś, co pasowałoby na upalny letni dzień, automatycznie nasunęły mi się trzy pozycje, które przenoszą ogromny ładunek emocjonalny.

1. Santana – ‚Abraxas’ – ze słynnym ‚Oye como va’, które zawsze będę kojarzyć z koloniami w Międzywodziu i barem Blue Note na przyplażowej skarpie. Siedzimy grupą dzieciaków wieczorem, słońce zaczyna zachodzić, pijemy zimną oranżadę, a z głośników wydobywają się charakterystyczne dźwięki gitary. Niezawodnie mnie relaksuje każdego lata, a zimą przywołuje wspomnienia gorących nadmorskich wieczorów.

2. Kamp – ‚Kamp!’ – album, który pokochałam od pierwszego przesłuchania, jest moim sztandarowym elementem letnich podróży. Droga pokonywana w rytmie Cairo czy Heats przesuwa się niczym magiczna nić, drzewa śmigają na prawo i lewo, chmury lekko przykrywają zachodzące słońce, a na mojej twarzy pojawia się uśmiech.

3. 15 minut projekt – ciekawe, czy ktoś pamięta tę produkcję Kayaxu z 2003 roku? Album wyprodukowany przez Jana Młynarskiego (perkusja) i Michała Króla (klawisze) pachnie późnowieczornym lekko schłodzonym powietrzem o słodkim aromacie balkonowych surfinii. Do tego lampka zimnego białego chardonnay i tworzy się wieczór idealny. Może Soca? Bo to miłości jest czas…

Tylko 3 albumy i wybrane 3 utwory na to lato. A moja miłość do muzyki mam nadzieję, że znowu znajdzie swój czas po odkopaniu się z pieluch i butelek. Przepraszam. I obiecuję poprawę.

A Ty pamiętaj, że z muzyką warto się ograniczać tylko do tej najlepszej, a kiepską traktować jako ciekawy z socjologicznego punktu widzenia folklor. Niech tak pozostanie.

Może też masz swoje muzyczne inspiracje na lato? Chętnie posłucham 🙂

Previous Post Next Post

Przeczytaj jeszcze