Styl życia

Blue January, czyli jak złapać doła, a potem się z niego wydostać

Blue Monday

Nie spodziewałam się, że będzie tak ciężko. Nie mam w zwyczaju przeżywania psychicznych dołków, zły nastrój wynika u mnie z PMS albo kaca. Nie, nie mam permanentnego kaca. A moje hormony mają się świetnie. W styczniu przeżyłam doła. Dolinę, depresję, zły humor – zwał jak zwał. Dlaczego?

80 procent dni bez słońca (tak na oko), a nawet jeśli było, to ja schowana za biurowym biurkiem nie zawsze miałam możliwość się nim nacieszyć. Szaro-bura, brudna zima, nawet bez większych mrozów, wcale nie wpłynęła na mnie dobrze. Jednym z dwóch plusów dodatniej temperatury są odmarznięte szyby w aucie. Drugim – to, że dżdżownicom w kompostowniku balkonowym żyje się lepiej i dotrwają do wiosny. Więcej plusów nie widzę.

Tylko zimno i pada, i zimno i pada na to miejsce w sercu Europy

Blue Monday czy Blue January?

Ktoś mądry (a dokładniej Cliff Arnall) stwierdził, że najbardziej depresyjnym dniem w roku jest trzeci poniedziałek stycznia, czyli tak zwany Blue Monday. Czynników, które na to wpływają, jest kilka. Koniec kolorowego okresu świąt Bożego Narodzenia, pierwsze porażki wobec postanowień noworocznych, nadal przykrótkie i ciemne dni, dziura w budżecie wynikająca z zadłużenia się na gwiazdkowe prezenty, a przy tym niska motywacja i chęć do podjęcia jakichkolwiek działań, by to przełamać i cokolwiek zmienić.

Ja Blue Monday zaczęłam przeżywać jakiś tydzień wcześniej niż planowano i trwał on konsekwentnie przez cały miesiąc.

11 stycznia weszłam w wersję 3.5, co w mojej nomenklaturze oznacza 35 urodziny. Zazwyczaj nie przejmuję się wiekiem. Uważam, że każdy moment w życiu ma swoje prawa, wady i zalety, i żaden nie powinien być traktowany jako lepszy od innych. Takie wiekowe równouprawnienie. Jednak trzydziestkapiątka mnie lekko wbiła w fotel, sparaliżowała. Nie miałam ochoty na nocne szaleństwa, nie zrobiłam hucznej domówki, był to dzień jak co dzień, a świętowanie było w małym, kameralnym, ustatkowanym gronie. Dotarło do mnie, że to wygląda jak początek końca. A ja nie chcę się na to godzić.

W styczniu moja rodzina przeżywała też spore problemy zdrowotne. Dwie poważne operacje u bliskich osób dały mi do myślenia o istocie życia w myśl Vanitas vanitatum et omnia vanitas. W powiązaniu z wersją 3.5, smętnymi, ciemnymi tygodniami i niedotrzymywaniem noworocznych postanowień styczniowa deprecha hulała jak jej się podobało.

Światełka w tunelu

Na szczęście czasem dzieją się miłe rzeczy, które przerywają ciemnicę i marazm. Ekipa z Giveboxa (wspólne szafy do dzielenia się dobrem) zrobiła świetną imprezę karnawałową w Farbach na poznańskiej Wildzie. Bawiliśmy się w rytmie obciachu i lat 80., co do dziś wspominam w uśmiechem na twarzy.

Pierwszy raz uczestniczyłam w bitwach piwnych! Uprzedzając pytania, nie jest to picie, a potem bicie. Bitwy to konkurs piwowarów domowych, którzy warzą piwa w z góry narzuconych stylach, a potem walczą o gusta piwnych smakoszy, którzy oddają głosy na wybrane piwo. Piwa degustowane są za darmo, po rozlaniu z butelek do plastikowych kubeczków. Ja, przewidująca zero łejsterka, miałam przy sobie własną szklankę, więc nie tylko nie zaśmieciłam świata, co jeszcze delektowałam się pełnią piwnych bukietów z pięknego sniftera. Taki event to ciekawe przeżycia smakowe, ale też nowe znajomości ze światka piwowarskiego. Oby przetrwały!

21 stycznia w Domu Tramwajarza odbyło się pierwsze z cyklu spotkań grupy Zero Waste Poznań. Żeby nie zabrzmiało tak kronikarsko, oprócz tematów ważnych i poważnych, było też miejsce na wymienianki kosmetyczno-odzieżowe oraz ciepłą herbatę i gruzińskie wino.

