Zero Waste

Zero Waste po polsku #1 – postaw diagnozę

zero waste po polsku, wyzwanie, bez smieci, ile generujemy smieci, ile wyrzucamy

Z nowym miesiącem chciałabym zapoczątkować nowy cykl wpisów o życiu z mniejszą ilością śmieci. Temat jest dla mnie na tyle palący, że postanowiłam dzielić się na bieżąco moimi obserwacjami na temat wdrażania metody zero waste w życie.

Moje początki zero waste

Od jakiegoś czasu poczytuję zagraniczne blogi – głównie amerykańskich kobiet potrafiących spakować cały śmieciowy urobek tylko do jednego słoika, jak i te polskie, równie inspirujące do przeprowadzenia zmiany we własnym domu. Osobiście uważam, że jeden słoik czy nawet jedno wiadro śmieci na rok to wyzwanie na miarę wspięcia się na K2 zimą osiągalnym przez super jednostki. Ewolucyjna zmiana krok po kroku może być za to udziałem już większej części społeczeństwa i raczej w tym kierunku będę zmierzać.

Bezśmieciowe życie potraktuję jako eksperyment na żywym organizmie mojego gospodarstwa domowego. Przyznam, że się trochę denerwuję, czy podołam zasadom, które będę opisywała. Niektóre z nich już praktykuję, inne będę dopiero wprowadzała w życie. Z pierwszą grupą czuję się już pewnie, drugą muszę dobrze poznać, oswoić i przedstawić Wam w zrozumiały i zachęcający sposób.

Jednocześnie zachęcam Was, byście razem ze mną szli tą samą drogą, którą będę Wam pokazywać. Myślę, że małe kroczki, które będziemy ćwiczyć, powinny przynieść znaczące korzyści. Pewnie część z Was ma swoje sprawdzone sposoby na redukowanie ilości generowanych w domu śmieci. Chętnie się o nich dowiem, jeśli zostawicie pod wpisem komentarz lub napiszecie do mnie maila. Jeśli stwierdzicie, że rady, które się tu pojawią, będą warte polecenia innym, nie krępujcie się, tylko dzielcie się wpisami dalej. Mimo że to małe kroczki, warto się nad nimi zastanawiać w szerszym gronie, tak by wiedza o życiu bez odpadków znalazła jak najwięcej zwolenników.

Krok #1 – Postaw diagnozę

Czyli dowiedz się, czego wyrzucasz najwięcej

ZERO WASTE PO POLSKU

Podstawą każdego dobrze zorganizowanego projektu jest przeprowadzenie badań. Dotarłam do danych, z których wynika jasno: Polacy są w czołówce jeśli chodzi o korzystanie z plastikowych torebek. W ciągu roku zużywamy ich 466, podczas gdy unijna średnia to 198. Dla porównania Duńczycy potrzebują ich rocznie 4.

Poza plastikiem marnujemy lwią część jedzenia. Kupujemy pod wpływem emocji albo „na zapas”, podczas gdy praktyka pokazuje, że takie zakupy sprowadzają się do generowania odpadów organicznych. Co tydzień w polskich śmietnikach ląduje ok. 1/3 zakupionej żywności. Marnują jedzenie wszyscy: od szkolnego ucznia – o czym pisałam w tym wpisie -aż po stołówki i restauracje.

Kolejnym grzechem na środowisku naturalnym są ubrania. Tania, masowa produkcja na zlecenie wielkich sieci odzieżowych ułatwia nam dostęp do modnych ciuszków na każdy sezon. Mało kto myśli jednak o tym, co się stanie z ubraniem, gdy przestaniemy go używać, bo będzie niemodny albo szybciej się zniszczy. Ubrania, co zresztą widzę po naszym Giveboxie, są największą zmorą polskich domów. Uważamy, że mamy ich za dużo, a jednocześnie nie wiemy, co z nimi potem zrobić.

O wszystkich kategoriach postaram się więcej napisać w kolejnych krokach wyzwania zero waste. Teraz chcę się zastanowić, co u mnie najczęściej ląduje w śmietniku i dlaczego.

Co tydzień wyrzucam ok. 2 toreb po 20 litrów odpadów plastikowych. Są to głównie butelki po mleku, które piją moje dzieci, a ja używam codziennie rano do płatków. Znajdą się tam również butelki po wodzie mineralnej, w tym również te dziecięce. Kolejne plastiki to butelki po soczkach, najczęściej kupowane pod wpływem impulsu na zakupach z dziećmi. Zdarzają się plastikowe opakowania od zakupionych przedmiotów, np. od szczoteczki do zębów czy pudełka po kosmetykach. Detergenty – nie widziałam jeszcze takich w szklanych butelkach. Niestety, są najczęściej bardzo duże i zajmują sporą część worka. W plastikach znajdę też pudełka po jogurtach i serkach, również najczęściej spożywanych przez moich najmłodszych.

plastiki, zero waste

Co poza plastikami sprawia mi problem?

Zauważyłam, że w moim domu zawsze się znajdzie sporo papierów i kartonów. Powodów jest kilka: zamówienia w sklepach internetowych przychodzą w kartonowych opakowaniach, wypełniacze w kartonach to często papierowe ścinki (i tak lepsze niż styropianowe kulki), a kupowane przez nas papierowe wydania gazet mają krótki, weekendowy żywot. Ergo – papierowe śmieci pojawiają się znikąd. Co tydzień wyrzucamy ok. jednego worka makulatury i jeden karton, czasem wypełniony innymi małymi kartonikami.

Okazuje się, że mimo dużej wrażliwości na wykorzystanie resztek, nadal spora część jedzenia trafia u nas do śmieci. Przykro mi za każdym razem, gdy widzę niezużyte, lecz już zepsute owoce i warzywa. Czasem brak mi czasu na wymyślenie kolejnej potrawy z nacią marchwi czy selera. Nie zawsze gotuję w domu, ale co tydzień robię dość spore zakupy. Może powinnam lepiej planować posiłki? A może mniej zamawiać? Tego się jeszcze dowiem.

