Ekologia

Narodowa debata o klimacie. Czego potrzebujemy, żeby Polska była odporna i bezpieczna?

Narodowa debata o klimacie

Wczoraj byłam w Sejmie na debacie klimatycznej. Wysłuchałam naukowców, przedstawicieli rządu i polityków, którzy rozmawiali o tym, jak przygotować Polskę na zmianę klimatu. Pojawiły się tematy lasów, wody, mokradeł, miast, energii i ochrony przyrody, ale też coś, co wydało mi się szczególnie ważne: pytanie o to, czym właściwie jest bezpieczeństwo państwa w świecie, w którym zmiany klimatu będą coraz mocniej wpływać na nasze życie.

Bo kiedy myślimy o bezpieczeństwie, zwykle mamy przed oczami wojsko, granice, broń czy infrastrukturę krytyczną. Tymczasem bezpieczeństwo to także dostęp do wody, możliwość ochrony przed powodzią i suszą, odporność miast na fale upałów czy ograniczenie ryzyka wielkich pożarów. A w każdym z tych obszarów ogromną rolę odgrywa przyroda.

I właśnie dlatego jednym z najważniejszych wniosków, jakie wyniosłam z tej debaty, jest przekonanie, że przyrodę powinniśmy zacząć traktować jako element infrastruktury bezpieczeństwa państwa.

Wszystko zaczyna się od wody

Jednym z tematów, do których podczas debaty wracano wielokrotnie, była woda. I nie chodzi tylko o to, żebyśmy mieli jej wystarczająco dużo. Równie ważne jest to, co dzieje się z wodą wtedy, kiedy spada na ziemię.

Przez lata nauczyliśmy się wodę jak najszybciej odprowadzać. Regulowaliśmy rzeki, osuszaliśmy mokradła, drenowaliśmy tereny, a w miastach coraz większe powierzchnie pokrywaliśmy betonem. Tymczasem w świecie, w którym z jednej strony coraz częściej mamy do czynienia z suszą, a z drugiej z gwałtownymi opadami, takie podejście przestaje się sprawdzać.

Podczas debaty padło ciekawe pytanie: czy można jednocześnie przeciwdziałać suszy i powodziom?

Okazuje się, że tak. I rozwiązanie jest w dużej mierze bardzo stare – wystarczy pozwolić przyrodzie wykonywać swoją pracę.

Mokradła mogą magazynować wodę, naturalnie płynące rzeki spowalniają jej odpływ, a zdrowe i bioróżnorodne lasy pomagają zatrzymywać ją w krajobrazie. W miastach duże drzewa dają cień i ograniczają skutki upałów, a tereny zielone, które pozwalają wodzie wsiąkać w ziemię, zmniejszają ryzyko podtopień.

Dlatego tak ważne jest, żeby zarządzanie wodą połączyć z planowaniem przestrzennym. Nie możemy traktować rzek, mokradeł, lasów i miast jako oddzielnych elementów, bo w rzeczywistości tworzą jeden system.

Czy mamy dużo lasów, czy mamy dobre lasy?

Podobne pytanie pojawia się, kiedy zaczynamy rozmawiać o lasach. Często słyszymy, że lesistość Polski wynosi około 30 procent. Ale czy sama powierzchnia lasów mówi nam wystarczająco dużo o ich kondycji?

W czasie debaty zwrócono uwagę na to, że w naszych lasach wciąż brakuje starych drzew, a gatunki wybitnie leśne są ograniczone do stosunkowo nielicznych rezerwatów przyrody. To ważne, bo las nie jest przecież tylko powierzchnią zaznaczoną na mapie. Jest całym ekosystemem, którego odporność zależy od wieku drzew, różnorodności gatunkowej, stanu gleby czy ilości wody.

A tej ostatniej mamy w lasach coraz mniej.

Wydaje się to szczególnie paradoksalne, kiedy słyszymy o pożarach lasów na terenach, które z natury powinny być podmokłe. Dobrym przykładem są bagienne lasy Puszczy Solskiej. Jeśli taki teren zostanie wcześniej odwodniony, może stać się podatny na wysychanie i pożary, mimo że jego naturalnym stanem jest przecież obecność wody.

To pokazuje, że odporność lasów na zmianę klimatu nie będzie polegała wyłącznie na sadzeniu kolejnych drzew.

Potrzebujemy lasów, które są bardziej różnorodne i lepiej związane z naturalnymi warunkami wodnymi.