Za to wczoraj miałam swoją wisienkę na torcie, nagrodę pocieszenia za cały ten niedo-styczeń. Historia sięga połowy grudnia, kiedy to jeszcze wówczas nieznajoma dla mnie dziewczyna zabiła mi ćwieka niebanalną prośbą. Otóż Kasia chciała ofiarować swoje przyjaciółce prezent zero waste i pomyślała, że najbardziej w tym nurcie będzie kupon na… spotkanie ze mną! W trakcie miałyśmy porozmawiać o niemarnowaniu, rzecz jasna, popijając przy tym kraftowe piwo (a jakże!) albo – druga opcja – zajadając słodkie desery. Zatem wczoraj, ostatniego dnia stycznia, realizowałyśmy prezent przy szklance dobrego sour ale i hefeweizena. Ja z woreczkiem pełnym kuriozów zero waste, w pubie z dwiema przemiłymi dziewczynami, w dodatku pokaz iluzjonisty, który podbił na miejscu nasze serca – to musiało oznaczać wiekopomny sukces. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale gdybym nie spróbowała, na pewno bym miała czego żałować.

Mój styczeń miał swoje blaski i cienie, ale wiem jedno: potrzebuję czasu dla siebie, światła i pozytywnych ludzi wokół, żeby to moje życie w wersji 3.5 jakoś się powoli kolebało do przodu.


Jestem ciekawa, czy i Wy przeżywacie gorsze chwile w Blue Monday. A może to tylko incepcja? Jak radzicie sobie z chandrą?  

Previous Post Next Post

Przeczytaj jeszcze

  • Ech, dobrze Cię rozumiem, ciemne miesiące działają na mnie strasznie. Zazwyczaj biorę je na przeczekanie, ale wspaniałym lekarstwem jest też zmiana otoczenia, choć na chwilę, wyjazd na kilka dni w góry.
    Ściskam i byle do wiosny 🙂

    • Dzięki, Asiu! Zmiana otoczenia by mi się przydała. Najlepiej na bardziej słoneczne i ciepłe 🙂

  • Styczeń jest ciężki, szary, to pewnie przytłoczyło nie tylko Ciebie. Urodziny czasami też taki mają wpływ na mnie,bo nie lubię z tej okazji hucznych imprez i muszę się zawsze oswoić z nową myślą. W ogóle, że czas tak szybko płynie, już mamy luty! I tak myślę, że wiek po 30tce to dopiero jest udany czas, ma się większą świadomość siebie, tego czego się w życiu chce, ma się więcej stabilizacji niż mając te 20-pare lat. Będzie dobrze!

    • Też jestem zdania, że prawdziwe życie zaczyna się po trzydziestce, serio! Mam już wystarczająco dużo doświadczenia, żeby się „mądrzyć” tudzież na czymś znać, ale też nadal dużo wigoru, by realizować ciekawe plany. To co, zakładamy „The Thirtysomething Clan”?

      • Heheh dokładnie 😛 można się mądrzyć, a wciąż ma się sporo energii do działania!
        A poza tym wiek, to tylko liczba, liczy się stan ducha!

  • A ja wyjątkowo dobrze przetrwałam styczeń, grudzień był zdecydowanie gorszy. Ale sporo uciekałam w książki 😉

    • O, co ciekawego przeczytałaś?

      • Same cudowności! Zaczęło się od długo oczekiwanej książki Artura Jabłońskiego, „Jak pisać, żeby chcieli czytać (i kupować)”. Później Kinga „Ręka mistrzów” i to najlepsza książka Kinga, jaką czytałam. Później P. Hawking „Zapisane w wodzie”, o bardzo mocnym zakończeniu. Na deser P. Gryciuk „450 stron”, ale jeśli nie znasz tej autorki to przede wszystkim polecam „Trzy godziny ciszy”, genialnie to wyjaśniła. 😉

        • Dużo tego wchłonęłaś! Jak znajdujesz czas na czytanie? Mi zawsze go brakuje.

          • Staram się wieczory robić offline – po prostu zamiasy social media, wybieram książkę (a raczdej Kindle`a). Lubię też czytać w weekendy porankami, zaraz jak się obudzę, jeszcze przed śniadaniem. Także nic nadzwyczajnego 😉 Ale czytam raczej szybko, mam porównanie, bo mój mąż dla odmiany powolutku.

          • A, to rozumiem! Ja czytam z przeciętną prędkością, pewnie nie za szybko i nie za dużo czasu temu poświęcam. Wieczory offline zawsze na propsie!

