Książki Ubrania

Szybka moda i jej ofiary – „Życie na miarę” Marek Rabij

98 kurtek i płaszczy, 255 kardiganów i swetrów, 400 koszulek, 272 sukienki i 194 pary spodni. Jest w czym wybierać! A to tylko modele ubrań dostępne w ramach jednej marki na obecny sezon. Nic tylko wsiąknąć na kilka dni w centrum handlowe i buszować po wieszakach jak mysz w spiżarni. Czy aby coś dla siebie znajdziesz? Czy szybka moda ma dla Ciebie ofertę? Marek Rabij, autor książki „Życie na miarę” pokazuje, jaka jest prawdziwa twarz szybkiej mody.

Szybka, szybsza, katastrofa

Tradycyjnie rozumiane sezony ustalone przez dyktatorów mody trwają od wiosny do lata i od jesieni do zimy. Zmieniają się jeden po drugim nie potrzebując przerwy. Co sezon wydana na świat zostaje nowa kolekcja ubrań szytych na miarę projektanta znanej marki. Następnie charakterystyczne elementy pojawiają się w kolekcjach odzieżowych sieciówek, po to by za kolejnych kilka miesięcy zagościły na każdym bazarku. Z tą tylko różnicą, że w ostatnich latach cykl życia odzieży dramatycznie się skrócił. Zamiast dwóch sezonów wielkie koncerny odzieżowe planują ich kilka do kilkunastu na rok. Co za tym idzie, uszycie kolekcji musi następować bardzo szybko, często ze szkodą dla jakości ubrań, nie wspominając o komforcie pracy w szwalniach. Ryzyko, że coś po drodze między projektem a wykonaniem nie wyjdzie jest dość wysokie, szczególnie, jeśli delegujemy wykonanie zamówienia do kraju oddalonego o kilka tysięcy kilometrów.

Jaka jest cena t-shirtu?

Co piąte ubranie na świecie pochodzi z Bangladeszu. 5,5 mln t-shirtów dziennie sprzedają sklepy na całym świecie. Oznacza to, że co 10 człowiek powinien codziennie kupić jedną sztukę, żeby wyczyścić magazyny. Szybko zmieniające się sezony w modzie tworzą presję na zakładach szwalniczych i ich pracownikach w Bangladeszu. Żeby wykonać zamówienie dla znanej marki odzieżowej, musi nastąpić szereg zdarzeń, które w efekcie złożą się na dostarczenie zamówienia do magazynów w Europie czy Stanach.

Po pierwsze, znane marki dbają o to, żeby mieć na miejscu swojego reprezentanta trzymającego rękę na pulsie jeśli chodzi o status wykonania zamówienia. Są to najczęściej pracownicy pośredników zwanych ‘buying houses’, czyli domów kupieckich, które zatrudniają osoby dbające o terminowość, kontrolę jakości, odpowiedni transport i rozliczenie się z wykonawcami. To dodatkowy koszt przy produkcji odzieży, ale pewność dla wielkich koncernów, że nic nie stanie na drodze przy wprowadzeniu nowej kolekcji na czas.

Drugim i najważniejszym ogniwem łańcucha produkcji są szwalnie. Często błędnie rozumiemy je jako parterowe zakłady z kilkudziesięcioma lub kilkuset pracownikami przy maszynach. Otóż bangladeskie szwalnie to budynki przypominające połączenie biurowców z fabrykami. Mają po kilka, często 6-7 pięter, a na każdym z nich pracuje ok. 200-500 osób. A potem jest jeszcze szereg podwykonawców, którym wielkie szwalnie zlecają wykańczanie całych partii ubrań. Wszywanie guzików, obrabianie dziurek czy sandblasting spodni to zadania dla klepiących biedę małych zakładów na prowincjach Bangladeszu.

Życie na miarę

Marek Rabij, autor książki „Życie na miarę”, zaobserwował ciekawą formę planowania wielkich zakładów odzieżowych. Na parterze są zawsze ulokowane magazyny na gotową odzież, którą łatwo można załadować i wysłać. Na wyższych piętrach umieszczone są szwalnie z często za ciężkimi maszynami i przeludnionymi halami. Przepisy bezpieczeństwa i przeciwpożarowe traktowane są jako czysta formalność, której niestety się nie przestrzega. Stąd największym zagrożeniem dla ubierających nas zakładów są zawalenia budynków i pożary.

Marek Rabij zycie na miare nozyce szycie ksiazka co czytac

„Życie na miarę” Marek Rabij

W budynku Rana Plaza, w którym szył polski koncern odzieżowy LPP (właściciel marek Reserved i Cropp) gdy wybuchł ogień – najprawdopodobniej z przyczyny przeciążenia sieci elektrycznej –  potrzebował kilku godzin, by strawić cały budynek wraz z jego pracownikami. Ewakuacja zawiodła, a pracownicy do ostatnich chwil trzymani byli w niepewności, co tak naprawdę się dzieje. Gdy było za późno, skakali z okien i w większości ginęli na miejscu przez zderzenie z ziemią. Dostawy odzieży z części na parterze można było wywieźć bezpiecznie.
 