Musimy też pamiętać o różnych funkcjach, jakie lasy pełnią – gospodarczych, społecznych, klimatycznych i ekologicznych.

Przyroda jako infrastruktura bezpieczeństwa

I tutaj wracamy do tego, co wydało mi się najciekawszą myślą całej debaty. Jeśli las może ograniczać skutki suszy i upałów, mokradło może zatrzymywać wodę, a naturalna rzeka może zmniejszać ryzyko powodzi, to czy naprawdę możemy nadal traktować ochronę przyrody jako coś dodatkowego, co robimy wtedy, kiedy już zajmiemy się „ważniejszymi” sprawami?

Może powinniśmy zacząć patrzeć na ekosystemy podobnie jak na inne elementy infrastruktury, od których zależy nasze bezpieczeństwo?

To spojrzenie zmienia też sposób myślenia o pieniądzach. Podczas debaty padła informacja, że renaturyzacja rzek w skali całego kraju mogłaby kosztować około 3,5 miliarda złotych. To mniej więcej tyle, ile wydaliśmy na przekop Mierzei Wiślanej.

Nie chodzi oczywiście o proste porównywanie dwóch zupełnie różnych inwestycji. Ta liczba pokazuje jednak, że także sposób wydawania publicznych pieniędzy jest decyzją dotyczącą naszego bezpieczeństwa. Możemy inwestować w rozwiązania, które próbują podporządkować sobie przyrodę, albo w takie, które wykorzystują jej naturalne zdolności do radzenia sobie z ekstremalnymi zjawiskami.

Renaturyzacja nie zawsze jest spektakularna. Nie otwieramy przecież wielkiej konstrukcji, którą można sfotografować i pokazać jako symbol inwestycji. Jej wartość często widzimy dopiero wtedy, kiedy przychodzi susza, ulewa albo fala upałów.

A kto właściwie zarządza wodą?

W tym miejscu pojawia się jeszcze jeden problem, o którym była mowa podczas debaty: fragmentacja odpowiedzialności.

Trudno skutecznie zarządzać wodą, jeśli instytucje zajmujące się jej ochroną i zarządzaniem działają w oderwaniu od tych, które odpowiadają za lasy, planowanie przestrzenne czy ochronę przyrody. Pojawiło się więc pytanie o to, jak doprowadzić do większej współpracy między Wodami Polskimi a Lasami Państwowymi, a także jak mocniej połączyć działania hydrotechniczne z ekohydrologią i wiedzą naukową.

To wydaje mi się jednym z większych wyzwań, bo przyroda nie działa według naszych podziałów administracyjnych. Woda nie wie, która instytucja jest odpowiedzialna za jej fragment krajobrazu. Jeśli chcemy budować odporność na zmianę klimatu, nasze instytucje również muszą nauczyć się działać bardziej systemowo.

Miasta też muszą nauczyć się zatrzymywać wodę

To samo dotyczy miast. W 2025 roku znowelizowano Prawo ochrony środowiska, zobowiązując miasta liczące co najmniej 25 tysięcy mieszkańców do przygotowania planów adaptacji do zmian klimatu. To ważny krok, bo miasta muszą zacząć planować swoją odporność nie dopiero wtedy, kiedy wydarzy się katastrofa, ale wcześniej.

Potrzebujemy map ryzyka termicznego i powodziowego, które będą regularnie aktualizowane, ale również większej ilości zieleni i rozwiązań pozwalających zatrzymywać wodę w miejscu, w którym spadła.

I tutaj znowu wracamy do drzew. Nie tylko dlatego, że są ładne i poprawiają jakość przestrzeni. Duże korony drzew realnie pomagają ograniczać przegrzewanie się miast, a roślinność i odpowiednio zaprojektowane tereny zielone mogą wspierać retencję.

Być może więc jednym z elementów nowoczesnego miasta będzie w przyszłości nie to, jak szybko potrafimy odprowadzić wodę po ulewie, ale jak dużo tej wody potrafimy zatrzymać.

Najtrudniejsze może być nie to, jak działać, ale jak przekonać do działania

I tutaj dochodzę do jeszcze jednego wątku z debaty, który uważam za niezwykle istotny. Prof. Malinowski mówił o konieczności walki z dezinformacją. Moim zdaniem to jeden z najważniejszych tematów, jeśli naprawdę chcemy rozmawiać o bezpieczeństwie klimatycznym.

