Minimalizm Styl życia

Życie bez TV, czyli dlaczego warto chodzić do kosmetyczki

Tydzień bez telewizji dobiegł końca. Siedem długich dni spędziłam bez włączonego telewizora, fruwając w skowronkach i relaksując się z książką w ręku. Życie bez TV to całkowita zmiana jakości.

Uwierzyłeś? To teraz powiem, jak było naprawdę.

Pierwszego dnia, czyli w poniedziałek, próbowaliśmy się dostosować do nowej rzeczywistości bez TV. Największym wyzwaniem było dla nas ograniczenie się w oglądaniu wieczornych Wiadomości, bajek oraz meczy piłki nożnej. Dorośli, czyli ja i mój mąż, poradzili sobie bezbłędnie, wykazując się wzorową silną wolą. Jedynie mój 3-letni synek potrzebował kilkakrotnego tłumaczenia, po co nam tydzień bez TV i dlaczego nie będzie wieczorynki. Zrozumiał to jednak szybko i zanim się obejrzeliśmy zakleił wymownie dekoderowi „oczy”.

Pierwszego dnia zrobiłam też coś dla siebie, czyli po prawie dwóch latach nieregularnego i sporadycznego uprawiania sportu po domowych kątach wybrałam się na zajęcia zumby. Byłam z siebie taka dumna! Wypełniona świeżymi endorfinami wracałam do domu w podskokach, zmęczona, ale szczęśliwa. W sumie – tak chyba się czują osoby uprawiające sport regularnie?

Sukces #1: wyjście z domu wieczorem
Sukces #2: motywacja do uprawiania sportu

Co było we wtorek? Był to 1 grudnia, a ja się zreflektowałam, że w domu nie ma jeszcze kalendarza adwentowego. Nie żeby była to nasza rok-roczna tradycja, ale kilka propozycji z polskich blogów mnie zainteresowało na tyle, że postanowiłam wyjąć skrawki materiału z szuflady i stworzyć coś swojego.

Dzięki maszynie do szycia, kilku godzinom popołudniowej pracy i wieczornej dłubaniny, powstał taki oto kalendarz. Do jego wykonania przyczynił się też mój jakże zacny małżonek, autor naklejanych karteczek z cyferkami symbolizującymi dni miesiąca grudnia. Wspólnie siedzieliśmy i robiliśmy rękodzieło jak te małe elfy z jednej z fińskich wiosek.

Sukces #3: motywacja do stworzenia czegoś własnoręcznie
Sukces #4: zaangażowanie męża we wspólną pracę
Sukces #5: radość i ekscytacja dzieci z efektów pracy

W środę wszyscy cieszyliśmy się z kalendarza jako elementu wystroju naszego salonu, a J. był zadowolony, że sakiewki będą odmierzać mu czas do zbliżających się świąt. Tak bardzo się cieszyliśmy, że nawet nie wiem, jak to się stało, ale wieczorem w telewizji leciał już mecz Lech-Wisła.

Porażka #1: walka o dozowanie sakiewek w częstotliwości jedna dziennie
Porażka #2: słabość wobec meczy nie została pokonana

Czwartek minął pod znakiem wypieków. Nie tylko zagniotłam ciasto na piernik i odłożyłam na 2 doby do lodówki, ale też upiekłam szybką tartę z prażonymi jabłkami z dynią. Całe szczęście, że spróbowaliśmy tylko po kawałku, bo w piątek miałam czym poczęstować G., która wpadła z wizytą. Dawnośmy się nie widziały, dlatego trójkąty ciasta, jak i kubki herbaty pochłaniane były równie szybko jak słodycze z adwentowych sakiewek w ustach J.

W sobotę wycinaliśmy i piekliśmy pierniczki. Telewizja leżała odłogiem, a my bawiliśmy się w najlepsze. J. odkrył w sobie piekarską misję i wycinał bałwany, serca i choinki tak precyzyjnie, jak tylko potrafił. Upieczone i przestygnięte przez noc kształty maczaliśmy w polewie czekoladowej i obsypywaliśmy słodkimi dodatkami.

W niedzielę, czyli w Mikołajki, oprócz dalszego ciągu piernikowej zabawy mieliśmy też wyjazd z misją. Wreszcie udało mi się zebrać wszystkie ubrania, które w trakcie ostatnich wymienianek sąsiedzi chcieli przekazać potrzebującym, posegregować je i zawieźć do Miejskiego Centrum Interwencji Kryzysowej. Pojechaliśmy tam całą rodziną nie tylko w powodów logistycznych (nie wszystkie torby zmieściłyby się do mojego auta), ale przede wszystkim po to, by w ten wyjątkowy dzień nauczyć się dawać coś ważnego innym. W ośrodku, do którego pojechaliśmy, znajdują się kobiety, które były zmuszone do ucieczki przed przemocą w domu. Często zbyt szybko, by zabrać ze sobą coś więcej niż miały na sobie one i ich dzieci. Przytłaczająca realność tego miejsca dała nam wszystkim do myślenia, nie tylko J., który ze zrozumieniem pomagał przy ładowaniu worków do bagażnika, a potem przyglądał się rozpakowywaniu.

Nie chcę tu siebie kreować na wyjątkowego darczyńcę, ale poczułam, że to, co zrobiliśmy było najwłaściwszym sposobem na spędzenie Mikołajek, a zarazem na podsumowanie tego jakże przyziemnie brzmiącego wyzwania „Tydzień bez TV”.

Sukces #6: wspólne pieczenie i zdobienie smakołyków świątecznych
Sukces #7: pielęgnacja relacji z dawno nie widzianą przyjaciółką
Sukces #8: niesienie pomocy innym

Czy miałam jednak więcej wolnego czasu? Na pewno nie na „siedzenie i nicnierobienie”. Obok tych wszystkich kreatywnych sposobów na spędzanie wieczorów zbyt często wkradał się jednak do naszego życia komputer i oferta, jaką przedstawiają media społecznościowe. Zdarzało mi się spędzić bitych kilka godzin przed monitorem, zamiast usiąść wygodnie z książką w ręku, co przecież miałam w pierwotnym zamiarze. Skutkiem tego do soboty przeczytałam może kilka stron przed snem, walcząc z ciężarem powiek.

Z pomocą przyszło mi jednak coś, czego prawdziwej wartości nigdy bym nie odgadła – wizyta u kosmetyczki i półtorejgodzinna pielęgnacja stóp. Nie dość, że miałam czas na wyciszenie się, relaks i przemyślenie kilku spraw, to jeszcze mogłam nadrobić czytanie ponapoczynanych lektur. Można by rzec, że było to jedno z lepiej zainwestowanych kilkadziesiąt złotych w przeciągu miesiąca.

ograniczam się, telewizja, tydzień bez TV, pierniczki
Mój tydzień bez TV

A mój stosunek do TV? Nie tęsknię tak bardzo, jak bym się tego spodziewała, a wieczory bez wieczorynek są jakby spokojniejsze i bardziej rodzinne. Nie jestem jednak pewna, czy zrezygnuję z odbiornika całkowicie i na zawsze. Z pewnością będę jednak jego bardziej świadomym użytkownikiem. 

Previous Post Next Post

Przeczytaj jeszcze