Zero Waste

Bezśmieciowe okulary Kornelii Orwat

woreczki zero waste kornelia orwat

Są takie osoby, od których można czerpać wiedzę garściami. Są takie, które wysyłają Ci pozytywny sygnał, iskierkę, która inspiruje Cię do działania.

Gdy trafiłam na bloga Kornelii Orwat, nie mogłam przestać czytać. Wiedziałam od razu, że wprowadziła metodę zero odpadów do swojego domu dużo wcześniej ode mnie i ma na tym polu większe doświadczenie. Szybko zrozumiałam, że nasze bolączki są podobne i warto się wspierać, by osiągnąć coś więcej. Dziś Kornelia Orwat opowiada swoją historię, jak zaczęła się jej droga do zero waste, skąd miała motywację, co było najtrudniejsze, a co się najbardziej przyjęło w jej domu.


Pierwszy raz o idei „zero waste” usłyszałam półtora roku temu, kiedy ktoś podrzucił mi artykuł o Bei Johnson i jej spektakularnym słoiku odpadów. Początkowo pomyślałam, że to wariactwo, jednak wariactwo intrygujące. Zaczęłam czytać o idei „zero waste”. Przypomniałam sobie śmieci, które widzieliśmy ostatnio w lesie. O wysypisku śmieci, które było w pobliżu tego lasu. Pomyślałam o moich zakupach spożywczych z supermarketu, zapakowanych w plastiki i folie, lądujące w koszu prawie natychmiast po przywiezieniu do domu. Uzmysłowiłam sobie, ile odpadów generujemy przez swoją bezmyślność, krótkowzroczność i głupotę.

Bezmyślność – bo kupując jakieś rzeczy nie myślimy o tym, jak długo będą nam służyć. Czasem tylko chwilę: jak pudełka od jedzenia na wynos czy jednorazowe kubki z pokrywką na kawę, czy wszelkie opakowania.

Krótkowzroczność – bo nasza wyobraźnia nie sięga poza kosz na śmieci, poza osiedlowy kontener na śmieci. Nie zastanawiamy się, co dzieje się z odpadami po ich wyrzuceniu.

Głupotę – bo zawartość koszy i kontenerów na śmieci traktujemy jak tabu, jak coś obrzydliwego, śmierdzącego, jak coś, co po wyrzuceniu do kubła wyrzucamy również z naszego pola widzenia, z naszej pamięci, z naszego świata. Jakby to coś, co wyrzucamy – znikało! Wpadało w czarną dziurę! Wywalam – nie ma. A przecież jest. Nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Często, choć śmierdzące – jest cennym zasobem, bo może (a nawet powinno) zostać przerobione na kompost. Często, choć małe, lekkie i przezroczyste – wymaga specjalistycznego przetworzenia, żeby nie stanowić zagrożenia dla środowiska naturalnego.

woreczek na pieczywo zero waste kornelia orwat

Woreczek na pieczywo upolowany na ciuchach.

Wpadłam więc na pomysł eksperymentu. Chciałam sprawdzić, czy jako rodzina wielodzietna, żyjąca w dużym mieście, bylibyśmy w stanie ograniczyć ilość generowanych śmieci. A ponieważ byłam początkującą blogerką, postanowiłam założyć drugiego bloga i na nim relacjonować swój eksperyment. Wiedziałam, że zapisywanie przebiegu eksperymentu będzie mnie motywować, a przy okazji dowiedzą się o nim inni ludzie. Idea będzie się rozsiewać.

Bloga nazwałam „Odśmiecownia” – tak jak „odśmiecanie” i „pracownia”. W styczniu tego roku połączyłam blogi w jeden – www.korneliaorwat.pl i zrobiłam na nim zakładkę o nazwie „Odśmiecownia” (www.korneliaorwat.pl/odsmiecownia).

Aktualnie trudno mi stwierdzić, czy moja przygoda z „zero waste” jest nadal eksperymentem, czy już sposobem na życie. Faktem jest, że pewne praktyki nam się utrwaliły, natomiast inne – porzuciliśmy.

Ponieważ dostawałam sporo pytań o to, jak zacząć żyć bezśmieciowo, postanowiłam zrobić coś w rodzaju rocznego blogowego szkolenia dla niewtajemniczonych. Nazwałam je Wyzwaniem Zero Waste Rok Bez Marnotrawstwa. Co tydzień proponuję na blogu jeden mały krok, jeden nawyk do wprowadzenia. Metoda małych kroków to sposób dość łagodny i w miarę bezbolesny na utrwalenie dobrych praktyk. W ten sposób motywuję i samą siebie, i moich czytelników.