Ubrania są kategorią, która nie generuje śmieci w skali tygodnia, za to gdy co kwartał robię przegląd dziecięcej szafy muszę się czegoś pozbyć. Swoją szafę wysprzątałam przez ostatni rok dość mocno. Nie pamiętam dokładnie, ile worków wywiozłam do instytucji pomocowych, ile oddałam do Giveboxa, a ile wylądowało w śmietniku. Wiem jedno na pewno: ubrania to niewdzięczny towar do pozbycia się z własnego domu. Potraktuję je jako osobny temat w temacie ogarniania własnej szafy.

Oto ogólna diagnoza moich worków na śmieci. Wymieniłam tylko te rzeczy, które wyrzucam najczęściej i sprawiają mi najwięcej kłopotów.

Teraz czas na pytania do Ciebie.

Ile wyrzucasz śmieci tygodniowo? Jak uważasz, którymi kategoriami powinnaś/ powinieneś się zająć najpierw? Jakie odpadki to dla Ciebie problem?

ZERO WASTE

Napisz w komentarzu lub podziel się swoimi odpadkowymi doświadczeniami w mailu. Mam nadzieję, że choć na część Waszych problemów uda mi się odpowiedzieć w kolejnych wpisach.

Previous Post Next Post

Przeczytaj jeszcze

  • Na zakupy zawsze chodzę z ekosiatką, zrezygnowałam z kupowania w większych marketach bo tam już większość warzyw, owoców i innych rzeczy pakowana jest w plastik. W warzywniaku obok domu mogę poprosić by nie dawali mi foliówek, czy nawet przyjść ze swoim słoikiem na kiszoną kapustę co nikogo już nie dziwi. Natomiast plastiku w dalszym ciągu jest u mnie sporo, wędliny, sery a nawet makarony, ryże dalej pakowane są w folie, ciężko znaleźć te w papierowych opakowaniach, czy przetwory w słoikach albo są droższe, co nie zawsze jest przyjazne dla mojego portfela. Do tego nawet papier toaletowy pakowany jest w folię i wiele wiele innych rzeczy. Chemii czy kosmetyków kupuję coraz mniej, więc chociaż w tej dziedzinie generuję mniej śmieci. Z ubraniami też mam umiar, ale fakt są rzeczy nie zniszczone, których człowiek się chce pozbyć, po kilku latach bo już się źle w nich czuję, czy zostały kupione kiedyś, gdy jeszcze nie myślało się tak jak teraz. Śmieci generują też moje koty, w końcu jedzą jedzenie mokre z puszek, oraz suche z worka. Chociaż suchą karmę kupuję na ogół w 10-12 kg worach by tutaj było tego mniej. Jedzenie dalej zdarza nam się wyrzucać, chociaż na szczęście coraz mniej, ale jednak – to boli mnie najbardziej.

  • Ja niestety nie dałam rady na stałe wprowadzić zasad zerowaste, choć się starałam. W moim przypadku wiązało się to z tak radykalną zmianą zachowań konsumenckich, że było ponad moje siły. Być może chciałam zbyt szybko żyć bez śmieci. Akurat reklamówki były najmniejszym problemem. Ale kupno mięsa, kosmetyków, orzechów i wielu innych produktów pierwszej potrzeby było zbyt uciążliwe. Ja wzorawalam sie na blogu Francuzki mieszkającej w Kalifornii , ale tam jednak jest wiele sklepów zerowaste. Co więcej nastawienie obsługi w sklepach jest również inne. Ja na przykład spotkałam się z wielkim oporem, aby ważyć produkty do moich pojemniczkow przyniesionych z domu.

    Przymierzałam się również do kompostownikow beztlenowych, ale inwestycja na start wydała mi się zbyt duża. W sumie może do tego wrócę, bo podobno jest to bardzo wydajne i dużo czasu zajmuje zapelnienie jednego zbiornika.

    Moja nieudana próba nie powinna jednak nikogo zrażać, ponieważ znam dziewczyny z Polski, które sobie świetnie radzą. Generalnie, pomimo że mi się nie udało zrealizować tego wyzwania, to jednak z przyjemnością muszę przyznać, że pewne nawyki weszły mi w krew. Na przykład chodzenie na zakupy z własnymi siatkami. Ważenie i wkladanie do koszyka większych warzyw bez siateczki. Serce mnie boli, kiedy ktoś waży trzy banany w siateczce, choć mógłby po prostu nakleić cenę na skórkę jednego z bananów.

    Nie biorę potraw na wynos, ale jem na miejscu. Kupuję detergenty w olbrzymich opakowaniach. Mydla tylko w papierku. Małe zakupy pakuje bezpośrednio do torebki. Nie biorę ulotek, bezpłatnych gazetek. Nie przyjmuję produktów dodawanych jako „gratis”.

    No, ale jednak mi do zerowaste daleko, pomimo, że poza produktami pierwszej potrzeby niewiele kupuję.

    Trzymam za Ciebie kciuki z całego serca. Serio. Pozdrawiam, Kasia

    • W trakcie wyzwania własnie będę chciała sprawdzić, jak zredukować ilość śmieci mieszkając w polskim mieście. Próbowałam już chodzenia z własnymi opakowaniami i nie spotkałam się do tej pory z oporem, może kwestia sklepu i dobrego wytłumaczenia.

      Myślę, że „zero waste” to dość karkołomne przedsięwzięcie, ale „reduce waste” już bardziej zjadliwe. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Dzięki i powodzenia Tobie również!

  • makulaturę składam w pudło-wszystkie papierki, papierowe opakowania, gazety, reklamy etc i raz na kwartał odwozimy do skupu. Podobnie z puszkami aluminiowymi i innymi. Ubolewam nad niemożliwością oddawania gdzieś szkła i butelek oraz PET-ów.
    Używam oczywiście materiałowych toreb, a na targ na warzywa i owoce zabieram kilka razy te same foliówki.

    • W Niemczech podoba mi się, że w zwykłym Lidlu jest od razu skup butelek. Nastawienie pro eko i edukacja dotycząca recyclingu jest na wysokim poziomie. Też się zastanawiam, co robić w butelkami – czy tylko wyrzucać do pojemników na szkło?

