Styl życia

Wolna niedziela

Cześć, jak się masz w tę piękną lipcową sobotę? Piszę do Ciebie wbrew swojej woli, bo obiecałam sobie, że coraz więcej weekendów będę spędzała offline. Siedziałam na wygodnej kanapie z książką w ręku wsłuchując się w świerszcze grające w ogrodzie, aż zaczęła mnie męczyć myśl, co słychać w sieci pod moją nieobecność.

Gonię

Łapię się na tym, że chcę gonić za wszystkim, co online, udzielać się w mediach społecznościowych, na maile odpowiadać natychmiast po ich otrzymaniu, podobnie z komentarzami do bloga. Sprawia to, że nie mam chwili na dokończenie lektury, o której w końcu chcę napisać! Dwoję się i troję bawiąc z dziećmi, jednocześnie rozmawiając z mężem, podczas gdy jednym okiem łypię na smartfona, by przeklikać wszystkie nowe notyfikacje. Męczy mnie takie rozdwojenie jaźni pomiędzy światem wirtualnym i realnym. Postanowiłam więc blogowi i internetowi poświęcić określony czas w tygodniu, stonować moje bycie online po to, by więcej przeżywać w świecie rzeczywistymi.

Jeden dzień offline

Do jednego dnia offline wzywałam Was już jakiś czas temu na moim blogu. Pojawiały się komentarze, że jest to dla Was zbyt trudne, ponieważ internet jest dla wielu jedynym kontaktem ze znajomymi lub rodziną, która jest daleko. Ponieważ prowadzicie własny biznes w sieci, a dzień bez dbania o klientów działa na Waszą niekorzyść. Powodów może być mnóstwo, każdy ma swój własny. Ja jednak jestem zdania, że dzień lub cały weekend offline może być oczyszczającym wydarzeniem w Waszym życiu, a z czasem nawet zdrowym rytuałem.

Metafora?

Tydzień temu oglądaliśmy rodzinnie film animowany „Wall-e”. Pewnie większość z Was go widziała jak tylko ukazał się pierwszy raz w kinach. Ja dopiero teraz nadrobiłam zaległości i poznałam sympatycznego robota i jego miłość, Evę. Na opustoszałej ziemi Wall-e zajmował się porządkowaniem ton śmieci pozostawionymi wieki temu przez ludzi, którzy ostatecznie opuścili planetę, by dryfować w przestworzach na gigantycznym statku kosmicznym wyposażonym niczym karaibski wycieczkowiec. Moją uwagę przykuła scena, w której otyła – jak wszyscy inni zresztą – kobieta jedzie hipernowoczesną kolejką nie przestając rozmawiać z kimś przez hologramowy ekran. Nie zwraca uwagi na to, co się dzieje przed nią, na ludzi, którzy wokół niej siedzą, na to, gdzie się znajduje i co ją otacza. Ekran i to, co na nim się dzieje, wszelkie wiadomości i reklamy skupiają całą jej uwagę. Dopiero Wall-e, który wyłącza hologram, po to by przeprosić i przejść do Evy, wywołuje u kobiety szok i zdziwienie otaczającym ją światem. Dostrzega uczucie łączące dwa roboty,  dźwięki i obrazy dookoła, innych ludzi. Dotyk zaczyna w niej wzbudzać emocje, o których posiadaniu zapomniała żyjąc w kompletnie zdigitalizowanym świecie, pozbawionym jakiejkolwiek refleksji.

Wall-e to wielka metafora, ale i futurystyczna przepowiednia tego, co może się z nami stać, jeśli całe życie spędzimy na wpatrywaniu się w nasze ekrany. A otacza nas ich coraz większa ilość.

Wyłącz wtyczkę

Zachęcam więc Was, przeżyjmy coś naprawdę. Wyłączmy w niedzielę wtyczki i spędzajmy czas w ulubiony sposób, byle z dala od telefonu i komputera. W poniedziałek możecie się ze mną podzielić wrażeniami na temat tego, co przeżyliście. Może niedziela offline spodoba się Wam tak bardzo, że zechcecie uczynić z tego cotygodniowy zwyczaj.

Is it too much to ask for?


Podejmuję #WyzwanieMinimalistki z Simplicite.pl. A Ty?

Previous Post Next Post

Przeczytaj jeszcze

No Comments

Leave a Reply