Patyczki bambusowe w słoiczku po jogurcie zero waste

Patyczki bambusowe w słoiczku po jogurcie

Co udało mi się zmienić na stałe? W dziedzinie kosmetycznej idzie mi chyba najlepiej:

  1. Zrezygnowałam z mydeł w płynie i szamponów. Używam mydła w kostce zarówno do mycia ciała jak i włosów. Włosy płuczę po takim myciu wodą z dodatkiem octu lub soku z cytryny.
  2. Zrezygnowałam z różnych kremów i balsamów do ciała. Używam albo olejów (kokosowego, lnianego, rzepakowego), albo kremu Nivea w blaszanym pudełku (kupuję największe jakie jest).
  3. Zrezygnowałam prawie całkiem z dezodorantów (zostawiłam jeden na wielkie wyjścia), a zamiast nich używam zamiennie ałunu, soku z cytryny i oleju kokosowego.
  4. Zamieniłam pastę do zębów olejem kokosowym.
  5. Zamieniłam jednorazowe podpaski i wkładki higieniczne wielorazowymi i kubeczkiem menstruacyjnym.
  6. Papier toaletowy kupuję tylko ten makulaturowy, szary, bez foliowego opakowania.
  7. Zrezygnowałam z ręczników papierowych, chusteczki higieniczne kupuję tylko w pudełkach kartonowych, i w miarę możliwości staram się używać materiałowych (ale wiadomo, że np. przy katarze jest trudno).
  8. Jeśli chodzi o kosmetykę domową, to ze środków myjących kupuję tylko płyn do naczyń i proszek do zmywarki. Do mycia wszystkiego innego używam sody oczyszczonej i roztworu octu.
  9. Proszek do prania próbowałam robić, ale w końcu uznałam, że wolę kupować taki w wielkich kartonowych pudłach, bo składniki do zrobienia własnego proszku musiałam zamawiać przez internet. Przychodziły zapakowane w woreczki strunowe, w paczce pełnej folii bąbelkowej i papierów. Podobnie sprawa miała się z robionym samodzielnie proszkiem do zmywarki. Dlatego go kupuję.

    Szklana butelka na wodę zero waste

    Szklana butelka na wodę

W dziedzinie spożywczej jest trudniej. Oto moje małe sukcesy:

  1. Nie kupujemy wody i napojów w butelkach czy kartonach (akurat tych i tak nigdy nie kupowaliśmy dużo), z wyjątkiem mleka i toniku do drinków „od święta”.
  2. Staram się ograniczać kupowanie jedzenia w opakowaniach, ale jest to bardzo trudne. O ile pieczywo, owoce, warzywa, nawet kasze i strączkowe można kupić do swoich opakowań, o tyle nabiał, mięso i ryby wciąż stanowią problem. Chodzenie do sklepów z blaszanymi pudełkami na te produkty jest kłopotliwe i skutkuje frustracją (bo sprzedawcy albo patrzą jak na wariata, albo udają że nie słyszą).
  3. Jeśli już kupuję rzeczy nie do swoich opakowań, to staram się, by były to opakowania papierowe lub kartonowe. Okazuje się, że nawet wędlinę czy ser w dziale garmażeryjnym mogą nam zapakować w pergamin, zamiast w folię, o ile o to wyraźnie poprosimy. Taki pergamin często używam wielokrotnie, zanim wyrzucę. Zresztą z foliami też tak robię.
  4. Drugie śniadania pakuję w blaszane pudełka albo w ściereczki, a czasem też w papier śniadaniowy.
  5. Wodę zabieram w butelkach szklanych zapakowanych w skarpetę lub w termosie (czasem też oczywiście herbatę).
  6. Ogólnie ograniczam kupowanie jedzenia przetworzonego, które najczęściej jest właśnie w opakowaniach. Chodzi tutaj o jogurty, serki, parówki, wędliny i sery w plasterkach i tym podobne produkty.

Eksperyment „zero waste” w ogóle skutkuje uproszczeniami i minimalizowaniem w wielu dziedzinach życia. Ubrania staram się kupować z drugiej ręki, sporo ubrań dla dzieci dostaję od znajomych. Ponieważ mamy w domu mało miejsca, staram się, żeby każde z nas miało nie za dużo ubrań (tylko w mężowską garderobę – z oczywistych przyczyn – nie wtrącam się).