  • Ja natomiast odwrotnie do pozostałych komentujących (jak zwykle zresztą u mnie bywa) wolę Auchan i jego ryneczek gdzie zawsze od kilku miesięcy noszę jedna torebkę foliowa i do niej upchane makarony, kasze, orzechy a nawet słodycze (np do przepisu potrzebuje szklankę burgula to idę że szklanką, odmierzam, przesypuje do mojego woreczka, ważę, zwiazuje a naklejkę naklejki na suple by można było ją oderwać bez niszczenia folii). Są kasy samoobsługowe albo możesz kasjerce postawić swoją torbę na zakupy, jak nie trafisz na nawiedzana to im wszystko jedno gdzie wrzucają towar – często uśmiech i luźna postawa wystarczy a zgadzają się na dużo ;). Warzywa kupuje w warzywniaku ale dlatego że znajoma jest córką właścicieli i chodzi się pogadać ;P. Od przyszłego roku planuje jednak sama założyć warzywniak na działce. Mamy kompostownik więc tak bardzo wyrzucanie resztek z jedzenia nie boli. Miałam go nawet na balkonie w kamienicy. Wbrew krzywdzącemu mitowi nie śmierdzi (chyba że komuś przeszkadza zapach ziemi z kwiatów) a jego założenie jest absolutnie proste (ten balkonowych zrobiłam z plastikowego ażurowego pojemnika na pranie w którym u dołu wcielamy drzwiczki. Teraz w ogrodzie mam wielki z palet na których przewożono materiały budowlane (ale nie chemikalia). Jemy mniej cytrusów bo ich skórek nie można kompostowac ale to co mamy gotujemy na odświeżacze powietrza. Plastikowe pojemniki zbieram na pojemniki do sadzonek (mało tego kupujemy – przez pół roku nie zabrałam nawet na planowaną ilość pomidorów :/). Kartonowe opakowania do kominka/jako rozpalka do ogniska/jako ekologiczna (biedacka) agrowloknina a kolorowych gazet o błyszczących kartkach i tak nie kupujemy
    U nas problemem są opakowania mebli i materiałów budowlanych :/ – pomalowanie 1 pokoju to min 3 pojemniki: gładź, grunt i min 1 farba. W dodatku to opakowania toksyczne. Już nie mówiąc nawet że ikea udaje taką super eko i pro a każda prawie śrubka w coś owinieta. Nawet jak sami nawet meble próbujemy zrobić z drewna z tartaku to i tak trzeba czymś to drewno zabezpieczyć i cyk kolejne plastikowe opakowanie. Ale mam nadzieję że jak wykończymy dom (za jakieś 10 lat hehe) to ilość śmieci zmaleje.
    A najlepiej ze nawet nie próbujemy być eko „zero łejst” 😉 czasami do bycia pro wystarczy brak kasy, rozsądne planowanie wydatków (ten ogórek który ładuje w sieciach kosztował 2 zł – to kolejne pieniądze wyrzucone a można za nie było kupić żyrandol do pokoju syna, umywalkę czy szafkę do kuchni) i tańszy koszt wywozu śmieci z posesji (mniejszy pojemnik który w urzędzie miasta dostajemy to mniejsze koszty wywozu), konieczność zaplanowania obiadów by do sklepu oddalonego o sporo km nie jeździć co 2 dni (bo to realne koszty bezyny) oraz świadomość że do naszej dziury śmieciarce czasem nie chce się dojechać więc trzeba tak planować wyrzucanie by kontener(ek) starczyło nie na 2 tygodnie ale na 3-4.

    • Masz bardzo zdroworozsądkowe podejście, podoba mi się. Ja zaczynam swoją przygodę z kompostownikiem, o którym na pewno też wkrótce napiszę (już się pojawił na Instagramie).
      To prawda, że farby i budowlane chemikalia to czarna dziura jesli chodzi o recycling. Nawet sprawdzałam, gdzie i jak je można utylizować – niby oddając do sklepu z farbami. Co dzieje się dalej, nie do końca wiadomo 🙂 Dziękuję za Twoją relację z pola walki!

      • Ale tobie powiedzieli w sklepie że przyjmą czy tak wyczytalas w internetach? Bo kiedyś próbowałam oddać do rossmana częściowo zużyte puszki po środkach go ochrony obuwia (jak byliśmy młodzi i głupi daliśmy się naciągnąć ale praktycznie nie użylismy chyba ani razu i przy przeprowadzce chcieliśmy się tego pozbyc). Był to ich środek z ich logo. O tym by im oddać była informacja na opakowaniu, na ich stronie internetowej ale jak poszliśmy do sklepu to kobieta nie chciała przyjąć. Pierwszy raz o tym słyszała. Drugim umierają się że to mowa o zwrotnych i potrzebny paragon. Po trzecim sobie podarowalismy i spray trafił do kosza

        • Tak wyczytałam w internetach 🙂 Sama tego nie próbowałam. Dobrze, że piszesz o Rossmannie, to jednak duża sieć i nie mogą się wypierać własnych produktów.
          Znalazłam jeszcze takie „gratowiska” miejskie utylizujące odpady problematyczne. Pewnie część tych rzeczy można by tak oddawać.

        • Znając mnie, zrobiłabym mega aferę w internetach i postawiłabym na uszy cały ich dział PR :)))) Nie zaniedbujmy tego typu sytuacji, mówmy o tym głośno, piszmy na fejsbukach marki (to działa!). Tylko w ten sposób możemy wpłynąć na zmianę postawy „gigantów” 🙂

          • To było jeszcze w czasach kiedy za takie teksty groziło sądami i miały dużą szansę na wygraną

  • U mnie zdecydowanie jest to makulatura (gazet nie kupuje, ale duzo pisze – czesto notuje na kartkach wszelkie listy zakupow, pomysly blogowe, do tego dochodza opakowania itd.) oraz opakowania po sekach, mleku, jogurtach itd. Na szczescie w Berlinie moge zwracac wiekszosc szklanych i plastikowych butelek po napojach do sklepow. Wiem tez, ze jest tutaj sklep gdzie sprzedaja produkty spozywcze bez opakowan – nalezy przyniesc swoje pudelka itd. Reklamowek nie uzywam, mam ekotorby, czasem jednak zdarza mi sie kupujac luzem owoce wrzucic je do foliowki w sklepie, te jednak staram sie pozniej wykorzystac (zabezpieczenie pudelka z lunchem). Pozostaja wszelkie obierki po warzywach i waciki i inne toaletowe sprawy… Widze pare rozwiazan „smieciowego problemu”, z pewnoscia jest wiele ciekawych rozwiazan, wymagaloby to jednak pewnego przystosowania, byc moze na etapie poczatkowym nawet pewnych finansowych inwestycji. Bardzo zaaciekawil mnie Twoj artykul, czekam na kolejne!