  • Miszelina

    Cześć! Mam na imię Michalina i też kończę w tym roku 35 lat. Na gwiazdkę kupiłam sobie Twoją książkę i właśnie ją czytam 😉 W dodatku nie mieszkam daleko, bo w Śremie 🙂 Czytam książkę i jestem przerażona jak bardzo nie jestem zero waste…. na razie napawa mnie przerażeniem jak pomyślę co muszę w swoim życiu zmienić (i jak to zrobić??) by pomóc naszej planecie. Bardzo chcę ograniczyć odpady i sprawić, by moje zakupy były bardziej przemyślane a produkcja śmieci ograniczona. Nie poddam się tak łatwo. Na razie jestem na początku mojej drogi ale bardzo mnie inspirujesz i działaj dalej!!! Pozdrawiam

    • O ile działam jako inspiracja a nie surowe sumienie to się cieszę 😉 Na początku drogi jest i trudno, i łatwo. Trudno, bo nagle trzeba wprowadzić wiele zmian. Łatwo, bo najszybciej widzisz efekty 🙂 Życzę Ci powodzenia! No i fajnie, że się odezwałaś!

  • Mnie też dopadła lekka depresja ze względu na brak słońca, ale tak jak wiele osób zajęłam się czytaniem, najważniejszą lekturą była Twoja książka, którą pochłonęłam w 2 dni 🙂 Od pierwszego wejścia na Twojego bloga nie kupiłam ani nie wzięłam ze sklepu ani jednej reklamówki i jestem z siebie bardzo dumna. Powoli wprowadzam też kolejne zmiany i dziwię się, czemu dopiero teraz. Dla mnie sposób na chandrę to działanie, muszę mieć dużo zajęć a wtedy nie myślę o złym nastroju;)

    • Ja też jestem osobą, która lubi aktywne życie. Siedzenie w miejscu mnie dołuje. A styczeń był jednak o wiele bardziej statyczny niż dotychczas, choć działało jeszcze kilka innych rzeczy, opisanych wyżej. Jak widać, słońce jest nam jednak potrzebne!

  • Ja na szczęście spędziłam dwa tygodnie na Sycylii, u rodziców mojego TŻ, bo już zaczynałam łapać jakieś zimowe przygnębienie z braku słońca

  • Też mam urodziny w styczniu (36), ale pod sam koniec. I tylko dlatego nie miałam obniżenia nastroju jeszcze w styczniu – po prostu nie zdążyłam 😂😂.
    A luty zaczął się tak intensywnie, że nie miałam czasu skupić się na swoich emocjach.
    Mam nadzieję, że tempo się utrzyma i jak w końcu zwolnię będę zakotwiczona w swoim nowym wieku i już nie będzie na mnie robił wrażenia 😀.
    W styczniu poczyniłam ogromny postęp jeśli chodzi o zero waste – przeszliśmy na pieluchy wielorazowe (jutro opublikuję na ten temat post), zrobiłam własne beeswax wraps i teraz produkuję je masowo dla rodziny i znajomych, zrobiłam własne wielorazowe chusteczki do prania wyłapujące kolory, zrobiłam wybielającą pastę do zębów. Nasz śmietnik domowy zmniejszył się do wielkości luchboxa (wiem, że to nic wielkiego w porównaniu ze słoikiem śmieci rocznie, ale dla mnie to powód do dumy).

    • Wszystkiego najlepszego zatem! Gratulacje z powodu tak wielu osiągnięć. Zaciekawiły mnie te szmatki do prania wyłapujące kolory – czym one konkretnie są?

      • Będę pisała na ten temat na blogu, bo jestem z nich mega dumna 😁. To wynik stosowania pieluch wielorazowych – piorę je z innymi ubrankami dzieci, a że tym zdarza się farbować to musiałabym wydawać majątek na kupne szmatki wyłapujące kolory. Poszperałam w składach, potem potwierdzenie znalazłam na zagranicznych blogach -głównym czynnikiem odpowiadającym za skuteczność szmatek jest soda kalcynowana. Pocięłam porwaną torbę na zakupy, namoczyłam w roztworze sody i wysuszyłam. Dorzucam jedną -dwie do prania. Działają😁. Szmatki są różowawe, pieluchy niezafarbowane 😀.
        Potem można znowu namoczyć.

  • Styczeń, to jest taki kac po całym poprzednim roku. Trzeba strawić cały rok i przygotować się na kolejny.

  • W kwietniu też będę miała swój blue monday w wersji 3.5. Przerażająca myśl, że dowód osobisty starzeje się dużo szybciej niż ja, bo ja mam ciągle 20+ 🙂