W niektórych obszarach życia nasz eksperyment „zero waste” skończył się fiaskiem. Po wielu próbach, o których możecie poczytać na blogu, zakończyłam domowe kompostowanie. Zaprzestałam kupowania mleka w mlekomacie. Ciężko idzie mi odmawianie, zarówno dzieciom jakichś drobnostek typu wafelek czy batonik, jak i nam wszystkim okazjonalnego zamówienia jedzenia do domu (w jednorazowych opakowaniach, wiadomo). Nie zrezygnowaliśmy z kupowania książek i czasopism, nasze dzieci piszą, rysują, wycinają i lepią i mnóstwo papieru na to zużywamy. Jednak zbieram makulaturę. Zbieram kartki zapisane z jednej strony, żeby służyły do drukowania mniej ważnych dokumentów lub do notowania. Staram się kupować rzeczy, które posłużą jak najdłużej lub które będą mogły zostać przekazane dalej, naprawione lub przetworzone na coś innego (nawet pudełko po lodach można wykorzystać ponownie, np. do mrożonek).

dynia balkon sadzonki zero waste

Balkonowa uprawa dyni

Chcę podkreślić, że nie jestem i nie będę prawdopodobnie nigdy drugą Beą Johnson. Nie jest to zresztą moim celem. Daleko mi do ortodoksji i podporządkowywania życia idei „zero waste”. Nie mam też zamiaru zmuszać mojej rodziny do stosowania wszystkich praktyk, które sama stosuję. Jeden z synów polubił mycie zębów olejem kokosowym – super! Cała rodzina pije wodę prosto z kranu – ekstra! Cieszę się z każdego małego dobrego nawyku, jaki wyrobiłam w moich dzieciach i mężu oraz z tego, że zarażam ideą „zero waste” kolejne osoby czy to poprzez bloga, czy poprzez dobry przykład w sklepach, gdy pakuję owoce do swoich siatek zamiast do reklamówek hojnie rozdawanych przez sprzedawców.

Moim celem jest  wyrobienie pewnych zdrowych nawyków u siebie, mojej rodziny i u tych, którzy zechcą czytać moją „Odśmiecownię”. Chcę, żebyśmy nosili „bezśmieciowe okulary”, żebyśmy nie byli bezmyślni, krótkowzroczni i głupi w kwestii śmieci tak, jak ja byłam jeszcze rok temu.

Chcę, żebyśmy zastanowili się dwa razy, zanim kupimy jakąś rzecz. Zastanowili się nad tym, jak długo będziemy w stanie jej używać, co stanie się z nią i z jej ewentualnym opakowaniem wtedy, gdy nie będzie nam już potrzebna.

Chcę, żebyśmy umieli wybrać rzeczy, które posłużą nam jak najdłużej, a gdy już się wysłużą, będą nadawały się do naprawienia, przetworzenia, przerobienia lub oddania. I najlepiej, gdyby to przetworzenie nie wymagało marnotrawienia dużych ilości kolejnych zasobów, ale tutaj, szczerze mówiąc, potrzebna jest często specjalistyczna wiedza.


Jeśli jeszcze nie znacie bloga Kornelii, koniecznie zajrzyjcie na korneliaorwat.pl

Poza tym zachęcam, by wstąpić do jej grupy na facebooku Wyzwanie Rok Bez Marnotrawstwa.

Mam nadzieję, że czujecie się odpowiednio zachęceni, by zero waste wprowadzać też u siebie. Jeśli odczuwacie jakiś problem związany z ograniczaniem odpadów, napiszcie w komentarzu, jak on wygląda. Postaramy się razem zastanowić, jak najlepiej temu zaradzić.

banner_kubrynska_750x100

Previous Post Next Post

Przeczytaj jeszcze

  • Konstanty Aniołek

    Jak zawsze dobrze się czyta i Ciebie Kasiu i Kornelię, brawo dziewczyny 🙂

  • Cudownie się czyta o kolejnych takich osobach:) Trzymam kciuki za dalsze postępy i na pewno zajrzę do Kornelii.

    U mnie sprawa z szarym papierem na się tak, że mąż marudzi, że szorstki i używać nie będzie. Ale myślę nawet o kupowaniu białego dla niego, a dla mnie szarego, bo mi to na prawdę nie przeszkadza, a właściwie jako kobieta z racji budowy ciała używam więcej papieru niż mąż w ciągu dnia/tyg./miesiąca.. Tylko, gdzie też kupić taki szary, by był zapakowany w papier a nie w folię/

    • Iza

      Witam, szary papier nie pakowany w folię można kupić w lidlu 🙂

      • Dobrze wiedzieć, kupię jak będę przy okazji:)

    • Agata

      Widziałam w sklepie typu Auchan i Polo market, takie papiery owijane w papier pojedynczo. Coś takiego jak w dawnych latach;) Mój mężu też marudzi, nie chce przerzucić się na szary papier. Ale właśnie widziałam w Auchan’ie coś ala biały papier – każda rolka owinięta w papierową „okładkę”, więc będę próbować. Może uda mi się go przekonać;)

  • Toksyczna Kosmetyczka

    Z ałunem bylabym ostrożna, bo zawiera szkodliwe sole aluminium.

  • Agata

    Chętnie zaglądam na bloga Kornelii i Twój – jesteście dla mnie super inspiracją.