Bo wiedza o tym, jak zwiększać odporność miast, lasów czy rzek, już w dużej mierze istnieje. Problemem coraz częściej nie jest brak rozwiązań, ale przekonanie ludzi, że te rozwiązania są potrzebne.

Widać to choćby przy renaturyzacji rzek, ochronie mokradeł, ograniczaniu koszenia czy zmianach w gospodarce leśnej. Działania, które z punktu widzenia nauki mogą zwiększać naszą odporność na susze, powodzie czy upały, łatwo przedstawić jako ograniczenie wolności, przeszkodę dla rozwoju albo niepotrzebne „utrudnianie życia”.

Dlatego edukacja klimatyczna przestaje być wyłącznie kwestią budowania świadomości ekologicznej. Staje się elementem naszego bezpieczeństwa.

Jeśli nie potrafimy odróżnić informacji od manipulacji, bardzo łatwo jest przekonać nas do rozwiązań, które mogą być dla nas korzystne tylko na krótką metę. A polityka klimatyczna z definicji wymaga patrzenia trochę dalej.

Klimat potrzebuje także dobrej demokracji

W tym kontekście ważne było dla mnie również wystąpienie marszałka Włodzimierza Czarzastego, który mówił o zagrożeniu, jakie dla demokracji stanowi populizm polityczny.

Te dwa wątki – dezinformacja i populizm – są ze sobą mocno związane i mają również wymiar klimatyczny.

Zmiana klimatu nie daje się rozwiązać jednym prostym hasłem. Nie da się też przeprowadzić skutecznej adaptacji w ciągu jednej kadencji. Część decyzji wymaga wydawania pieniędzy dzisiaj po to, żeby uniknąć znacznie większych kosztów za kilka czy kilkanaście lat. Potrzebujemy więc polityki, która potrafi myśleć długoterminowo i która opiera się na wiedzy, nawet jeśli nie każda decyzja będzie od razu popularna.

Populizm często działa dokładnie odwrotnie – szuka prostych odpowiedzi, wskazuje łatwego winnego i skupia się na tym, co przyniesie polityczną korzyść tu i teraz.

Dlatego trudno mi dziś oddzielić bezpieczeństwo klimatyczne od jakości naszej demokracji. Jeśli chcemy podejmować rozsądne decyzje dotyczące wody, lasów, energii czy ochrony przyrody, potrzebujemy nie tylko dobrych ekspertów i instytucji. Potrzebujemy również społeczeństwa, które ma dostęp do rzetelnej informacji i potrafi rozmawiać o trudnych problemach bez ulegania manipulacji.

Czy jesteśmy na to gotowi?

Podczas debaty padło wiele konkretnych informacji o tym, co już się dzieje. Minister Paulina Hennig-Kloska mówiła o nowych obszarach chronionych i rozwijaniu sieci rezerwatów – w planach jest około 200 nowych rezerwatów, a ponad 100 zostało już utworzonych. Wspominała również o lasach społecznych, których kolejne obszary są przygotowywane wokół aglomeracji, oraz o działaniach związanych z rozwojem OZE i magazynów energii.

To wszystko są ważne elementy układanki.

Ale po tej debacie mam wrażenie, że najważniejsze pytanie brzmi trochę inaczej: czy potrafimy zacząć traktować adaptację do zmiany klimatu nie jako zbiór pojedynczych projektów, ale jako długofalową politykę bezpieczeństwa państwa?

Bo jeśli tak, to ochrona mokradeł przestaje być tylko ochroną mokradeł. Renaturyzacja rzek staje się inwestycją w bezpieczeństwo. Duże drzewa w mieście stają się elementem infrastruktury chroniącej mieszkańców przed upałem. Zdrowy, odporny las staje się częścią systemu ograniczającego ryzyko pożarów i suszy.

A walka z dezinformacją i populizmem przestaje być tylko troską o jakość debaty publicznej. Staje się warunkiem tego, czy w ogóle będziemy potrafili podejmować rozsądne decyzje dotyczące naszej przyszłości.

I chyba właśnie to jest dla mnie najważniejszy wniosek z wczorajszej debaty: bez odpornej przyrody nie zbudujemy odpornego państwa, ale bez odpornego społeczeństwa również nie uda nam się tej przyrody skutecznie chronić.

Previous Post

Przeczytaj jeszcze

No Comments

Leave a Reply