Uncategorized

Kosmetyczka (prawie) zero waste, czyli co biorę w podróż

Kosmetyki zero waste w podróży

Rozjazdowa wiosna i lato, a nawet zima to u mnie w tym roku standard. Nie lubię dźwigać ze sobą ciężkiej torby z milionem butelek i buteleczek z żelową zawartością. Wolę też nie mieć problemów na bramkach przy przeprawie na lotnisku, gdy ktoś nagle zobaczy, ile kosmetyków ze sobą wiozę. Przerabiałam to i zawsze kończyło się wyrzuceniem któregoś z nich, bo „za duży” albo „źle zafoliowany”. Dość! Dziś jeżdżę z mniejszą, bardziej ekologiczną kosmetyczką, wpisującą się w nurt zero waste.

Kremy i pielęgnacja twarzy

Jakiś czas temu próbowałam postu kremowego. Oznacza to, że przestałam czymkolwiek się smarować, żeby sprawdzić, czy moja skóra sama sobie poradzi z wytwarzaniem odpowiedniej ilości sebum. Po trzech dniach musiałam zrezygnować – było mi na twarzy za sucho i niekomfortowo, z poza tym zaczęła się pora słoneczna, a bez kremu na twarzy robiły mi się zaczerwienienia.

Dziś używam jednego i tego samego kremu na dzień i na noc, czasem robiąc bezkremowe noce, żeby skóra odpoczęła. W podróż zabieram ze sobą w miarę uniwersalny krem, po którym moja skóra czuje się dobrze. Mój krem musi być w szklanym słoiczku, najlepiej ciemniejszym, żeby zawartość była chroniona przed słońcem, choć nie jest to konieczny warunek, by krem był dobry.

W ostatnią podróż wzięłam ze sobą krem, który dostałam do testów od marki Botanic Skinfood (dostępnej wyłącznie w Drogerii Natura). Do oczyszczania twarzy miałam peeling z tej samej serii. Są to kosmetyki w 99 procentach z naturalnych składników, tylko roślinnych, przyjazne dla wegan i niedrogie – słoiczek kremu to cena lekko ponad 20 zł.

Zawartość jest mocno napakowana wyciągami z superfoods, takich jak algi chlorella, nasiona konopii, herbata matcha czy eukaliptus. Zazwyczaj nieufnie podchodzę do kosmetycznych marek, które można dostać w sieciowej drogerii, ale ta seria się u mnie sprawdza. Cera jest gładka, fajnie oczyszczona peelingiem i nawilżona kremem. Można śmiało brać, choć widzę, że seria cieszy się dużą popularnością i z dostępnością kosmetyków może być różnie.

Mycie zębów

Z myciem zębów miałam różne historie: używałam pasty na bazie oleju kokosowego, proszku do mycia (przepisy znajdziecie w tym wpisie), myłam też samym olejem, ale zawsze wracałam do tego samego zagadnienia: jak sprawić, żeby moja rodzina również tego używała?

Niestety, za dzieci i mąż sceptycznie podchodzili do domowych środków, a w łazience zawsze stało to MOJE i to ICH, czyli pasta w tubce.

Ostatnio trafiłam na pastę w tubce metalowej marki Tołpa. Jest ona z serii dla wrażliwych dziąseł, także w sam raz wpisuje się z moje potrzeby. Myje skutecznie, jest smaczna, zatem i ja, i mój mąż możemy używać jej razem. A metalowa tubka jest w porządku jeśli chodzi o recykling, bo metal odzyskuje się na poziomie 99 procent. Ostrzegam tylko przed zamawianiem w sklepie Tołpy on-line – do kartonu ładują mnóstwo folii. Lepiej poszukajcie tej pasty stacjonarnie.

Zęby myjemy bambusowymi szczoteczkami, te są akurat z Hydrophil. Cenię je za to, że włosie jest odpowiedniej twardości, a opakowanie to tylko szary kartonik i papierek w środku – zero plastiku.

Zawsze biorę ze sobą też nić dentystyczną. Mam taką w szklanym opakowaniu marki Original Unverpackt z niemieckiego sklepu zero waste, ale wiem, że są też odpowiedniki dostępne w Polsce, marki Georganics. Skład tej drugiej jest nawet lepszy, bo ma tylko naturalne włókna i woski, a Original Unverpackt miesza włókno bambusowe z poliestrem.

Mycie włosów

Od ponad roku używam szamponów w kostce i – zupełnie serio – nie wiem, czemu komercyjne marki kosmetyczne jeszcze nie wpadły na to, żeby swoje fikuśne żele zamienić na stałą formę. To takie wygodne! A w podróży podwójnie. Kostka szamponu zajmuje bardzo mało miejsca w kosmetyczce, jest lekka i nie trzeba jej owijać w dodatkowe worki strunowe czy przelewać do mniejszych butelek przy kontroli na lotnisku, bo… jest w formie stałej. Do takich kosmetyków nikt na bramkach się nie przyczepi.