    • Masz to szczęście, że mieszkasz w kraju o wyższym poziomie świadomości ekologicznej. Czekam z utęsknieniem na sklep bez opakowań w Poznaniu, wiem, że jest taki w Warszawie, ale z tego co widziałam nie handlują tam tylko i wyłącznie lokalnymi produktami, a to już mi nie odpowiada. Papiery to Twoja pięta achillesowa? U mnie, tak jak pisałam, też się ich sporo gromadzi. Muszę przemyśleć ich zagospodarowanie albo …redukcję co minimum.

      • Ja próbowałam przenieść całą moją pisaninę (notatki, kalendarz itd.) na komputer/telefon, ale ze smutkiem stwierdzam, że poległam. Nie umiem, nie lubię. Niestety. Ale z kolei drukowanie ograniczyłam do minimum 🙂

        • Ja z kolei jestem przywiązana do papierowych wydań książek. Za to notatki na bloga robię tylko w komputerze lub na telefonie. A mój notatnik, który zawsze noszę przy sobie, w większości pozostaje pusty. Chyba czas go usunąć z torebki 🙂

  • Właśnie przed drugim porodem uskuteczniam wywalanie niepotrzebnych śmieci. Mój amok trwa. Zgadzam się z tym, że otaczamy się niepotrzebnym balastem. Trzymam kciuki za eksperyment i wyczekuje kolejnych wniosków.

  • www.kasiaekiert.pl

    muszę popracować nad ilością reklamówek zdecydowanie!

  • Diagnozę dla siebie postawiłam juz spory kawałek czasu temu, a blogi zagraniczne w duchu zero waste dodały mi sił i pomysłów w ograniczaniu się. moim zdaniem warto postawić na strategię małych kroków i zacząć od drobnych rzeczy typu eko torba zamiast nowych plastikowych woreczkÓw. Do idealnej ilości jednego słoika odpadków jeszcze mi daleko ale staram się bardzo choć nie zawsze jest idealnie 😊

    • Do metody małych kroczków będę właśnie zachęcać. Też używam eko-torby na zakupy, mam ich w domu kilka, noszę też ze sobą do pracy. Zmieścić się w jednym słoiku to nie lada wyczyn, szczególnie mając dużą rodzinę. Pozdrawiam!

  • Hmmm ciekawe, a raczej przerażające są te wyniki badań. Ale faktycznie, pewnie sama wyrzucam bardzo dużo ;o muszę się temu koniecznie przyjrzeć!

    • Jest źle, ale może być o wiele lepiej, prawda? Warto nad sobą pracować i dawać przykład innym – z takiego założenia wychodzę.

  • A może by tak „zero waste” ładnie spolszczyć? np. „zero resztek” – bo o czystość własnego języka też wypada dbać, a zapominamy o tym i zaraz na własne dzieci zaczniemy mówić „mój czildren”.

    A co do ubranek, słyszałam o fajnej akcji, ze jedna kobieta otworzyła sklepik z używaną odzieżą dziecięcą. I ponoć świetnie chwyciło.

    Sklep bez opakowań to też fajna rzecz.

    A co do jedzenia to staram się minimalizować jego marnowanie poprzez wykorzystywanie wszystkiego. Np. po zupie dyniowej została mi dynia, więc wypróbowałam przepis na dyniowe kopytka. owoce, które już średnio wyglądają zamieniam w koktajl, a z warzyw robię pasty do chleba np. tuńczykowa, jajeczna itp. Sama też robię napoje np. typu Nestea lub serki takie jak dla dzieci typu derek danio z twarogu – wychodzi też taniej i więcej.

    • Ładna nazwa, dzięki! Może zacznę jej powoli używać.
      Co do wykorzystywania resztek jedzenia jestem jak najbardziej wielką fanką. Choćby wczoraj zrobiłam zupę ze wszystkiego, co miałam. Risotto czy kaszotto to też niezła opcja. Pasty z warzyw? Mniam! Muszę spróbować. Dzięki za inspiracje!

    • Mira Jurecka

      A jak bys ladnie przetlumaczyla intentional living? Slow living? Mi czasem brakuje takich slow zeby to sensownie brzmialo a nie na okretke i uzywam angielskich zwlaszcza ze ruch raczej przychodzi z anglojezycznych krajow.

      • Przepraszam, że tak późno odpisuję, ale disqus przestał mi wysyłać powiadomienia na pocztę o komentarzach :/

        Nie mam nic przeciwko wprowadzaniu do słownika języka polskiego zwrotów, które zdecydowanie lepiej określają pewne zjawiska, bo polscy językowcy też zbyt wolno reagują na wprowadzane w zabójczym tempie nowe określenia. Zupełnie zrozumiałe są też dla mnie nazwy, które mają pomoc w wejściu na zagraniczny rynek.

        Wydaje mi się jednak, że zbyt łatwo ulegamy modzie na angielskie zwroty i nazwy, które bardzo łatwo można by przetłumaczyć.
        np. strasznie irytuje mnie „fashion week” zamiast „tydzień mody” i o mało nie padłam, gdy przeczytałam o „fali bullying” w szkołach, zamiast „fali przemocy”.

        We Francji czy Niemczech bardzo dba się o tego typu sprawy.
        W Polsce niestety angielskie nazwy są bardziej nośne marketingowo.

