Zero Waste

8 cech zero wastera, czyli jak robić zakupy bez śmieci

-Poproszę dwadzieścia dekagramów sera. Acha, tylko do mojego pojemni… ka! No niech mnie kule biją, do mojego pojemnika mówiłam! Czy Pani mnie nie słyszy? Niewyraźnie słowa cedzę? Nigdy więcej tu nie przyjdę. Moje ciężko zarobione pieniądze zostawię w innym sklepie, a figa!

Tak mógłby wyglądać mój monolog w sklepie, w którym nie do końca porozumiałam się z ekspedientką. Ściślej rzecz ujmując: nie zrozumiałyśmy się w ogóle. Ja z bliżej nieuzasadnionym pomysłem ładowania wszystkiego do moich pudełek. Ona z określonymi przyzwyczajeniami, dobrą wolą wynikającą z lat praktyki i regulaminami wiszącymi nad głową.

Jak robić zakupy bez śmieci?

Założę się, że to pytanie pojawia się w wielu głowach świeżych bezodpadowców. Jak przełamać się, by poprosić o bezśmieciowe pakowanie? W jaki sposób zadać pytanie? Co zrobić, gdy sprzedawca mimo naszego tłumaczenia nadal pakuje nam wszystko w jednorazowe folie? W trakcie zakupów niezbędnych jest kilka cech, które pomogą w obopólnym zrozumieniu między klientem a sprzedającym.

Po pierwsze: dobra organizacja

Przede wszystkim, żeby wyjść z domu z odpowiednią ilością woreczków, pojemników i słoików trzeba wszystko dobrze zaplanować. Organizacja zakupów na poziomie tworzenia listy i dobierania pod nią odpowiednich własnych opakowań jest jedną z tych rzeczy, o której również piszę w książce „Życie zero waste”. Oprócz zakupów planowanych, każdemu wyjściu z domu towarzyszy zabranie kilku woreczków na zaś. Nigdy nie wiem, kiedy zaskoczą mnie zakupy nieplanowane, a to się również zdarza.

Jeszcze jakiś rok temu wkurzałam się na siebie, gdy nagle okazywało się, że po pracy muszę nie tylko odebrać synka z przedszkola, ale też kupić kilka brakujących produktów, a ja przecież się na to nie przygotowałam. Brałam naręcza warzyw, owoców i chleba albo z rezygnacją w głosie prosiłam o foliówkę.

Dziś nie ma dnia, bym nie zabrała ze sobą bawełnianej torby i plecaka, a sprzyja temu dobra organizacja, którą wyrobiłam w sobie poprzez nowy nawyk. Jak mawiają starzy zero wasterzy „Nigdy nie wiesz, kiedy plastik Cię zaskoczy!”

Po drugie: odwaga

Planowanie to nie wszystko. Co jeśli wezmę ze sobą zestaw pudełek, po czym w sklepie zapomnę języka i skapituluję? Kilka razy zdarzyło mi się, że bałam się odmówić zapakowania w jednorazową folię, dlatego że kolejka była za długa, albo gdy na widok moich pudełek pojawiał się nastrój poirytowania i grozy.

Po dłuższym czasie wyrobiłam w sobie nawyk stanowczego i odważnego proszenia o to, co zaplanowałam. Nawet jeśli jest w sklepie sporo osób, kupuję wszystko do moich opakowań. I wiecie co? Najczęściej okazuje się, że dla nikogo nie jest to problemem. To w mojej głowie rodziły się wizje ataku na mnie jak na dziwaka, który chodzi obładowany torbami. Odważne podejście do lady i wyartykułowanie potrzeby nie jest tak trudne, na jakie by mogło wyglądać.

Po trzecie: asertywność

Z natury nie jestem osobą asertywną. Jestem uparta, gdy do czegoś dążę, ale po drodze można mnie na coś przeze mnie niechcianego urobić. Odmawiania uczę się stosunkowo od niedawna i chyba całkiem nieźle mi to wychodzi, choć idealnie jeszcze nie jest. A najlepiej ćwiczy się asertywność na tym, co sprzedawcy chcą nam wcisnąć, a czego my powinniśmy konsekwentnie odmawiać, czyli torebkach foliowych i niechcianych prezentach w postaci …próbek.

Asertywność wiąże się z pierwszą zasadą zero waste, która brzmi refuse (odmawiaj)Gdy planowanie i odwagę mamy już w małym paluszku, czas na zabawę w mówienie „nie”. Choćby dziś na zakupach w sklepie odmówiłam: torebki foliowej, paragonu, potwierdzenia zapłaty, ulotek i gratisowego produktu pakowanego w plastik. Aż się na tym złapałam, że co chwilę z moim ust musi padać słowo „nie”. Jak trzeba to trzeba.