Rana Plaza to tylko jeden przykład. Niestety jest ich więcej i stanowią mocno ukrywany wyrzut sumienia wielkich koncernów odzieżowych. Akcje CSR, które mają odwrócić uwagę od warunków pracy w szwalniach, są niczym różowy puder na pryszczatej twarzy. Chwilowo zdają egzamin, bo jaki konsument zada sobie trud, żeby pojechać do Bangladeszu i zajrzeć do szwalni, czy choćby  raport organizacji Clean Clothes?

Czym jest dobra cena

Pewna norweska organizacja pozarządowa wysłała do Kambodży autorki blogów modowych, by zobaczyły, w jakich warunkach szyte są noszone przez nich ubrania. Szafiarki zszokowane były problemami, z którymi pracownice borykają się na co dzień, bardzo przejęły się ich losem i koniecznie chciały go zmienić. Nie rozumiały, dlaczego szwaczki muszą pracować za głodowe pensje – czyli przysłowiowy 1 dolar dziennie – i bezpłatnie wykonywać nadgodziny, często nie mając czasu na załatwienie podstawowych potrzeb. Po pewnym czasie do głosu doszła kwestia zarobków odzieżowych koncernów – jak wielkie muszą być ich zyski, skoro produkcja jest aż tak tania. Kolejny logicznym wnioskiem było: jak tania mogłaby być odzież, gdyby ominąć wielkie koncerny.
Dla nas Rana Plaza mogłaby płonąć co tydzień, gdybyśmy mogli za ubrania płacić 10 razy mniej.
Czy pazerność gatunku ludzkiego nie zna granic? Czy teza, którą stawia Marek Rabij może być prawdziwa?

Kto jest ofiarą szybkiej mody?

W Bangladeszu nikt nie życzy własnym dzieciom pracy w szwalni. Stawki są głodowe, a ryzyko urazów przy starej maszynie, kalectwa przy sandblastingu wycieranych jeansów czy śmierci w trakcie pożaru zbyt wysokie. Awans społeczny, którym miało być porzucenie uprawy roli i przejście do fabryk, odbija się czkawką na całym wyzyskiwanym przez nas, bogaty Zachód, społeczeństwie. Przeciętnego pracownika fabryki nie stać jest na kupienie jednego wyprodukowanego przez siebie t-shirtu, co jest dobrze obrazującym ironię sytuacji paradoksem.
Spójrzmy jednak na siebie. Wysyłanie produkcji za ocean sprawiło, że rezygnujemy z własnych szwalni. Sami również tracimy umiejętność szycia i dbania o ubrania. Nie znamy się na materiałach, rzadko kiedy czytamy metki i rozumiemy, co jest na nich napisane. Do krawcowej czy szewca chodzimy tylko po drobne przeróbki. Zwiększamy płacę minimalną u nas, a przymykamy oko na tych, którzy kroją i szyją nasze ubrania w Azji.
Szybka moda to jest nasz problem, z którym powinniśmy nauczyć się radzić.
 
Bangladesz niebezpieczenstwo kto szyje ubrania szwalnie
Kampania Clean Clothes: Bangladeskie szwalnie w niebezpieczeństwie

Co możesz zrobić?

Świadomość to pierwszy krok do dobrej konsumpcji. Może nie potrzeba nam 400 koszulek na sezon, żeby wybrać tę jedną, odpowiednią. Może warto zbudować swoją szafę na ponadczasowych kolorach i krojach, tkaninach dobrej jakości zszytych w etycznie godnych warunkach, które przetrwają zmieniające się naście razy w roku sezony. Może warto pójść czasem do krawcowej i uszyć swój strój w całości, na wymiar. Może warto zwolnić i pomyśleć, czy potrzebujemy tego aż tyle. Oby nasze dzieci miały to szczęście i poznały kiedyś, jak wygląda igła i nitka i do czego może służyć.
 
Promujmy dobre wzorce, rozmawiajmy o świadomej modzie i mądrej konsumpcji. Dzielmy się własnym doświadczeniem, jeśli chodzi o ubrania dobrej jakości szyte sprawiedliwie. Wszyscy powinniśmy na tym skorzystać.
 
Post Scriptum
Dawno nie kupowałam już ubrań dla siebie. Odkąd prowadzę bloga, sporadycznie wymieniam garderobę na nową, w zasadzie tylko wtedy, kiedy coś się zniszczy. Po przeczytaniu „Życia na miarę”, ale również „Slow fashion” mam jednak dylemat, gdzie kupować, gdy zajdzie taka potrzeba. Jeśli znacie dobre marki, piszcie w komentarzach i polecajcie. Stwórzmy bazę dla innych, by wiedzieli, gdzie warto się ubierać.
Previous Post Next Post

Przeczytaj jeszcze