        A co do Twojego pytania, sama używam określenia „slow life” bo nie potrafię go nazwać jakoś nośnej. Ale „International living” to po prostu „świadome życie”. Intencjonalność w myśl filozofii Edmunda Husserla odnosi się do świadomości i oznacza, iż zawsze jest ona świadomością czegoś. Świadomość jest jednocześnie ujmowaniem przedmiotu, myśleniem
        o nim oraz nadawaniem mu sensu. W tym wypadku nadawaniu sensu życiu. Dlatego uważam, że określenie „świadome życie” wyczerpuje sprawę. Nie potrzeba tutaj angielskiego słowa, bo oznacza ono dokładnie to samo co w polskie, a nie syntetyzuje ileś myśli w jednym zwrocie jak np. „coach”.
        Gdy w Polsce mówimy „trener” musimy sprecyzować czego jest to trener. Ale gdy mówimy „coach” od razu wiemy, ze chodzi o trenera osobowości.

        • Mira Jurecka

          Hah no widzisz, dla Ciebie „świadome” wyczerpuje znaczenie a dla mnie jest jakies takie nieadekwatne, no bo kojarzy mi sie z zagrozeniami. Zycie w swiadomosci ze cos sie za rogiem czai 🙂 Intencjonalne tez jakos tak nie do konca. Jakos mi to nie pasuje ale to oczywiscie zwykle odczucie. Dzieki za dluga odpowiedz ;))

          • „Intentional” po angielsku znaczy dokładnie to samo, co w Polsce „intencjonalny” i jego definicja jest taka sama. Jego synonimami są świadomy/celowy/rozmyślny, dlatego nie rozumiem dlaczego „świadome życie” miałoby nie być dobrym tłumaczeniem. Przecież mówi się dość powszechnie w różnego rodzaju artykułach, że należy „żyć świadomie”, „podejmować świadome decyzje”. Raczej nigdy nie spotkałam się by słówko „świadomy” kojarzone było powszechnie z zagrożeniami.
            O ile słówko „trener” w Polsce nasuwa większości ludzi skojarzenie z trenerem sportowym, dlatego mając na myśli trenerów osobowościowych używamy krótszego i wyczerpującego sprawę słówka „coach” o tyle tutaj nie widzę logicznego uzasadnienia.
            Tak samo „slow life” przetłumaczone na „powolne życie” czy „spokojne życie” nie oddaje idei „slow”.

  • Też staram się ograniczać produkcję śmieci. Z plastikowych toreb zrezygnowałam już dawno, na zakupy chodzę tylko ze swoją torbą. Nie kupuję wody w plastikowych butelkach, piję wodę z kranu i zabieram ze sobą wszędzie bidon. Do tego używam kubeczek menstruacyjny, przygotowuję się też do kupna wielorazowych wkładek higienicznych i myjki do twarzy, dzięki której nie będę musiała używać płatków do twarzy. Niby trochę tego jest, a i tak mam wrażenie że to wciąż za mało…
    Mam nadzieję, że pewnego dnia wprowadzą w Polsce kaucje na plastikowe butelki/puszki/szkło. Oby jeszcze za naszego życia…

    Super pomysł z tym cyklem, będę czytać wszystkie posty! 🙂

    • Kubeczek menstruacyjny przykuł moją uwagę najbardziej, bo jest to dla mnie przełamanie pewnego tabu. Zastanawiam się, czy by też z nim nie spróbować. Polecasz?

      • nat

        Ja używam w tej chwili drugiego (pierwszy udało mi się uszkodzić niechcący, chociaż to wcale nie łatwe) i gorąco polecam. Wymaga trochę wyczucia przy wyborze modelu (bo różnią się one rozmiarami), potem nieco wprawy i przyzwyczajenia na początku noszenia, ale dla mnie to dużo wygodniejsze rozwiązanie niż tampony. Zwłaszcza, że kubeczek można założyć już przed miesiączką (nie wysusza pochwy), co jest bardzo przydatne przy nieregularnych cyklach. Naprawdę trzeba się postarać, żeby przeciekł, jedyną niewygodą może być opróżnianie go „na mieście”, ale na to też można wypracować patenty 🙂

        • Już kiedyś o nich czytałam i cały czas się zastanawiam, czy to wygodne, zdrowe i eko. A polecasz jakąś konkretną markę?

          • nat

            Miałam kiedyś mooncup, ale… udało mi się go spalić -.- Wiem, wstyd. Nalałam za mało wody do garnka, w którym go wygotowywałam i wyszłam z kuchni w zamierzeniu „na chwilę”.
            W tej chwili mam kubeczek Natu. Przede wszystkim przekonały mnie proporcje wymiarów – jest nieco krótszy od Mooncupa, który wydawał mi się nieco za długi. To, co mnie ostatecznie przekonało, to zamknięta łodyżka – mooncup miał otwartą, którą trudno było wyczyścić. Poza tym nie będę ukrywać – rozczuliła mnie nazwa 😉
            Natu kupowałam przez stronę Magiczny kubeczek, wybrałam go po przejrzeniu ich poradnika: http://magicznykubeczek.pl/strona/kubeczek-menstruacyjny-jaki-wybrac Mają dosyć duży wybór i nawet jeśli nie ma tego, co Cię interesuje, w danym momencie, to można się zapisać na powiadomienie, kiedy będzie już dostępne. Nie chcę, żeby brzmiało to jak reklama tego konkretnego sklepu, po prostu zrobiłam u nich zakupy i byłam zadowolona 🙂 Bardzo mi pomogło, że na ich stronach znalazłam zdjęcia porównawcze analizowanych kubeczków z poprzednio posiadanym modelem.