Po czwarte: uprzejmość

Gdybym cały czas odmawiała i żądała naginania się sprzedawców do moich widzimisię, byłabym na czarnej liście w wielu sklepach. Nie chcę jednak do tego dopuścić, bo nie o to chodzi, by wymagać i unosić się dumą, gdy ktoś nas nie rozumie. Ważne jest, żeby nasze starania były poparte uprzejmą prośbą, wyrozumiałością, miłą rozmową, może nawet small-talkiem nawiązującym do naszych zakupów.

W moim przypadku to się nieźle sprawdza. Gdy w oczach sprzedawcy widzę stres (a to można zobaczyć!), zagaduję, że mam w zwyczaju kupowanie do własnych pojemników. Tłumaczę, że denerwują mnie śmieci i nie chcę przynosić niektórych rzeczy do domu po to, żeby zaraz je wyrzucić. Zazwyczaj krótka rozmowa nie tylko pomaga, ale sprowadza nas na tory wzajemnego zrozumienia, tak że następnym razem bez tłumaczenia dostanę niezafoliowany produkt.

Po piąte: cierpliwość

Czasem się zdarza, że podobne rozmowy jak w punkcie czwartym muszę przeprowadzać na każdym stoisku, przy każdej ladzie. Ekspedientki też się zmieniają, więc nie wszystkie znają mnie od razu, gdy podejdę. Muszę wtedy uzbroić się w cierpliwość i spokojnie tłumaczyć, dlaczego chcę dostać – dajmy na to – ser do mojego pudełka. Czasem przypominam o wytarowaniu wagi. Innym razem napominam, by nie wyrzucać raz użytej folii. To trochę jak rodzicielstwo, w którym ważny jest nie sam efekt, ale zrozumienie dlaczego.

Po szóste: konsekwencja

Jeśli bym raz poszła na zakupy w stylu zero waste i przybiła sobie piątkę za dobrze spełniony obowiązek, a kolejnym razem leniwie nakupowała produktów w jednorazowych opakowaniach, miałabym niezłe wyrzuty sumienia. Konsekwencja dotycząca moich wyborów jest nie tylko dla mnie, żebym się czuła z moim eksperymentem dobrze, ale dla całego miasta, kraju, planety – mimo że brzmi to dość górnolotnie. Wierzę, że moje wybory mogą wywołać efekt lawiny, jeśli tylko będę się ich trzymała. Tak jak weganin nie zje nagle krwistego steka, tak osoba żyjąca w stylu zero waste nie weźmie ze sklepu foliówki.

Po siódme: owartość

Mimo planowania, odwagi i asertywności rozwiniętych na wysokim poziomie, czasem zdarzy się coś, co nas zaskoczy. Nagle zamkną nam ulubiony sklep, wycofają produkt sprzedawany zawsze luzem czy jabłka zaczną przywozić w zafoliowanych czteropakach. Umysł zero odpadowca musi być otwarty na szukanie nowych rozwiązań, inaczej zginie śmiercią naturalną.

Ja czuję się zaskakiwana bardzo często i wymyślam różne obejścia na bieżąco. Staram się nie załamywać, tylko szybko analizować i wybierać najmniej śmieciowe rozwiązania. Gdy brak makaronu luzem, wezmę w kartoniku, który posegreguję na makulaturę. Jeśli nie mam swojej torby, poszukam w sklepie kartonu. Gdy jabłka są tylko zafoliowane, wezmę gruszki luzem. Najwyżej zweryfikuję moje kulinarne plany.

Po ósme: refleks

„Trzeba być szybszym niż ręka sprzedawcy” mówią jedni. „Zanim powiesz, co chcesz kupić, najpierw pokaż pudełko” radzą inni. Refleks zero wastera jest w naszym gronie niemal przysłowiowy. Najmniejszy brak koncentracji może poskutkować niepożądanym opakowaniem w koszyku.*


Cech charakteru, które przydają się w życiu zero waste, jest pewnie o wiele więcej. Warto je w sobie ćwiczyć i nie zapominać, by w tym wszystkim nie popadać w niezdrową skrajność i ortodoksję, żeby nie zaszkodzić sobie i najbliższym. Poza tym, pozytywne myślenie jest moim sprzymierzeńcem, bo mam nadzieję, że jak moje myśli przeczyta więcej osób, będziemy mieć więcej szans na kompleksowo wprowadzane bezodpadowe rozwiązania na rozmaitych polach, nie tylko w trakcie zakupów.

Jaka jest – według Ciebie – najważniejsza cecha bezodpadowca?


*Co innego mój Mąż, którego spotkała ostatnio kuriozalna sytuacja. Na stoisku z wędlinami ekspedientka nałożyła mu salami do szklanego pudełka, zamknęła je, po czym pod jego nieuwagę (pisał SMSa!) zapakowała pudełko w foliówkę i na nią nakleiła cenę. Zapytana o powód, stwierdziła, że szkoda jej było obklejać tak ładnego pudełka. 🙂


Podobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!

Previous Post Next Post

Przeczytaj jeszcze