Głowę myje się nią jak mydłem – pocieramy mokre włosy kostką, w trakcie czego tworzy się piana (jak przy standardowym szamponie), rozcieramy ją po całej głowie, a potem spłukujemy wodą. Używając kostki nie potrzebuję już odżywki. Włosy są lśniące i łatwo się rozczesują.

Na ostatni wyjazd zabrałam ze sobą szampon w kostce marki 4 Szpaki. Na ich stronie kosztuje on 32 zł. Mi standardowo taka kostka starcza na miesiąc, zakładając, że myje się nią cała czteroosobowa rodzina.

Jeśli chcecie wypróbować inne szampony, Ryfka zrobiła ostatnio całkiem rzetelne zestawienie 7 kostek do włosów.

Mycie ciała

Już dawno wszelkie żele zastąpiłam mydłem w kostce. Miałam fazę robienia własnych mydeł, lecz ostatnio mam na to zajęcie za mało czasu. Używam mydeł gotowych, z naturalnym składem, nie pakowanych w nic lub tylko owiniętych w kawałek papieru.

Na wyjazd wzięłam mydło znów od 4 Szpaków, o nazwie Wyrwidąb. Jest ono dwuwarstwowe: czarna część ma dodatek węgla, a zielonkawa – oleju laurowego.

kosmetyczka zero waste w podróży
Mój kosmetyczny niezbędnik prawie zero waste w podróży

Makijaż

Podkładów jako takich nie stosuję, ale zdarza mi się wyrównywać koloryt twarzy kremem FF marki Fridge by Yde. Jest to krem z bardzo naturalnym składem i bez konserwantów, dlatego powinno się go przechowywać w lodówce.

Do makijażu oczu używam kredki Lily Lolo, eyelinera Couleur Caramel (super się sprawdza) i tuszu do rzęs tej samej marki. Wszystkie te kosmetyki mają naturalne składy i są odpowiednie dla wegan.

Jako że ostatnia podróż wiązała się z imprezą typu wesele, miałam też ze sobą róż od Pixie (niestety plastikowe opakowanie) i pędzel do różu z Lily Lolo.

Dezodorant w kremie

Już dwa miesiące (jeśli nie dłużej) używam dezodorantu w kremie od 4 Szpaków, a końca nie widać! Jest super wydajny, ma naturalny skład na bazie ziemi okrzemkowej, glinki białej, naturalnych olejów i sody. Co ważne w podróży: jest skuteczny i nie zmienia stanu skupienia, czyli nie rozpływa się w wyższej temperaturze (staje się tylko lekko bardziej miękki).

Mam też patent na swój domowy dezodorant w kremie, który znajdziecie w najnowszym wydaniu mojej książki.

A mój mąż? Standardowo używa dezodorantu w kulce marki Nivea. Sprawdza mu się i nie chce zmieniać na kremy, więc nie będę ingerować. Opakowanie jest szklane, więc też dobre w recyklingu.

Coś jeszcze?

Z dodatkowych rzeczy wzięliśmy też:

  • krem do rąk, tym razem akurat Nivea, w puszce, nic nie poradzę na to, że na moich rękach czyni cuda
  • golarki – mój mąż ma z wymiennymi ostrzami, ja wzięłam zwykłą „jednorazówkę” plastikową, bo w podróży lekko obawiam się golenia taką na żyletki – czasem robię to w pośpiechu, w niedoświetlonej łazience, a już kilka razy taką żyletką zdołałam się zaciąć; dodam, że jednorazówki używam wielorazowo, starcza na kilka miesięcy
  • patyczki do uszu – wybieram te bambusowe, choć korci mnie, by wypróbować oriculi (ktoś używa i poleca?)
  • rękawica Glov i wielorazowy płatek do demakijażu – nie znalazły się na zdjęciu, ale biorę je zawsze
  • perfumy – ostatnio przepadam za Chanel Chance
  • wielorazowa chusteczka do nosa
  • drewniany grzebień
  • lakier do poprawienia paznokci – Inglot, mam go już dość długo, ale nadal działa
  • sztyft do ust ShyDeer – bardzo fajnie nawilża i nabłyszcza wargi.

To chyba tyle!

Gdy porównuję moją kosmetyczkę do tej jeszcze sprzed 4-5 lat, zauważam przede wszystkim zmianę w opakowaniach. Teraz króluje u mnie szkło, metal lub brak opakowania w ogóle, bo produkt tego nie wymaga. Poza tym stawiam na polskie marki lub takie z super składami i sprawiedliwą produkcją. Oprócz marki Nivea i Chanel, na tej liście każdy kosmetyk może się poszczycić dobrymi parametrami.

Czy czegoś mi tu brakuje? Tak! Zapomniałam wziąć ze sobą kremu do opalania i moja skóra lekko ucierpiała. Kolejnym razem wpiszę go na swoją listę, by nie spiec się na buraka. A mam całkiem fajny roll-on olejowy od Jan Barba. Będzie na następny wyjazd.

Jaki kosmetyczny niezbędnik zabierasz ze sobą w podróż?

Previous Post Next Post