            Dla mnie kubeczek to wygoda, głównie z tego względu, że moje miesiączki są bardzo zróżnicowane. Często się spóźniają – kiedyś oznaczało to, że musiałam się męczyć cały dzień albo i tydzień z podpaską, która potrafiła mnie odparzać. Nienawidzę podpasek, czasem mam wrażenie, że jeszcze bardziej męczą mnie psychicznie niż fizycznie (lubią się odkleić, przesunąć, przeciekać, więc się dodatkowo stresuję…). Kubeczek mogę swobodnie założyć przed miesiączką. Owszem, przyznam – to nie jest tak, że zupełnie go nie czuć, bo czuć. Ale jest to znacznie przyjemniejsze uczucie, niż dzień z podpaską albo wysuszanie pochwy zbędnym tamponem. Nie siedzę w nim w domu, ale podczas wyjazdów, kiedy wiem, że w każdej chwili mogę spodziewać się miesiączki to bardzo komfortowe rozwiązanie.
            Kolejną zaletą jest to, że kubeczek ma stałą pojemność. Za czasów korzystania z Mooncupa krwawiłam bardziej intensywnie i zdarzało im się czasem przepełnić kubeczek, ale z Natu na szczęście na razie jeszcze mi się to nie zdarzyło i nie wygląda, jakby miało. Nie muszę obawiać się, że założyłam za mały tampon i nie zdążę do łazienki, albo wybrałam taki, którego chłonność jest za duża do dnia cyklu i mnie podrażni. Nawet jeśli wyjmiesz kubeczek „za wcześnie” (tzn. nie będzie w nim prawie płynu), to nie wywoła to dodatkowych podrażnień.

            Oczywiście to, co wygodne dla mnie, nie musi być wygodne dla Ciebie, ale u mnie kubeczek sprawdza się stosunkowo najlepiej 🙂
            Co do zdrowia – ostatnio na blogach czytałam pojawiające się wątpliwości co do składu podpasek i tamponów. Takiej bieli nie uzyskuje się bez wybielaczy.
            Na opakowaniu o.b., które poniewiera mi się jeszcze w szufladzie jest informacja, że pudełko, w które są zapakowane jest wykonane z surowców z recyklingu, ale nie ma żadnej informacji z czego wykonana została otoczka SilkTouch na tamponie. Raczej nie z jedwabiu, chociaż takie skojarzenia może budzić nazwa.

            Co do eko – to do w sprawie kwestii ekologicznych się nie wypowiem, do do eko-nomicznych, to przeliczyłam swoje wydatki i stwierdziłam, że kubeczek to zdecydowanie opłacalne rozwiązanie.

      • U mnie kubeczek sprawdza się idealnie, chociaż trochę czasu mi zajęło zanim się z nim zaprzyjaźniłam… Kupiłam Mooncup chyba z 3 lata temu, kiedy tylko jeden sklep internetowy je oferował. Teraz kubeczków jest całe mnóstwo, można przebierać w producentach i kolorach.
        Dla mnie kubeczek to przede wszystkim niesamowita wygoda, zakładam rano i do powrotu do domu nie muszę w ogóle o nim myśleć. W moim przypadku nie ma możliwości żeby kubeczek zapełnił się więcej niż połowie, więc nie muszę się przejmować opróżnianiem go w publicznych toaletach. Początki z kubeczkiem mogą być trudne, warto zaopatrzyć się w lubrykant i trochę poćwiczyć. Jak raz spróbujesz to nie wrócisz do tamponów/podpasek. No i jeden kubeczek to przynajmniej kilka lat bez kupowania tamponów i produkowania śmieci!
        Na youtube są też fajne filmiki o kubeczkach, np. u Nissiax83 albo Pink Candy (nazwy brzmią trochę gimnazjalnie, ale filmiki są warte uwagi 🙂 )

  • Ja nie mogę wyjść z zadziwienia, że jeszcze 15-20 lat temu normą było chodzenie na zakupy z własnymi torbami, siatami, papierami, a odkąd pojawiły się darmowe plastikowe torebunie w sklepach, rzuciliśmy się na to jak wygłodniałe szczenięta. I co potem z nimi robimy? Wiadomo do kosza. Obserwuję ludzi, któzy w marketach nawet 1 cytrynę, 1 banana pakują do torebuni plast. Od jakiegoś czasu na zakupy biorę swoje torebki, zawiązuje je tak, aby nie rwać i korzystam wiele razy. Co do butelek po wodzie, to jest koszmar, idzie tego masa, dlatego decydujemy się na filtr i w następnym msc realizujemy inwestycję 😀

  • Marta

    Witam 🙂 Bardzo ciekawa wymiana – fajnie jest spotkać podobnie myślących ludzi 😉
    Po kolei:
    JEDZENIE:
    Praktycznie nie wyrzucamy. Chleb idzie na grzanki, bułki – na kotlety. Resztę po prostu zjadamy – nierzadko gotuję wspomniane dania –> jednogarnkowe „ciapy” (mąż uwielbia to słowo 🙂 ) lub zupy kremy z wszystkiego. Kupujemy tyle, ile zjemy. Naprawdę, naprawdę się da! (ja praktykuję to od zawsze – w domu była zasada o niewyrzucaniu jedzenia ze względu na szacunek do niedawnych czasów, gdy tego jedzenia brakowało).
    PLASTIK:
    W przypadku zapomnienia o zabraniu torby szmacianej – można spróbować pakować w kartony (zabrać jeden z regału, np. w Lidlu). Jeśli już wezmę reklamówkę – idzie na worek do śmieci (nie kupujemy specjalnych worków). Poza tym mam zasadę – każdej folii używam min. 2x. I tak – tę od papieru toaletowego – jako worek na PET. Tę od makaronu czy kaszy – jako opakowanie do kanapek czy przykrycie talerzyka w lodówce.
    PAPIER:
    Torebki, w których pakują drożdżówę w cukierni – do ponownego użycia (np. na kanapki). Poza tym – po prostu wszystko na makulaturę. To chyba najmniejszy problem, co? Kartki zapisuję dwustronnie (rachunek za prąd? – na odwrocie można robić notatki!).
    CIUCHY:
    Lumpeks i do przodu 🙂 Nieużywane – do pojemnika PCK.
    KOSMETYKI:
    Chyba najtrudniejsza kategoria… Staram się minimalizować – to raz. W miarę możliwości – różne opakowania itd. powtórnie używać. Dla Julci, która przyjdzie na świat na miesiąc 🙂 –> pieluchy wielorazowe.

    Pozdro. Marta.

    • Marta, fajne podejście. A co robisz z częściami warzyw, które są niejako ‚obok’ zjadliwego rdzenia? Np. nać marchwi, selera, skórki od ziemniaków – wyrzucasz czy coś z nich tworzysz?
      Kosmetyki, no własnie, tu sporo opakowań i niestety w większości plastikowe. Ja staram się wybierać szklane w miarę możliwości, a ostatnio czuję się zdeterminowana do robienia własnych.
      Powodzenia z pieluchami wielorazowymi! Daj koniecznie znać, jak pójdzie.

      • Marta

        Ogonki warzywne 🙂 póki co – niestety lądowały w koszu ogólnym. Ale przeczytałam tu o opcji zrobienia kompostownika na balkonie ! 🙂 Na razie nie mamy jeszcze balkonu, ale ma się to zmienić w przyszłym roku 🙂 więc jestem pozytywnie nakręcona.

        Znam osobiście osoby, które stosowały te pieluszki, właśnie z powodów ekologicznych (są też przecież ich inne plusy – są tańsze, zdrowsze dla dzieciątka i wiążą się statystycznie z szybszym odpieluchowaniem) – relacjonowały, że nie jest źle 😉 Mamy ciepłe mieszkanie, w którym rzeczy szybko schną, więc to też dobry prognostyk 🙂

        My z mężem zdecydowaliśmy się na wersję dla leniuchów – co oznacza jednorazówkę na noc i wakacje… mierzę moje siły (pierwsze dziecko) na zamiary i czuję, że to jest dla mnie opcja. Ale są hardcory, którzy jadą cały czas na wielopieluchach 🙂

      • Mira Jurecka

        O a robilas moze wlasna paste do zebow albo tonik do twarzy i krem do twarzy? Ja na razie zrobilm dezodorant ale nie nadaje sie na lato ze wzgledu na jsne sldy ktore zostawia no i czaje sie zeby paste do zebow robic. Podobno jest tez jakas super kuracja na wlosy zamiast szamponu 😉

        • Zrobilam pastę do zębów – przepis zamieszczałam nawet ostatnio na Instagramie, myśle, że jeszcze o niej napiszę. Zrobiłam tez odżywkę do włosów i krem. Zamiast szamponu proponuje się wiele kuracji, ale wszystko zależy od rodzaju włosów. Moje są suche po farbowaniu i cieżko jest dla nich coś sensownego dobrać, co by ich nie wysuszylo, ale tez bardzo chłoną olej, wiec za tłusto tez byc nie może. Włosy to wyzwanie!

  • Mira Jurecka

    Ojenyyy za duzo tych smieci u nas! Pampki maja swoj osobny kubel, osobny plstikowy worek i wychodza kilka razy w tygodniu, do tego dochodzi sterta mokrych chusteczek. Z tym kompletnie nie wiem co zrobic aby sie poprawic! Plastikowe butelki, kilka razy w tygodniu wyrzucamy, bo woda u nas schodzi jak powietrze. No i jedzenie! To najgorsza część!

    • Mira, wydaje się, że dzieci to wielkie generatory śmieci, a kończy się to wraz z rezygnacją z pieluch. Osobiście nie próbowałam za bardzo tych wielorazowych, ale wprowadziłam limitowane użycie chusteczek jednorazowych. Woda – pijemy z kranu albo z filtra, już nie kupujemy butelkowanej, chyba że na wyjeździe nas przypili. Co do jedzenia – masz rację, to osobny, duży temat. Ech…

  • U nas morze plastiku…prawie wszystko co nabywamy jest w niego zapakowane…Twój post skłania do myślenia – dziękuję Ci!

    • Morze plastiku – dobre określenie. Nasz kraj jest nad takim morzem. Warto o tym myślec i mowić, i chyba powoli oduczać się od brania plastiku przy każdej okazji… Dziękuje, ze jesteś i napisałaś ❤️

      • Trzymam kciuki i będę śledzić ten cykl! Postawiłas sobie wysoko poprzeczkę, ale jestem bardzo ciekawa jak Ci pójdzie, bo łatwo na pewno nie będzie! 🙂 mnie taka zmiana tak na prawdę całego stylu życia i stylu kupowania dużo by kosztowała, ale kto wie – może czas najwyższy się tego podjąć 🙂

  • Marzena Potocka

    Od niedawna śledzę bloga, dzisiejszy wpis przykuł moją uwagę mocno:) Mieszkam w mieście, ale pochodzę z pobliskiej wsi gdzie dalej mieszkają moi rodzice, zasada zerowaste była obecna u mnie od zawsze. Większość jedzenia uprawiamy sami – na działce mamy wszystkie warzywa,zioła, owoce, sama ‚produkuję’ przetwory, kieszonki,dużo rzeczy mrożę, moja spiżarnia pęka w szwach;) mąkę mam z własnego zboża, jaja od kur, świnie i kury sami hodujemy, mamy plantację malin i porzeczki czarnej, od tego roku zajmuję się pszczelarstwem, głównie w celu poprawienia plonowania roślin kwitnących,ale słodkim efektem ubocznym będzie miodek:) na zakupy chodzę z własną eko torbą, gdy jej zapomnę w dużym markecie,to pakuję do pudełka lub luzem do wózka, a z auta już rozładowuję, nie wyrzucam jedzenia – wszystkie resztki zjadają zwierzęta na wsi 🙂 obierki z warzyw rodzice gotują dla kur, kaczek i świni, kiedy zdarza mi się kupić wczesną wiosną warzywa na targu, to zielone części oddaje znajomej, która ma gryzonie w domu:) nabiał kupuję u sąsiadów na wsi, opakowania ograniczam do minimum;) kaszę gryczaną kupuję raz w roku od znajomego rolnika w ilości 10 kg, makarony robię sama( mąka + jajka, robię większą ilość i suszę, przechowuję w worku lnianym, i wyjmuję tylko potrzebną ilość) , jeżeli już używam foliówki,to wykorzystuję ją aż się podrze;) mój domowy kosz na suche śmieci,to papierowa duuża torba, puszki aluminiowe zbieram i raz na jakiś czas na skup;) makulatura też, choć naprawdę mało jej zużywamy. Mam 1,5 r dziecko przed porodem chciałam używać pieluch wielorazowych,ale nie dałam rady,bo pralkę niestety mam 2 piętra niżej;) ale nie używamy prawie ( wyjazdy) w ogóle mokrych chusteczek, dziecko ląduje pod kranem z bieżącą wodą 🙂 poza tym pracujemy z mężem zawodowo 🙂 jestem pełna podziwu Waszych rozwiązań (przeczytałam wszystkie komentarze) i będę starała razem z Wami wcielać ideę zerowaste w życie dalej:)

  • Ula

    Bardzo dobry wpis i naprawdę bardzo się cieszę, że dane mi było tu być i go przeczytać :))
    Mnie osobiście najbardziej martwi to, że mam najwięcej plastikowych opakowań. Od roku mieszkam na wsi. Tu śmieciarka przyjeżdża tylko 1 raz w miesiącu. Jeden wóz zabiera śmieci mieszane, a drugi segregowane, czyli plastyk, szkło, metal, tkaniny, itp. Wydaje mi się, że to bardzo rzadko. Znam wioski, gdzie śmieci są odbierane 1 raz na dwa tygodnie – to już lepiej ! Na to akurat nie mogę nic poradzić, ale mogę ograniczyć ilość odpadów. To, co już zrobiłam to zrobiłam kompostownik, na który wyrzucamy odpadki, obierki itp. Wszystkie inne odpady segregujemy, bo tak trzeba i w dodatku na wsi – to jest dopiero segregacja ! Gdy mieszkałam w mieście – to było różnie, choć też segregowaliśmy śmieci, ale czasem plastikowy kubeczek wleciał do pojemnika na mieszane odpady… a tu nie ma mowy! Człowiek sam jest zobowiązany, by dopilnować własnych śmieci. W związku z tym , że śmieci są odbierane tak rzadko, wszystkie butelki zgniatamy i zdejmujemy korki. Mimo, że pijemy wodę z dzbanka z filtrem, to i tak kupujemy dużo wód smakowych i soków, zwłaszcza latem. Muszę koniecznie to zmienić. Pozdrawiam :))

    • Bardzo mi miło, że tutaj trafiłaś 🙂 Mam nadzieję, że razem będziemy iść przez tę wymagającą chyba drogę.

  • Kasia

    Niedawno trafiła w moje ręce książka „Inteligencja ekologiczna” Daniela Golemana. Jestem w trakcie lektury i robię coraz większe oczy na jego wnioski. Np torebka plastikowa czy papierowa? Zgodnie z cyklem życia produktu – żadna. A materiałowa faktycznie jest ekologiczna? Otóż nie…

    • To ciekawe, kojarzę jego „Inteligencję emocjonalną” i społeczną, ale nie wiedziałam, że jest też specjalistą od ekologii. Jakie są jego argumenty na „nie” dla torebek papierowych i bawełnianych?

      • Znajdź na yt dokumenty o tym jak zbierana jest bawełna, o materiałach i modzie (tam też poruszają ten temat) to już będziesz wiedzieć. Przerażająca sprawa.

        • Kaś, jeśli chcesz poczytać o bawełnie, to u mnie w zakładce „o blogu” znajdziesz link do reportażu, który kiedyś popełniłam – właśnie o produkcji ubrań z bawełny. Torby bawełniane też pod to podpadają, ale z punktu widzenia produkcji odpadów, to wielorazowe bawełniane torby są lepszym rozwiązaniem. A co się tyczy ekologii, to polecam upcykling 🙂 Torby na zakupy ze starych ubrań – to chyba najlepsze co ludzkość wymyśliła 😀

          • Dzięki, na pewno zajrzę! Osobiście mam już sporo toreb bawełnianych, które dostaję za darmo zazwyczaj przy zakupie czegoś „lepszego sortu”. Taka forma promocji niektórych marek. Na foliówkę bym była wkurzona, ale bawełnianą chętnie przyjmę.

  • Fajnie że coraz więcej osób podąża drogą zero waste. Ja swoją przygodę i diagnozę zrobiłam już ponad rok temu 🙂 O czym też piszę na blogu od półtora roku 🙂 A małe kroczki to najlepszy sposób na opanowanie wielu umiejętności, tych związanych z zero waste również! Pozdrawiam 🙂

  • Przestałam kupować wodę w plastikowych butelkach, której jakość pozostawia wiele do życzenia. Pijemy wodę z kranu przefiltrowaną 🙂 ilość plastiku zmalała znacząco!!! Mleka w ogóle nie pijemy ani niczego z kartonu. Warzywa i owoce zawsze kupuje te luzem, a nie pakowane w plastik. Na zakupy idę ze swoją torbą. Nie kupuje gazet ani czasopism. Nie kupuje chemii domowej !!! Robię ja sama. To już robi ogromną różnice 🙂

    • Brawo, Aniu! A czy są w ogóle jakieś odpady, które sprawiają Ci problem?

      • Moje dzieciaki bardzo dużo tworzą. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, ale z drugiej odpadów jest sporo. Nie wiem, jak temu zaradzić, bo nie chcę ograniczać twórczości dzieci. Uczę je oszczednego wykorzystywania papieru, ale tego i tak jest dużo 🙂

  • Pingback: Share week 2017 - czyli kogo czyta Oszczędnicka? - Oszczednicka.pl - Zarządzanie finansami domowymi w praktyce()

  • Być może kiedyś przestanę generować tyle śmieci, ale póki co skupiam sięchociaż na tym minimum, żeby nie zapominać o torbie na zakupy. W tym szalonym tempie życia, mimo posiadania kilku toreb, jakoś dziwnie zapominam o spakowaniu ich znów do torebki i leżakują w kuchni. Ale staram się i wierzę, że małymi kroczkami uda mi się ograniczyć generowanie śmieci…

    • Ja też na początku walczyłam z foliówkami. Każda zapomniana torba z domu to były wyrzuty sumienie i plucie sobie w brodę, dlaczego nie pamiętałam. Teraz mam ich tyle i zazwyczaj upakowane w kilku plecakach, torbach, w bagażniku, czyli tam, gdzie mogłabym ich szukać trafiwszy do sklepu. Odpowiednia logistyka zakupów jest może wymagająca, ale z czasem popłaca 😉 Trzymam kciuki!